19.03.2023, 23:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2023, 23:30 przez Eunice Malfoy.)
Właściwie to było całkiem proste. Życie Eunice toczyło się głównie w Londynie, a choć niewątpliwie Malfoyom nie brakowało pieniędzy na proszek Fiuu czy świstokliki, to jednak wolała móc wyjść bezpośrednio na jedną z londyńskich ulic niż ciągle się przenosić pomiędzy Wiltshire a centrum magicznego świata w Brytanii.
Inna sprawa, że rodzinny dom nie był miejscem, do którego chętnie by powróciła, z wielu powodów, których nie równoważyły wygody w postaci braku konieczności przejmowania się czymkolwiek, co działo się z budynkiem – w końcu wszystko na głowie służby i ojca, prawda? Zresztą, choć wydawać się mogło, iż uciekła ze złotej klatki, to czy faktycznie tak było? Więzy rodzinne nadal trwały, niezależnie od woli Malfoyówny, te zaś z kolei stanowiły całkiem porządną smycz. Długą, bo długą, niemniej dla Fortinbrasa szarpnięcie za nią z całą pewnością nie stanowiło żadnego problemu.
- Rozsądnie – pochwaliła oszczędnie Ulyssesa, po czym posłała mu całkiem ładny, ciepły uśmiech. Mimo wszystko dobrze słyszeć, że coś, nad czym się napracowała, osiągało zamierzone efekty. Przynajmniej to jej wychodziło, najwyraźniej,, w przeciwieństwie do… ach, miała to już za sobą, po co w ogóle do tego wracać?
- W każdym razie dobrze to słyszeć – dodała jeszcze. Pewnym ruchem pchnęła kolejne drzwi i weszła do środka. Być może to ułuda, ale od rozwodu zdawała się zyskać… coś. Być może faktycznie czerwień wyznaczała nowy początek, bo w pewnym sensie musiała na nowo – po raz kolejny – ułożyć sobie życie. Czego dowodem był chociażby zakup domu, choć dla niej samej zapewne wystarczyłoby najzwyklejsze mieszkanie w jakiejś kamienicy. Wszak ani męża, ani dzieci – na co ta cała przestrzeń?
Stukot szpilek na kuchennej posadzce.
- Co myślisz? – spytała cicho, rozglądając się po pomieszczeniu. Meble z pewnością były do wymiany, choćby z tego powodu, iż nie wpasowywały się do końca w jej gust, aczkolwiek na sam początek, zanim się w pełni urządzi? Wystarczą. Tyle że nie o meble chodziło, a o sam stan pomieszczeń. Rzecz jasna, ideał to nie był, biorąc pod uwagę, iż to domostwo nie zostało dopiero to wybudowane, aczkolwiek po odpowiednim odświeżeniu…?
… tak, nie bez powodu poprosiła tego konkretnie Rookwooda o towarzystwo.
Jak się czujesz? zaciążyło nagle, niespodziewanie. Przesunęła palcami po blacie, przechodząc w głąb pomieszczenia, żeby w końcu się odwrócić i – oparłszy biodrem o tenże blat – spojrzeć uważnie na Ulyssesa.
- Nie wiem, jak odpowiedzieć - stwierdziła po kilku sekundach – Gdyby ktoś miesiąc temu mi powiedział, że do Beltane nie będę już mieć męża, to bym go wyśmiała. Wiesz, małżeństwo… to coś, co wydaje się, że będzie trwać i trwać – wbrew wszystkiemu, czasem nawet i wbrew woli samych małżonków, przymuszonych przez rodziny. A potem? Potem pozostawało, zapewne, przyzwyczajenie bądź wola uniknięcia skandalu – Ale chyba po prostu… wolna? Choć jednocześnie i rozczarowana – zacisnęła wargi, zastukała lekko paznokciem o blat – Dać ci radę, Ulyssesie? Wprawdzie jeszcze nie wygląda, byś miał stawać przed kapłanką, ale, jeśli zechcesz…? – zaoferowała dość miękkim tonem. Nawet najlepsza rada, gdy padała na grunt, który jej po prostu nie chciał, nie mogła się zakorzenić i tym samym odpowiednio zakiełkować. Stąd też wybór należał do Rookwooda.
Inna sprawa, że rodzinny dom nie był miejscem, do którego chętnie by powróciła, z wielu powodów, których nie równoważyły wygody w postaci braku konieczności przejmowania się czymkolwiek, co działo się z budynkiem – w końcu wszystko na głowie służby i ojca, prawda? Zresztą, choć wydawać się mogło, iż uciekła ze złotej klatki, to czy faktycznie tak było? Więzy rodzinne nadal trwały, niezależnie od woli Malfoyówny, te zaś z kolei stanowiły całkiem porządną smycz. Długą, bo długą, niemniej dla Fortinbrasa szarpnięcie za nią z całą pewnością nie stanowiło żadnego problemu.
- Rozsądnie – pochwaliła oszczędnie Ulyssesa, po czym posłała mu całkiem ładny, ciepły uśmiech. Mimo wszystko dobrze słyszeć, że coś, nad czym się napracowała, osiągało zamierzone efekty. Przynajmniej to jej wychodziło, najwyraźniej,, w przeciwieństwie do… ach, miała to już za sobą, po co w ogóle do tego wracać?
- W każdym razie dobrze to słyszeć – dodała jeszcze. Pewnym ruchem pchnęła kolejne drzwi i weszła do środka. Być może to ułuda, ale od rozwodu zdawała się zyskać… coś. Być może faktycznie czerwień wyznaczała nowy początek, bo w pewnym sensie musiała na nowo – po raz kolejny – ułożyć sobie życie. Czego dowodem był chociażby zakup domu, choć dla niej samej zapewne wystarczyłoby najzwyklejsze mieszkanie w jakiejś kamienicy. Wszak ani męża, ani dzieci – na co ta cała przestrzeń?
Stukot szpilek na kuchennej posadzce.
- Co myślisz? – spytała cicho, rozglądając się po pomieszczeniu. Meble z pewnością były do wymiany, choćby z tego powodu, iż nie wpasowywały się do końca w jej gust, aczkolwiek na sam początek, zanim się w pełni urządzi? Wystarczą. Tyle że nie o meble chodziło, a o sam stan pomieszczeń. Rzecz jasna, ideał to nie był, biorąc pod uwagę, iż to domostwo nie zostało dopiero to wybudowane, aczkolwiek po odpowiednim odświeżeniu…?
… tak, nie bez powodu poprosiła tego konkretnie Rookwooda o towarzystwo.
Jak się czujesz? zaciążyło nagle, niespodziewanie. Przesunęła palcami po blacie, przechodząc w głąb pomieszczenia, żeby w końcu się odwrócić i – oparłszy biodrem o tenże blat – spojrzeć uważnie na Ulyssesa.
- Nie wiem, jak odpowiedzieć - stwierdziła po kilku sekundach – Gdyby ktoś miesiąc temu mi powiedział, że do Beltane nie będę już mieć męża, to bym go wyśmiała. Wiesz, małżeństwo… to coś, co wydaje się, że będzie trwać i trwać – wbrew wszystkiemu, czasem nawet i wbrew woli samych małżonków, przymuszonych przez rodziny. A potem? Potem pozostawało, zapewne, przyzwyczajenie bądź wola uniknięcia skandalu – Ale chyba po prostu… wolna? Choć jednocześnie i rozczarowana – zacisnęła wargi, zastukała lekko paznokciem o blat – Dać ci radę, Ulyssesie? Wprawdzie jeszcze nie wygląda, byś miał stawać przed kapłanką, ale, jeśli zechcesz…? – zaoferowała dość miękkim tonem. Nawet najlepsza rada, gdy padała na grunt, który jej po prostu nie chciał, nie mogła się zakorzenić i tym samym odpowiednio zakiełkować. Stąd też wybór należał do Rookwooda.
499/809