13.09.2026, 16:41 ✶
Powieki ciążyły mu niemiłosiernie, czuł się brudny (i to wcale nie w ten zabawny sposób) i wolał nie myśleć, w jakim stanie są jego włosy. Ubranie, jak przypuszczał, nadawało się już tylko do spalenia. Kiedy poruszył głową, to oprócz pulsującego bólu, czuł też kołysanie się kolczyka, tylko po jednej stronie. Drugi najprawdopodobniej przepadł bezpowrotnie. Szkoda, lubił te kolczyki - całe szczęście, że nie była to żadna pamiątka. Zatem - nie, nie było mu lepiej.
- Ta… - burknął, wciąż trochę niewyraźnie do wciąż leżącego (sprytnie!) towarzysza nocy.
Spośród chaosu, jaki poprzedni wieczór pozostawił w jego pamięci, wyłowił imię mężczyzny i mgliste wspomnienie jego postaci na scenie, albo może na stole? Jakimś podwyższeniu w każdym razie.
- Z… Zenek, tak? Hej, ty prowadziłeś wczoraj tę imprezę! Dla… - stłumił beknięcie - Dlaczego jesteśmy w oborze?
Strasznie chciało mu się pić. Rozejrzał się półprzytomnie, bo skoro były tu… świnie… to powinny mieć coś do picia prawda?
Błagam, niech to będzie woda, a nie coś obrzydliwego, pomyślał. Wsparł się o chropowate pręty zagrody i chwiejnie podniósł. Zdało mu się, że pod ścianą pomieszczenia dostrzegł jakiś kran.
Wczoraj poruszał się po parkiecie z gracją i wprawą, które świadczyły o latach treningu, ale teraz tych samych lat doświadczenia potrzebował, żeby nie klapnąć w błoto po tym, jak niezgrabnie przelazł przez barierkę. Zatoczył się i wsparł o sąsiednią, po drugiej stronie przejścia. Świnie za nią najwyraźniej były mniej tolerancyjne, bo odsunęły się pod samą ścianę i rozkwiczały się panicznie. Hannibal skrzywił się i wymamrotał niewyraźnie coś w rodzaju "Zamknij się, kurwa", co jednak zwierzęta kompletnie zignorowały.
Zdołał pokonać większość drogi do kraniku, kiedy w wejściu pojawiła się nowa postać.
- Co to za raban, do cholery!? Kolejni imprezowicze jacyś? Pozwę tego przeklętego Withersa! - mężczyzna ubrany w kalosze, robocze spodnie i kraciastą koszulę, która zapewne widziała lepsze czasy, ale raczej już ich nie pamiętała, wpadł do środka. Obrzucił wzrokiem wnętrze, w pierwszej kolejności dostrzegając uczepionego ściany Hannibala - Co ty sobie, gówniarzu, wyobrażasz?! Przecież te świnie dzisiaj jadą do rzeźni, a ty mi je płoszysz! Toż zepsują się, gorzkie będą! Świniaki muszą mieć spokój przed biciem!
Selwyn wzdrygnął się, słysząc krzyki. Odruchowo skrobnął palcami ścianę, jakby chciał się w niej zagrzebać i wzdrygnął się drugi raz. Bez słowa spojrzał na mugola - treść jego słów dotarła do niego z opóźnieniem - przeniósł wzrok na świnię, obok której się obudził. Odpowiedziała smutnym spojrzeniem małych oczek.
- Przed… biciem? - powtórzył mało inteligentnie - Zepsują?…
- Ta… - burknął, wciąż trochę niewyraźnie do wciąż leżącego (sprytnie!) towarzysza nocy.
Spośród chaosu, jaki poprzedni wieczór pozostawił w jego pamięci, wyłowił imię mężczyzny i mgliste wspomnienie jego postaci na scenie, albo może na stole? Jakimś podwyższeniu w każdym razie.
- Z… Zenek, tak? Hej, ty prowadziłeś wczoraj tę imprezę! Dla… - stłumił beknięcie - Dlaczego jesteśmy w oborze?
Strasznie chciało mu się pić. Rozejrzał się półprzytomnie, bo skoro były tu… świnie… to powinny mieć coś do picia prawda?
Błagam, niech to będzie woda, a nie coś obrzydliwego, pomyślał. Wsparł się o chropowate pręty zagrody i chwiejnie podniósł. Zdało mu się, że pod ścianą pomieszczenia dostrzegł jakiś kran.
Wczoraj poruszał się po parkiecie z gracją i wprawą, które świadczyły o latach treningu, ale teraz tych samych lat doświadczenia potrzebował, żeby nie klapnąć w błoto po tym, jak niezgrabnie przelazł przez barierkę. Zatoczył się i wsparł o sąsiednią, po drugiej stronie przejścia. Świnie za nią najwyraźniej były mniej tolerancyjne, bo odsunęły się pod samą ścianę i rozkwiczały się panicznie. Hannibal skrzywił się i wymamrotał niewyraźnie coś w rodzaju "Zamknij się, kurwa", co jednak zwierzęta kompletnie zignorowały.
Zdołał pokonać większość drogi do kraniku, kiedy w wejściu pojawiła się nowa postać.
- Co to za raban, do cholery!? Kolejni imprezowicze jacyś? Pozwę tego przeklętego Withersa! - mężczyzna ubrany w kalosze, robocze spodnie i kraciastą koszulę, która zapewne widziała lepsze czasy, ale raczej już ich nie pamiętała, wpadł do środka. Obrzucił wzrokiem wnętrze, w pierwszej kolejności dostrzegając uczepionego ściany Hannibala - Co ty sobie, gówniarzu, wyobrażasz?! Przecież te świnie dzisiaj jadą do rzeźni, a ty mi je płoszysz! Toż zepsują się, gorzkie będą! Świniaki muszą mieć spokój przed biciem!
Selwyn wzdrygnął się, słysząc krzyki. Odruchowo skrobnął palcami ścianę, jakby chciał się w niej zagrzebać i wzdrygnął się drugi raz. Bez słowa spojrzał na mugola - treść jego słów dotarła do niego z opóźnieniem - przeniósł wzrok na świnię, obok której się obudził. Odpowiedziała smutnym spojrzeniem małych oczek.
- Przed… biciem? - powtórzył mało inteligentnie - Zepsują?…