13.09.2026, 22:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2026, 23:04 przez Aaron Andrew Moody.)
Moody powstrzymał się od powiedzenia na głos, że o Mulciberze, to mogłaby Lorien co najwyżej przypomnieć pulpa, która pozostała po wybebeszeniu dyni. Głównie dlatego, że wykroił ją własnoręcznie, a potem rozwlókł dyniowe wnętrzności wzdłuż stołu: mniej więcej to samo należało się w jego uznaniu uczynić mężczyźnie, który skrzywdził Lorien. Różnica między nimi była prosta, pomyślał. Dynia była porządnym warzywem, użytecznym, czego nie można było powiedzieć o tym paniczyku, za którego Lorien wyszła za mąż. Z wnętrza dyni można było wydobyć pestki. Uprażone były niemałym rarytasem. Z pulpy gniotło się placuszki, albo robiło zupę. Wykrojone kawałki miąższu można było marynować, albo przeznaczyć na ciasto. Co natomiast pozostało z Roberta Mulcibera? Ani miąższu, ani pulpy, ani nawet pesteczki. Lampion z jego czaszki nie ucieszyłby niczyjego oka. Nawet metafory nie dało się ugotować z truchła, a Aaron nie chciał przyprawić siedzącej obok kobiety o mdłości. Może dlatego uśmiechnął się tylko, wznosząc lekko butelkę z piwem w jej stronę, jak gdyby gratulował Lorien wyobrażenia odciętej głowy Roberta na kuchennym stole. Na tym jednak poprzestał. Na tym i na zakręceniu różdżką w powietrzu, aby odsunąć resztki dyni od wszędobylskich łap kota, który już zainteresował się ciągnącymi, włóknistymi nitkami.
— To porządna knajpa, nie żadna mordobijnia — przysiągł Lorien, no bo przecież należało reputacji przyjaciela bronić. W Rejwachu nikt mu nigdy nie dał w mordę ani nie naszczał do piwa.
Prawdopodobnie dlatego, że bywał tam wyłącznie poza godzinami otwarcia, żeby pić z Woodym.
— Zresztą, z takim straszakiem na barze wszystkim awanturnikom odechce się wszczyniania burd. Naprawdę cieszę się, że wyszedł ten lampion… Aż tak sobie pomyślałem, żeby i dla nas taki zrobić. Niegłupi to chyba pomysł, taka dekoracyjka? Może trochę kiczowata, ale wszystkie święta są kiczowate. Nie wiem, czy lampiony rzeczywiście odstraszają złe duchy, czy to tylko takie gadanie egzorcystów, żeby zarobić więcej na sprzedaży. Kupiłbym dynię i wydrążył na niej… — odstawił na stół butelkę z piwem, aby obrócić dyniową maszkaradę tyłem do Lorien, odsłaniając jedyne miejsce na powierzchni skórki nienaznaczone nożem, jak gdyby chciał sprowokować ją do wyobrażenia sobie ich własnego lampionu. Dementora, chciał powiedzieć, wydrążyłbym dementora.
Przerwało mu jednak pukanie do drzwi. Aaron zmarszczył brwi, nie spodziewali się bowiem z Lorien gości. Być może tej jednej starszej sąsiadce znowu zepsuło się radio? Nie był specjalnie towarzyskim człowiekiem, więc nie mógł sobie wyobrazić, kogo przygnałoby na jego próg bez wcześniejszej zapowiedzi. Wytarł zatem ręce w kuchenną ścierę. Zauważył, że Lorien poruszyła się w miejscu z gracją kota, który zatapia ząbki w małym ptaszku: posłała mu bowiem to szczególne spojrzenie, gdy wstał, żeby otworzyć drzwi.
Aaron Andrew Moody przez chwilę po prostu przypatrywał się ogromnej dyni, którą dostarczono na próg mieszkania.
— Mamma mia — westchnął, przeczesawszy ręką włosy.
— To porządna knajpa, nie żadna mordobijnia — przysiągł Lorien, no bo przecież należało reputacji przyjaciela bronić. W Rejwachu nikt mu nigdy nie dał w mordę ani nie naszczał do piwa.
Prawdopodobnie dlatego, że bywał tam wyłącznie poza godzinami otwarcia, żeby pić z Woodym.
— Zresztą, z takim straszakiem na barze wszystkim awanturnikom odechce się wszczyniania burd. Naprawdę cieszę się, że wyszedł ten lampion… Aż tak sobie pomyślałem, żeby i dla nas taki zrobić. Niegłupi to chyba pomysł, taka dekoracyjka? Może trochę kiczowata, ale wszystkie święta są kiczowate. Nie wiem, czy lampiony rzeczywiście odstraszają złe duchy, czy to tylko takie gadanie egzorcystów, żeby zarobić więcej na sprzedaży. Kupiłbym dynię i wydrążył na niej… — odstawił na stół butelkę z piwem, aby obrócić dyniową maszkaradę tyłem do Lorien, odsłaniając jedyne miejsce na powierzchni skórki nienaznaczone nożem, jak gdyby chciał sprowokować ją do wyobrażenia sobie ich własnego lampionu. Dementora, chciał powiedzieć, wydrążyłbym dementora.
Przerwało mu jednak pukanie do drzwi. Aaron zmarszczył brwi, nie spodziewali się bowiem z Lorien gości. Być może tej jednej starszej sąsiadce znowu zepsuło się radio? Nie był specjalnie towarzyskim człowiekiem, więc nie mógł sobie wyobrazić, kogo przygnałoby na jego próg bez wcześniejszej zapowiedzi. Wytarł zatem ręce w kuchenną ścierę. Zauważył, że Lorien poruszyła się w miejscu z gracją kota, który zatapia ząbki w małym ptaszku: posłała mu bowiem to szczególne spojrzenie, gdy wstał, żeby otworzyć drzwi.
Aaron Andrew Moody przez chwilę po prostu przypatrywał się ogromnej dyni, którą dostarczono na próg mieszkania.
— Mamma mia — westchnął, przeczesawszy ręką włosy.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name