Uśmiechnął się do niej lekko, kątem oka zerkając na jej zbolałą minę, w przerwie od oglądania drewnianej szkatułki. Trochę w tym było zwyczajnej zaczepki, a trochę i faktycznego zrozumienia, bo w tamtych czasach wystarczyło jedno spojrzenie w kierunku Tośka, by zobaczyć co mu chodzi po głowie. Chłopak chodził z sercem na wyciągniętej dłoni i wszyscy jego przyjaciele byli świadomi, że zadurzył się w starszej o trzy lata Gryfonce. Dla nich Brenna była nieznośna, dla niego chodzącym ideałem. Czasem szturchali go łokciami i pytali ze złośliwymi uśmiechami, czy zdążył się już jej oświadczyć, a teraz Atreus z pewnym powątpiewaniem zaczął się zastanawiać, że no właśnie, ile? Nawet by się nie zdziwił przesadnie, gdyby okazało się że faktycznie to zrobił.
— Ja myślę, że to trochę sprzeczne sygnały bo najpierw na niego krzyczysz, a potem dajesz mu jakieś czekoladowe żaby — zauważył jeszcze, aczkolwiek z wyraźnym rozbawieniem, które kryło się w oczach. Kiedy słyszał tę frazę, mimowolnie sięgał pamięcią do września i tych cholernych mieszanych sygnałach, które sama mu wytykała. Wciąż nie był pewien o co jej chodziło.
Jak to było ustrzelić Gryfona, dobrze? Zdaniem Atreusa to nie było tak, że dobrze albo że nie dobrze. Gdyby miał powiedzieć, co cenił w życiu najbardziej, powiedziałby, że ludzi. Ludzi, którzy podali mu pomocną dłoń, kiedy należało nastawić czyjeś myślenie na właściwy tor. I co najciekawsze, to właśnie te przypadkowe spotkania wpływały na jego życie. Chodziło o to, że kiedy wyznawało się pewne wartości, nawet pozornie uniwersalne, bywało że nie znajdowało się zrozumienia, które jakby to rzec, pomagałoby się rozwijać. On miał szczęście, by tak rzec, ponieważ je znalazłem. I dziękował za to życiu. Dziękował mu, bo życie to zachwycony ryk innych ślizgonów, życie to zwycięski taniec na murawie boiska, życie to zapodanie przypadkowemu Gryfonowi tłuczka na pysk, kiedy ten spodziewał się tego najmniej. Wielu ludzi pytało go o to samo, ale jak on to robił, skąd czerpał tę radość. On odpowiadał, że to proste i chodziło o umiłowanie przemocy. To ono sprawiało, że jednego dnia machał tłuczkiem na boisku, a kolejnego… kto wie, dlaczego by nie, odda się pracy aurora i będzie ot, chociażby strzelać… znaczy czarownikom w plecy.
Gdyby tylko mógł, zatrzasnąłby pudełeczko z trzaskiem, ale nawet nie miał ku temu szansy. Ta dosłownie rozpłynęła mu się w rękach, kiedy drewniana szkatułka zniknęła. Przeklęty, zaczarowany przedmiot. Bulstrode otrząsnął się z zieleni obrazów, którymi charakteryzowały się błonie, ale gdzieś w środku pozostała ta dziwna euforia, kiedy widział jak tłuczek wjeżdża we włażącą po trybunach Gryfonkę. Uśmiechnął się nawet, jakby mimowolnie, do samych wspomnień, a potem uświadomił sobie kto obok niego siedzi i że już zdarzyło im się ustalić przebieg wydarzeń z tamtego dnia.
— Cholera, to jakaś… może nie powinniśmy gadać tyle o Hogwarcie bo coś w tej melodii było. Przypomniało mi jeden z meczy z połowy roku. Słyszałaś też te melodię? Bo pozytywka, oczywiście, zniknęła — rozłożył ręce, nie zająknąwszy się jak na razie na temat tego, co konkretnie mu się przypomniało.