13.09.2026, 22:30 ✶
Oboje brnęliśmy w tę absurdalną wymianę zdań wyłącznie dlatego, że żadne z nas nie zamierzało jako pierwsze ustąpić. Pokręciłem głową, słuchając tego kolejnego zapewnienia, że jednak nie słyszała doskonale, bo w tym momencie byłem już niemal pewien, że gdybym zaczął jej tłumaczyć, że trawa jest zielona, otrzymałbym odpowiedź, że „być może technicznie nie było to kłamstwem”, ale należałoby najpierw ustalić, czy na wiosnę, jesienią, czy zimą, poza tym „niebo też nie zawsze było niebieskie” i… Nie przeszkadzało mi to jednak ani trochę, wręcz przeciwnie, wyjątkowo ceniłem sobie to, że była równie uparta, co ja, bo dzięki temu nawet zwykłe droczenie się ze sobą nawzajem potrafiło ciągnąć się przez długi czas, powracając w najmniej oczekiwanych momentach, i nadal pozostawało zabawne, gdyby natomiast jedno z nas zawsze ustępowało, prawdopodobnie zaczęlibyśmy się bardzo szybko nudzić.
- Ego. - Powtórzyłem powoli, po czym zerknąłem na własny tors, zamrugawszy powoli, bo - co prawda - sam wręczyłem Prue argument odnośnie mojego ciężkiego charakteru, lecz była wyjątkowo precyzyjna we wskazywaniu tego, co za to odpowiadało, „pacjent jest ogromny, ciężki i najwyraźniej cierpi na nadmiar ego”, brzmiała zupełnie tak, jakby zamierzała mi to wpisać do medycznej dokumentacji. - Czyli według ciebie wszystko, nad czym plasowałem pszes całe lata, to w szeszywistości balso loswinięta pycha. - Podsumowałem, co nie zabrzmiało aż tak źle, jak mogło, bo według tej teorii przynajmniej nie musiałem już niczego fizycznie trenować, wystarczyło być wystarczająco zarozumiałym, a już za kilka miesięcy mogłem wyglądać niczym górski troll. Rzeczywiście nie miałem z tym problemu, wiedziałem, ile ważyłem, wiedziałem, jak wyglądało moje ciało i wiedziałem również, że w sytuacjach takich jak ta moja masa potrafiła być całkiem użytecznym narzędziem.
Patrząc na te kolejne próby poradzenia sobie z brakiem posiadania przez nią tejże przewagi, musiałem przyznać, że podziwiałem wrodzony upór, jaki miała, nawet jeśli każdy następny skok wyglądał coraz bardziej zabawnie. To był jej rytuał i jej ofiara, więc nawet gdybym mógł rozwiązać problem jednym ruchem, nie zrobiłbym tego za nią, ponieważ w takich praktykach znaczenie miało nie tylko to, co ostatecznie trafiło do wody, ale również sposób, w jaki człowiek się tego wyrzekał - Prue musiała sama pozbawić swój dar wartości, tak samo jak ja musiałem zrobić to ze swoim - kiedy posłała mi mordercze spojrzenie za mój śmiech, uniosłem dłonie w geście kapitulacji, choć uśmiech nadal nie chciał zejść mi z twarzy.
- Dopsz, dopsz. Jusz nie patszę. - Oczywiście spojrzałem, od razu zerknąłem w dół, a kiedy zobaczyłem diadem, który tym razem rzeczywiście stracił swój pierwotny kształt, uśmiechnąłem się jeszcze bardziej szeroko. - No ploszę. - Przyznałem, tym razem bez najmniejszej kpiny, przyzezowałem na nią z ukosa i przez moment nic nie mówiłem, bo w zasadzie nie było sensu prowadzić żadnej dyskusji - Prue doskonale wiedziała, że się z niej śmiałem, ja doskonale wiedziałem, że ona doskonale wiedziała, ostatecznie wyszło na moje, bo swoim uporem faktycznie uszkodziła wotum - była w tym pewna bliskość, której wcześniej nie doceniałem, bo jeszcze kilkanaście lat temu podobne przepychanki kończyłyby się zapewne którymś z nas obrażonym na drugie, teraz natomiast potrafiliśmy ciągnąć je przez pół mokradła i traktować niczym całkowicie normalny sposób spędzania wspólnego popołudnia. - Jednak się udało. - Pokiwałem głową z uznaniem. - Pszyznaję, sze zaczynałem podejszewaś, sze ten diadem pszeszyje nas oboje, a ty postanowisz złoszyś w ofiesze coś innego. Na pszykład mnie. - Zerknąłem na jej zaróżowioną twarz, znowu uśmiechnąwszy się pod nosem - nie było w tym jednak drwiny - była z siebie wyraźnie zadowolona i miała ku temu powód, bo zrobiła dokładnie to, co powinna, nie korzystając z mojej pomocy. Nie zamierzałem jej odbierać tej satysfakcji, bo sam zresztą dobrze wiedziałem, jak dużo potrafiła dla mnie znaczyć świadomość, że coś zrobiłem własnymi rękami, nawet jeżeli technicznie rzecz biorąc chodziło wyłącznie o zgięcie kawałka metalu. Kiedy powiedziała, że pozostało już tylko utopić dary, spojrzałem na ciemną wodę przed nami i oceniłem odległość, kiwając głową.
- Gotowa? - Wyciągnąłem rękę w jej stronę, ale nie po diadem, tylko żeby pomóc jej zachować równowagę przy podejściu do krawędzi.
- Ego. - Powtórzyłem powoli, po czym zerknąłem na własny tors, zamrugawszy powoli, bo - co prawda - sam wręczyłem Prue argument odnośnie mojego ciężkiego charakteru, lecz była wyjątkowo precyzyjna we wskazywaniu tego, co za to odpowiadało, „pacjent jest ogromny, ciężki i najwyraźniej cierpi na nadmiar ego”, brzmiała zupełnie tak, jakby zamierzała mi to wpisać do medycznej dokumentacji. - Czyli według ciebie wszystko, nad czym plasowałem pszes całe lata, to w szeszywistości balso loswinięta pycha. - Podsumowałem, co nie zabrzmiało aż tak źle, jak mogło, bo według tej teorii przynajmniej nie musiałem już niczego fizycznie trenować, wystarczyło być wystarczająco zarozumiałym, a już za kilka miesięcy mogłem wyglądać niczym górski troll. Rzeczywiście nie miałem z tym problemu, wiedziałem, ile ważyłem, wiedziałem, jak wyglądało moje ciało i wiedziałem również, że w sytuacjach takich jak ta moja masa potrafiła być całkiem użytecznym narzędziem.
Patrząc na te kolejne próby poradzenia sobie z brakiem posiadania przez nią tejże przewagi, musiałem przyznać, że podziwiałem wrodzony upór, jaki miała, nawet jeśli każdy następny skok wyglądał coraz bardziej zabawnie. To był jej rytuał i jej ofiara, więc nawet gdybym mógł rozwiązać problem jednym ruchem, nie zrobiłbym tego za nią, ponieważ w takich praktykach znaczenie miało nie tylko to, co ostatecznie trafiło do wody, ale również sposób, w jaki człowiek się tego wyrzekał - Prue musiała sama pozbawić swój dar wartości, tak samo jak ja musiałem zrobić to ze swoim - kiedy posłała mi mordercze spojrzenie za mój śmiech, uniosłem dłonie w geście kapitulacji, choć uśmiech nadal nie chciał zejść mi z twarzy.
- Dopsz, dopsz. Jusz nie patszę. - Oczywiście spojrzałem, od razu zerknąłem w dół, a kiedy zobaczyłem diadem, który tym razem rzeczywiście stracił swój pierwotny kształt, uśmiechnąłem się jeszcze bardziej szeroko. - No ploszę. - Przyznałem, tym razem bez najmniejszej kpiny, przyzezowałem na nią z ukosa i przez moment nic nie mówiłem, bo w zasadzie nie było sensu prowadzić żadnej dyskusji - Prue doskonale wiedziała, że się z niej śmiałem, ja doskonale wiedziałem, że ona doskonale wiedziała, ostatecznie wyszło na moje, bo swoim uporem faktycznie uszkodziła wotum - była w tym pewna bliskość, której wcześniej nie doceniałem, bo jeszcze kilkanaście lat temu podobne przepychanki kończyłyby się zapewne którymś z nas obrażonym na drugie, teraz natomiast potrafiliśmy ciągnąć je przez pół mokradła i traktować niczym całkowicie normalny sposób spędzania wspólnego popołudnia. - Jednak się udało. - Pokiwałem głową z uznaniem. - Pszyznaję, sze zaczynałem podejszewaś, sze ten diadem pszeszyje nas oboje, a ty postanowisz złoszyś w ofiesze coś innego. Na pszykład mnie. - Zerknąłem na jej zaróżowioną twarz, znowu uśmiechnąwszy się pod nosem - nie było w tym jednak drwiny - była z siebie wyraźnie zadowolona i miała ku temu powód, bo zrobiła dokładnie to, co powinna, nie korzystając z mojej pomocy. Nie zamierzałem jej odbierać tej satysfakcji, bo sam zresztą dobrze wiedziałem, jak dużo potrafiła dla mnie znaczyć świadomość, że coś zrobiłem własnymi rękami, nawet jeżeli technicznie rzecz biorąc chodziło wyłącznie o zgięcie kawałka metalu. Kiedy powiedziała, że pozostało już tylko utopić dary, spojrzałem na ciemną wodę przed nami i oceniłem odległość, kiwając głową.
- Gotowa? - Wyciągnąłem rękę w jej stronę, ale nie po diadem, tylko żeby pomóc jej zachować równowagę przy podejściu do krawędzi.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)