Była niedziela rano, dzień przed wyjazdem w delegację do Lozanny, a oni siedzieli w biurze Roberta Croucha. Nie to, żeby nagle miał coś do samego Roberta, ale zawsze kiedy planowało się jakieś wyjazdy, lubił nie spędzać ostatniego dnia w biurze. Teraz jednak obydwoje mieli tyle na głowie, że nie dało się tak zwyczajnie wykręcić od pobytu w Ministerstwie. Z jednej strony bowiem atakowały ich ostatnie przygotowania do samej wizyty w Szwajcarii, ale z drugiej Atreus wciąż przepychał do przodu swoją własną inicjatywę, która miała na celu skonstruowanie grupy zadaniowej.
Dziewczyny były gotowe – znaczy zebrał ich zgody, poinformował że sprawa w toku i wszystko wskoczyło na tor o wiele bardziej prawny. W sumie im więcej nad tym myślał, tym bardziej rozumiał zdziwienie, czy jak to tam nazwać, które zaoferowała mu Moody, kiedy przedstawił jej skład. Same baby, ale z jakiegoś powodu uważał, że on w tym zestawieniu mógł być najbardziej problematyczny. Roberta nie liczył i miał nadzieję, że ten się za to nie obraził, bo scenariusze które Atreus brał pod rozważania, działy się bardziej w terenie, a nie za dębowym, lakierowanym biurkiem, które kosztowało więcej niż miesięczne wynagrodzenie niejednego petenta Wizengamotu.
Teraz siedzieli przy rzeczonym biurku, chociaż czy było dębowe to Atreus nie wiedział, bo się niestety nie znał na takich rzeczach, a do tego popijali kawę. Ta jak zwykle była bardzo dobra i odpowiednio pobudzała zmysły, nie do końca jeszcze rozbudzone – jak zwykle słabo stał, ale bezsenność to był już chyba dla niego stan permanentny. Powinien się przyzwyczaić.
— No dobrze, to co tam mamy do popodpisywania? — zapytał konwersacyjnym tonem, spoglądając na przygotowane na biurku pergaminy. O dziwo, tym razem nie zamierzał podpisywać większości bez czytania, co zdarzało mu się robić z raportami.