13.09.2026, 19:54 ✶
To był jeden z tych wieczorów, kiedy naprawdę nie mieli nic zaplanowane. Nie licząc oczywiście tych wszystkich wieczór, które ostatnio spędzali razem.
Co dało się załatwić w domu w Dolinie na ten moment było załatwione, kufry po ostatnim wypadzie do Włoch zostały dawno rozpakowane, świat aktualnie nie płonął, a w Ministerstwie Magii nie zanosiło się na żadną większą rewolucję.
Było miło.
I miło Lorien planowała spędzić ów wieczór. Wspólnie. Mogliby wyjść na spacer do parku. Albo wybrać się znów do tego dziwnego mugolskiego wynalazku - kina. Albo do The Globe na jakąś pomniejszą sztukę. Opcjonalnie w grę wchodziło zostanie w domu, pogranie w karty albo leżing na kanapie przy dobrej książce i winie. Czy poinformowała o tym Moody'ego? No niekoniecznie. Otóż sądziła, że się chłop domyśli.
Tymczasem Aaron postanowił spędzić wieczór drążąc lampiony. No i szlag wszystkie te jej plany trafił, bo ona się w dyniach babrać nie zamierzała.
Kto to widział tak psuć pani Mulciber plany na wieczór.
Zresztą. Każdy wiedział, że takie lampiony się zamawiało. Człowiek pisał do jednego czy drugiego londyńskiego rzemieślnika, wysyłał pokaźny czek i dwa, trzy dni robocze później miał gotową ozdobę na sabat. I to taką, że sąsiadom oko bielało. Dość szybko, ku swojemu absolutnemu przerażeniu, odkryła, że jej Moody właśnie robi za takowego “londyńskiego rzemieślnika” w gronie bliższych i dalszych przyjaciół. Naturalnym zdawało jej się bowiem, że gdy ona poprosi, bez możliwości odmowy, o coś, to Aaron to zrobi. Ale żeby ten pakiet usług naprawczo-remontowych rozszerzać o innych? To podobało się Lorien zdecydowanie mniej.
W dodatku Woody przysłał bardzo potężną dynię, a ona zapragnęła mieć podobną. Albo i większą. Może więc, odrobinę tylko impulsywnie, widząc dynię na wycieraczce, zaraz po powrocie z Włoch, zamówiła jedną dla siebie. Dla nich.
Owa dynia miała przyjść dzisiaj. I jeszcze nie przyszła. A teraz Aaron siedział i ciął lampion dla najlepszego przyjaciela, co oznaczało, że jej własny musiał zaczekać. No i co, że nie miał na niego materiału? Jedno nie wykluczało drugiego.
Czy dziwem było, że na widok radośnie zabierającego się do pracy Moody’ego zrobiła kwaśną minę i poszła do salonu? Zaraz dołączył do niej zresztą Kot, na którego przelała całą swoją miłość.
Gdzieś tam pomiędzy utyskiwaniem nad koteczkiem, z którego próbowano zrobić naleśnika, dorzuciła jeszcze trochę tekstów o tym jak to oboje są bardzo niekochani (“E allora che se lo sposi, Longbottom!”), nieszczęśliwi (“Certo, per noi il tempo non ce l’ha”) i w ogóle to zbędni w życiu pana Moody’ego (“Prendo le mie cose e me ne vado! Vediamo se allora sentirà la mia mancanza”).
Tymczasem kompletnie nieświadomy werterowskich cierpień swojej ukochanej Aaron wycinał sobie lampion.
I wycinał…
I wycinał…
Ileż się taki lampion wycina? Otóż w opinii pani Mulciber - zdecydowanie zbyt długo. Dlatego w końcu, absurdalnie wręcz znudzona, zebrała się z fotela (ileż można było tak cierpieć bez publiczności?) i wróciła do kuchni. Z kotem w ramionach.
- Kochanie…
Teraz to kochanie? Ale czasu nie spędza, w ogóle nie kocha! W dodatku taki zadowolony. Spojrzała więc na zaprezentowany lampion wyjątkowo krytycznie. Cholera. Wyszedł zdecydowanie lepiej niż się spodziewała.
- Przypomina mi trochę nieświętej pamięci Roberta. Też robił takie miny. - Stwierdziła, niechętnie bo niechętnie kiwając głową z uznaniem. Przysiadła na wolnym krześle, odsuwając się od dyniowych wnętrzności i chaosu na stole.- Będzie pasował do tej mordobijni Longbottoma.
Co dało się załatwić w domu w Dolinie na ten moment było załatwione, kufry po ostatnim wypadzie do Włoch zostały dawno rozpakowane, świat aktualnie nie płonął, a w Ministerstwie Magii nie zanosiło się na żadną większą rewolucję.
Było miło.
I miło Lorien planowała spędzić ów wieczór. Wspólnie. Mogliby wyjść na spacer do parku. Albo wybrać się znów do tego dziwnego mugolskiego wynalazku - kina. Albo do The Globe na jakąś pomniejszą sztukę. Opcjonalnie w grę wchodziło zostanie w domu, pogranie w karty albo leżing na kanapie przy dobrej książce i winie. Czy poinformowała o tym Moody'ego? No niekoniecznie. Otóż sądziła, że się chłop domyśli.
Tymczasem Aaron postanowił spędzić wieczór drążąc lampiony. No i szlag wszystkie te jej plany trafił, bo ona się w dyniach babrać nie zamierzała.
Kto to widział tak psuć pani Mulciber plany na wieczór.
Zresztą. Każdy wiedział, że takie lampiony się zamawiało. Człowiek pisał do jednego czy drugiego londyńskiego rzemieślnika, wysyłał pokaźny czek i dwa, trzy dni robocze później miał gotową ozdobę na sabat. I to taką, że sąsiadom oko bielało. Dość szybko, ku swojemu absolutnemu przerażeniu, odkryła, że jej Moody właśnie robi za takowego “londyńskiego rzemieślnika” w gronie bliższych i dalszych przyjaciół. Naturalnym zdawało jej się bowiem, że gdy ona poprosi, bez możliwości odmowy, o coś, to Aaron to zrobi. Ale żeby ten pakiet usług naprawczo-remontowych rozszerzać o innych? To podobało się Lorien zdecydowanie mniej.
W dodatku Woody przysłał bardzo potężną dynię, a ona zapragnęła mieć podobną. Albo i większą. Może więc, odrobinę tylko impulsywnie, widząc dynię na wycieraczce, zaraz po powrocie z Włoch, zamówiła jedną dla siebie. Dla nich.
Owa dynia miała przyjść dzisiaj. I jeszcze nie przyszła. A teraz Aaron siedział i ciął lampion dla najlepszego przyjaciela, co oznaczało, że jej własny musiał zaczekać. No i co, że nie miał na niego materiału? Jedno nie wykluczało drugiego.
Czy dziwem było, że na widok radośnie zabierającego się do pracy Moody’ego zrobiła kwaśną minę i poszła do salonu? Zaraz dołączył do niej zresztą Kot, na którego przelała całą swoją miłość.
Gdzieś tam pomiędzy utyskiwaniem nad koteczkiem, z którego próbowano zrobić naleśnika, dorzuciła jeszcze trochę tekstów o tym jak to oboje są bardzo niekochani (“E allora che se lo sposi, Longbottom!”), nieszczęśliwi (“Certo, per noi il tempo non ce l’ha”) i w ogóle to zbędni w życiu pana Moody’ego (“Prendo le mie cose e me ne vado! Vediamo se allora sentirà la mia mancanza”).
Tymczasem kompletnie nieświadomy werterowskich cierpień swojej ukochanej Aaron wycinał sobie lampion.
I wycinał…
I wycinał…
Ileż się taki lampion wycina? Otóż w opinii pani Mulciber - zdecydowanie zbyt długo. Dlatego w końcu, absurdalnie wręcz znudzona, zebrała się z fotela (ileż można było tak cierpieć bez publiczności?) i wróciła do kuchni. Z kotem w ramionach.
- Kochanie…
Teraz to kochanie? Ale czasu nie spędza, w ogóle nie kocha! W dodatku taki zadowolony. Spojrzała więc na zaprezentowany lampion wyjątkowo krytycznie. Cholera. Wyszedł zdecydowanie lepiej niż się spodziewała.
- Przypomina mi trochę nieświętej pamięci Roberta. Też robił takie miny. - Stwierdziła, niechętnie bo niechętnie kiwając głową z uznaniem. Przysiadła na wolnym krześle, odsuwając się od dyniowych wnętrzności i chaosu na stole.- Będzie pasował do tej mordobijni Longbottoma.