14.09.2026, 02:32 ✶
To, że znowu próbowała mi udowodnić, że wcale nie chodziło jej wyłącznie o moje ego, przyjąłem z tym samym rozbawieniem, z którym przez ostatnie kilkanaście minut przyjmowałem całą tę dyskusję, bo prawda była taka, że dobrze wiedziałem, iż oboje słyszeliśmy dokładnie to, co chcieliśmy usłyszeć, a potem jeszcze z wielką przyjemnością udawaliśmy, że problem leżał po stronie tego drugiego z nas. Nie zamierzałem jej, oczywiście, ułatwiać tej dyskusji, szczególnie że widziałem, jak bardzo dobrze bawiła się tym, że mogła mi wytknąć moje rozdmuchane, napompowane ego porównywalne do mięśni - mogła sobie mówić, co chciała, ja i tak wiedziałem swoje - w dodatku naprawdę nie zamierzałem przepraszać za to, że przez lata zrobiłem z własnego ciała narzędzie pracy, natomiast z pewności siebie tarczę. Przy moim fachu krzepa oraz umiejętność zachowania pozorów były znacznie bardziej praktyczne niż większość rzeczy, które można było wpisać do eleganckiego życiorysu, zwłaszcza kiedy regularnie pakowało się w miejsca, od których rozsądni ludzie trzymali się z daleka.
- Mam doskonały słuch. Po plostu pszy pewnych dźwiękach balso świadomie wybielam, któlych części będę słuchał. - Wzruszyłem ramionami. - To się nazywa „selektywna uwaga”. Balso pszydatna umiejętność, ale jusz to chyba wiesz. - Odpowiedziałem bez najmniejszego zawahania, bo skoro ona mogła sobie wybierać fakty, ja również nie widziałem powodu, dla którego miałbym być mniej elastyczny, właściwie mogłem się z nią spierać o to jeszcze przez dobrą godzinę, szczególnie że oboje doskonale wiedzieliśmy, iż nie chodziło już nawet o to, kto miał rację - chodziło o samą przyjemność przeciągania liny, o możliwość znalezienia jeszcze jednego argumentu, jeszcze jednej drobnej szpilki, która nie miała już za zadanie zranić, tylko przypomnieć nam, jak wiele zmieniło się między nami przez ostatnie lata - kiedyś takie rozmowy potrafiły kończyć się znacznie gorzej, teraz mogłem stać pośrodku mokradeł, słuchać, jak moja żona obrażała moje poczucie własnej wartości, i czuć przy tym przede wszystkim rozbawienie.
- Poza tym skolo losbielasz mnie na części, pszynajmniej zachowaj plopolsje. Ego nie jest największe. - Zerknąłem na nią z błyskiem w oku, po czym ruszyłem dalej, uważnie stawiając stopy na bardziej stabilnych kępach, bo mokradła nadal wyglądały niewinnie tylko z daleka, a miałem wystarczająco dużo doświadczenia z podobnymi miejscami, żeby nie ufać ziemi, która wyglądała na zbyt stabilną.
- Pluey, naplawdę nie wiem, czy chcesz otwielaś ten temat. - Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy doszliśmy do etapu niszczenia darów na wotum. - Widziałem cię w oklesie dojszewania. Ty widziałaś mnie. Oboje pszeszyliśmy szeszy, po któlych losądni ludzie powinni zawsześ doszywotni pakt milczenia. - Pokręciłem głową. - Jeszeli pszetlwaliśmy tamten etap, to tszy plóby złamania diademu naplawdę nie są czymś, za co powinnaś się wstydziś. - Spojrzałem na srebro w jej dłoni, wzruszywszy ramionami - znałem moją żonę wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż odebranie Prue możliwości wykonania własnej części rytuału byłoby znacznie gorsze niż pozwolenie jej przez kilka minut walczyć z kawałkiem srebra, więc kiedy osiągnęła sukces, zrobiłem całkiem łatwą do zinterpretowania minę - byłem naprawdę dumny z jej zawziętości, musiałem przyznać, że wykonała swoją część dokładnie tak, jak powinna, bo nie chodziło przecież o całkowite zniszczenie przedmiotu, tylko o naruszenie jego integralności i odebranie mu pierwotnej wartości. W tym sensie poradziła sobie całkiem dobrze, nawet jeśli droga do celu była pełna skakania, frustracji i negocjowania z siłami wyższymi.
- Oczywiście. Wiedziałem, sze plęsej czy później dojdziesz do niezapszeszalnych zalet tego pomysłu. - Rozłożyłem ręce, pozwalając jej przez moment podziwiać cały ten bezczelny majestat z powodzeniem nadający się na sabatową ofiarę z żywego inwentarza. Mówiłem, iż miałem doświadczenie z różnych przeżytych podróży, czasem cudem i, cóż, w niektórych regionach naprawdę nie byłoby to aż takie niezwykłe, czyż nie. - Właściwie losumiem zmianę zdania. Dlogocenny, wyjątkowy egzemplasz, dość tludno zastępowalny, a do tego posiadający pewne waloly uszytkowe. W dodatku całkiem okazały, stosunkowo tlwały i, według pewnych źlódeł, niełatwy do zdobycia. W pełni czaję, dlaczego wody mogłyby się ucieszyś. - Wskazałem na siebie kciukiem. - Tylko nadmieniam, sze przy takim dasze mogą uznaś, sze od tej poly będziesz musiała stale podbijaś stawkę. A popszeszka będzie balso wysoko. - Spojrzałem na nią znacząco.
Nie byłem religijny w sposób, który wymagałby ode mnie klękania przed każdym kamieniem z odpowiednim symbolem, ale znałem rytuały wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy żart kończył się tam, gdzie zaczynały się rzeczy, których lepiej nie lekceważyć - Samhain było właśnie takim okresem, dlatego mimo całego mojego gadania pilnowałem, żebyśmy nie zrobili czegoś głupiego.
- I balso dobsze. - Plan „B” zwykle oznaczał, że plan „A” był źle przemyślany, natomiast ja miałem dzisiaj wyjątkowo wysokie mniemanie o przygotowaniu, jakie poczynilśmy, chociażby dlatego nie dodałem nic odnośnie tego, że obejmowało ono przede wszystkim spontaniczne kupienie dwóch przedmiotów, spacer przez mokradła i trzy próby złamania diademu, bo uznałem, że pewnych faktów nie trzeba było nadmiernie eksponować. Diadem został uszkodzony, mój torkwes również, więc cała ta wyprawa zaczynała wreszcie przypominać rytuał, który zamierzaliśmy przeprowadzić, zamiast improwizowanej inscenizacji dla ludzi w kowenie.
- Telas pozostaje nam jusz tylko nie spiepszyś najplostszej części całego pszedsięwzięsia. - Odniosłem się do jej wcześniejszych słów, gdy przytaknęła, iż była gotowa, chociaż wypowiedziałem to z tym specyficznym rodzajem ostrożności, który wynikał z doświadczenia, bo ile razy mówiłem sobie, że coś „będzie proste”, tyle razy świat postanawiał udowodnić mi, że no jednak, kurwa, nie. Powiedziała aczkolwiek, że bardziej gotowa nie będzie, więc ścisnąłem jej dłoń i zrobiłem krok do przodu, chcąc znaleźć odpowiednie miejsce przy brzegu, gdzie woda była wystarczająco głęboka, a grunt nie wyglądał na śmiertelnie zainteresowany połknięciem również nas.
- Okej, wypada, szebyśmy splóbowali je skutecznie utopiś… - Zacząłem, ale zanim zdążyłem dodać coś jeszcze odnośnie tego, w jaki sposób chcieliśmy upewnić się, iż na pewno zatoną przy pierwszym podejściu, usłyszałem bardzo charakterystyczne chlupnięcie…
- No i mamy to. - Spojrzałem w dół, potem na nią, i chociaż kącik ust drgnął mi mimowolnie, zacisnąłem mocniej dłoń na jej dłoni, próbując ją jakoś odrobinę przyasekurować. Jednocześnie uważałem na własne ruchy - ewidentnie było to miejsce, gdzie można było pozwolić sobie na dubla, czego nie chciałem, nawet jeśli cała sytuacja zaczynała wyglądać coraz bardziej absurdalnie. - Spokojnie. Mam cię. Nie wylywaj nogi na siłę, bo wciągniesz się głębiej. Pszeniesiesz cięszal na mnie i powoli ją wysuniemy. - Powiedziałem, tym razem bez żartu, jednocześnie spojrzałem jeszcze raz w dół, oceniając, jak głęboko wsiąkła w miękkie podłoże. - Mój najcenniejszy skalb nie zostanie dziś złoszony w ofiesze. Pszynajmniej nie bes intencji. - Przesunąłem ciężar ciała na stabilniejszą kępę, drugą nogą sprawdziłem grunt przed sobą, po czym złapałem ją pewniej. Oczywiście, przesadzałem, ale w tej przesadzie kryło się coś, czego nie zamierzałem szczególnie ukrywać, nie, gdy pewnością miała już świadomość, że była dla mnie kimś tak ważnym, jak prawdopodobnie nikt inny nie miał kiedykolwiek być, nawet jeśli wyrażałem to poprzez żarty o złożeniu się nawzajem w bagnie.
- Mam doskonały słuch. Po plostu pszy pewnych dźwiękach balso świadomie wybielam, któlych części będę słuchał. - Wzruszyłem ramionami. - To się nazywa „selektywna uwaga”. Balso pszydatna umiejętność, ale jusz to chyba wiesz. - Odpowiedziałem bez najmniejszego zawahania, bo skoro ona mogła sobie wybierać fakty, ja również nie widziałem powodu, dla którego miałbym być mniej elastyczny, właściwie mogłem się z nią spierać o to jeszcze przez dobrą godzinę, szczególnie że oboje doskonale wiedzieliśmy, iż nie chodziło już nawet o to, kto miał rację - chodziło o samą przyjemność przeciągania liny, o możliwość znalezienia jeszcze jednego argumentu, jeszcze jednej drobnej szpilki, która nie miała już za zadanie zranić, tylko przypomnieć nam, jak wiele zmieniło się między nami przez ostatnie lata - kiedyś takie rozmowy potrafiły kończyć się znacznie gorzej, teraz mogłem stać pośrodku mokradeł, słuchać, jak moja żona obrażała moje poczucie własnej wartości, i czuć przy tym przede wszystkim rozbawienie.
- Poza tym skolo losbielasz mnie na części, pszynajmniej zachowaj plopolsje. Ego nie jest największe. - Zerknąłem na nią z błyskiem w oku, po czym ruszyłem dalej, uważnie stawiając stopy na bardziej stabilnych kępach, bo mokradła nadal wyglądały niewinnie tylko z daleka, a miałem wystarczająco dużo doświadczenia z podobnymi miejscami, żeby nie ufać ziemi, która wyglądała na zbyt stabilną.
- Pluey, naplawdę nie wiem, czy chcesz otwielaś ten temat. - Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy doszliśmy do etapu niszczenia darów na wotum. - Widziałem cię w oklesie dojszewania. Ty widziałaś mnie. Oboje pszeszyliśmy szeszy, po któlych losądni ludzie powinni zawsześ doszywotni pakt milczenia. - Pokręciłem głową. - Jeszeli pszetlwaliśmy tamten etap, to tszy plóby złamania diademu naplawdę nie są czymś, za co powinnaś się wstydziś. - Spojrzałem na srebro w jej dłoni, wzruszywszy ramionami - znałem moją żonę wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż odebranie Prue możliwości wykonania własnej części rytuału byłoby znacznie gorsze niż pozwolenie jej przez kilka minut walczyć z kawałkiem srebra, więc kiedy osiągnęła sukces, zrobiłem całkiem łatwą do zinterpretowania minę - byłem naprawdę dumny z jej zawziętości, musiałem przyznać, że wykonała swoją część dokładnie tak, jak powinna, bo nie chodziło przecież o całkowite zniszczenie przedmiotu, tylko o naruszenie jego integralności i odebranie mu pierwotnej wartości. W tym sensie poradziła sobie całkiem dobrze, nawet jeśli droga do celu była pełna skakania, frustracji i negocjowania z siłami wyższymi.
- Oczywiście. Wiedziałem, sze plęsej czy później dojdziesz do niezapszeszalnych zalet tego pomysłu. - Rozłożyłem ręce, pozwalając jej przez moment podziwiać cały ten bezczelny majestat z powodzeniem nadający się na sabatową ofiarę z żywego inwentarza. Mówiłem, iż miałem doświadczenie z różnych przeżytych podróży, czasem cudem i, cóż, w niektórych regionach naprawdę nie byłoby to aż takie niezwykłe, czyż nie. - Właściwie losumiem zmianę zdania. Dlogocenny, wyjątkowy egzemplasz, dość tludno zastępowalny, a do tego posiadający pewne waloly uszytkowe. W dodatku całkiem okazały, stosunkowo tlwały i, według pewnych źlódeł, niełatwy do zdobycia. W pełni czaję, dlaczego wody mogłyby się ucieszyś. - Wskazałem na siebie kciukiem. - Tylko nadmieniam, sze przy takim dasze mogą uznaś, sze od tej poly będziesz musiała stale podbijaś stawkę. A popszeszka będzie balso wysoko. - Spojrzałem na nią znacząco.
Nie byłem religijny w sposób, który wymagałby ode mnie klękania przed każdym kamieniem z odpowiednim symbolem, ale znałem rytuały wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy żart kończył się tam, gdzie zaczynały się rzeczy, których lepiej nie lekceważyć - Samhain było właśnie takim okresem, dlatego mimo całego mojego gadania pilnowałem, żebyśmy nie zrobili czegoś głupiego.
- I balso dobsze. - Plan „B” zwykle oznaczał, że plan „A” był źle przemyślany, natomiast ja miałem dzisiaj wyjątkowo wysokie mniemanie o przygotowaniu, jakie poczynilśmy, chociażby dlatego nie dodałem nic odnośnie tego, że obejmowało ono przede wszystkim spontaniczne kupienie dwóch przedmiotów, spacer przez mokradła i trzy próby złamania diademu, bo uznałem, że pewnych faktów nie trzeba było nadmiernie eksponować. Diadem został uszkodzony, mój torkwes również, więc cała ta wyprawa zaczynała wreszcie przypominać rytuał, który zamierzaliśmy przeprowadzić, zamiast improwizowanej inscenizacji dla ludzi w kowenie.
- Telas pozostaje nam jusz tylko nie spiepszyś najplostszej części całego pszedsięwzięsia. - Odniosłem się do jej wcześniejszych słów, gdy przytaknęła, iż była gotowa, chociaż wypowiedziałem to z tym specyficznym rodzajem ostrożności, który wynikał z doświadczenia, bo ile razy mówiłem sobie, że coś „będzie proste”, tyle razy świat postanawiał udowodnić mi, że no jednak, kurwa, nie. Powiedziała aczkolwiek, że bardziej gotowa nie będzie, więc ścisnąłem jej dłoń i zrobiłem krok do przodu, chcąc znaleźć odpowiednie miejsce przy brzegu, gdzie woda była wystarczająco głęboka, a grunt nie wyglądał na śmiertelnie zainteresowany połknięciem również nas.
- Okej, wypada, szebyśmy splóbowali je skutecznie utopiś… - Zacząłem, ale zanim zdążyłem dodać coś jeszcze odnośnie tego, w jaki sposób chcieliśmy upewnić się, iż na pewno zatoną przy pierwszym podejściu, usłyszałem bardzo charakterystyczne chlupnięcie…
- No i mamy to. - Spojrzałem w dół, potem na nią, i chociaż kącik ust drgnął mi mimowolnie, zacisnąłem mocniej dłoń na jej dłoni, próbując ją jakoś odrobinę przyasekurować. Jednocześnie uważałem na własne ruchy - ewidentnie było to miejsce, gdzie można było pozwolić sobie na dubla, czego nie chciałem, nawet jeśli cała sytuacja zaczynała wyglądać coraz bardziej absurdalnie. - Spokojnie. Mam cię. Nie wylywaj nogi na siłę, bo wciągniesz się głębiej. Pszeniesiesz cięszal na mnie i powoli ją wysuniemy. - Powiedziałem, tym razem bez żartu, jednocześnie spojrzałem jeszcze raz w dół, oceniając, jak głęboko wsiąkła w miękkie podłoże. - Mój najcenniejszy skalb nie zostanie dziś złoszony w ofiesze. Pszynajmniej nie bes intencji. - Przesunąłem ciężar ciała na stabilniejszą kępę, drugą nogą sprawdziłem grunt przed sobą, po czym złapałem ją pewniej. Oczywiście, przesadzałem, ale w tej przesadzie kryło się coś, czego nie zamierzałem szczególnie ukrywać, nie, gdy pewnością miała już świadomość, że była dla mnie kimś tak ważnym, jak prawdopodobnie nikt inny nie miał kiedykolwiek być, nawet jeśli wyrażałem to poprzez żarty o złożeniu się nawzajem w bagnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)