14.09.2026, 09:33 ✶
Otóż co do faktu, że taki lampion z czaszki nikogo by nie cieszył, to pan Moody nie miał racji. Lorien by się bardzo ucieszyła, a po zakończonym sabacie zrobiłaby sobie z niego przycisk do papieru. Ale Robert leżał kilka stóp pod ziemią i nikomu nie chciałoby się pewnie grobu rozkopywać.
Więc musiała się obejść smakiem jeśli chodzi o wszelkie suveniry z ex-mężowych części ciała.
- Z pewnością jest to przybytek najwyżej kultury, godny poszanowania. Mea culpa.- Przyłożyła dłoń do serca. Jak przez mgłę pamiętała sam Rejwach. Zawitała do niego może raz w życiu, zaraz po ogłoszeniu tego przeklętego manifestu przez Voldemorta. Ile to już lat minęło? Dwa? Trzy?
Znała jedno, słownie jedno, porządne miejsce na Nokturnie i było nim to, gdzie wszyscy Nokturniacy ostatecznie kończyli - zakład pogrzebowy Malfoy’ówny. Cała reszta tej przeklętej ulicy była tylko jedną wielką wylęgarnią robactwa i przestępców. A skoro Woody nie miał problemu co by się z nimi bratać, wniosek nasuwał się sam sobie.
- Przypomnij mi, żebym następnym razem jak go odwiedzisz odprasowała ci najlepszą koszulę. No i krawat. Do takiego miejsca bez krawata ani rusz!
Takie to właśnie o tej Longbottomowej knajpie pani Mulciber miała zdanie. Nic tylko lekko sobie pokpić i pośmiać z “porządności” owego miejsca.
Drapała leniwie Kota za uchem, słuchając najnowszego pomysłu Aarona. Tak sobie pomyślał, żeby dla nich zrobić… Urocze. Uniosła lekko kąciki ust. Ach ci mężczyźni. Wiecznie jest się o krok przed nimi, a oni nadal sądzą, że świat leży u ich stóp.
- Dobra myśl.- Rzuciła lekko, co by mu jeszcze trochę animuszu.
Nie usłyszała jednak co pan Moody zamierza wyrzeźbić w ich lampionie, bo ktoś zastukał do drzwi. Albo kurier albo ta okropna stara baba z parteru, która jej kiedyś zatrzasnęła okno na półpiętrze tuż przed dziobem. Raz jeden się tu przemieniła i takie okropieństwa się zadziały! Obudziła się co prawda już w łóżku, bo wilgowron ptaszkiem był zmyślnym i w końcu odpowiednie okno znalazł, ale nos miała obolały przez następnych kilka dni. Od tego czasu sąsiadce się nie kłaniała.
Nadstawiła lekko ucha. Tylko cisza. I Aaron chyba coś tam sobie wzdychał pod nosem.
Oho, nie było skrzeczenia na pół bloku. Więc może jej zamówienie wreszcie dotarło?
- Jakiś problem, kochanie?- Zaszczebiotała z kuchni, na tyle głośno co by na pewno ją usłyszał. Ach ileż było troski w jej głosie! Ileż czułości! Podniosła Kota na wyciągniętych rękach, by zaraz tyknąć się z nim czółkami. Futrzak w jej objęciach zaraz zaczął mruczeć jeszcze głośniej, domagając się dalszych pieszczot.- Zobaczymy czy nam też taką ładną wyrzeźbi jak Woody’emu.- Wymruczała, cmokając sobie nad kociskiem, które aktualnie leżało wczepione w nią pazurkami na jej piersi z łebkiem wciśniętym między ramię, a szyję czarownicy.
Więc musiała się obejść smakiem jeśli chodzi o wszelkie suveniry z ex-mężowych części ciała.
- Z pewnością jest to przybytek najwyżej kultury, godny poszanowania. Mea culpa.- Przyłożyła dłoń do serca. Jak przez mgłę pamiętała sam Rejwach. Zawitała do niego może raz w życiu, zaraz po ogłoszeniu tego przeklętego manifestu przez Voldemorta. Ile to już lat minęło? Dwa? Trzy?
Znała jedno, słownie jedno, porządne miejsce na Nokturnie i było nim to, gdzie wszyscy Nokturniacy ostatecznie kończyli - zakład pogrzebowy Malfoy’ówny. Cała reszta tej przeklętej ulicy była tylko jedną wielką wylęgarnią robactwa i przestępców. A skoro Woody nie miał problemu co by się z nimi bratać, wniosek nasuwał się sam sobie.
- Przypomnij mi, żebym następnym razem jak go odwiedzisz odprasowała ci najlepszą koszulę. No i krawat. Do takiego miejsca bez krawata ani rusz!
Takie to właśnie o tej Longbottomowej knajpie pani Mulciber miała zdanie. Nic tylko lekko sobie pokpić i pośmiać z “porządności” owego miejsca.
Drapała leniwie Kota za uchem, słuchając najnowszego pomysłu Aarona. Tak sobie pomyślał, żeby dla nich zrobić… Urocze. Uniosła lekko kąciki ust. Ach ci mężczyźni. Wiecznie jest się o krok przed nimi, a oni nadal sądzą, że świat leży u ich stóp.
- Dobra myśl.- Rzuciła lekko, co by mu jeszcze trochę animuszu.
Nie usłyszała jednak co pan Moody zamierza wyrzeźbić w ich lampionie, bo ktoś zastukał do drzwi. Albo kurier albo ta okropna stara baba z parteru, która jej kiedyś zatrzasnęła okno na półpiętrze tuż przed dziobem. Raz jeden się tu przemieniła i takie okropieństwa się zadziały! Obudziła się co prawda już w łóżku, bo wilgowron ptaszkiem był zmyślnym i w końcu odpowiednie okno znalazł, ale nos miała obolały przez następnych kilka dni. Od tego czasu sąsiadce się nie kłaniała.
Nadstawiła lekko ucha. Tylko cisza. I Aaron chyba coś tam sobie wzdychał pod nosem.
Oho, nie było skrzeczenia na pół bloku. Więc może jej zamówienie wreszcie dotarło?
- Jakiś problem, kochanie?- Zaszczebiotała z kuchni, na tyle głośno co by na pewno ją usłyszał. Ach ileż było troski w jej głosie! Ileż czułości! Podniosła Kota na wyciągniętych rękach, by zaraz tyknąć się z nim czółkami. Futrzak w jej objęciach zaraz zaczął mruczeć jeszcze głośniej, domagając się dalszych pieszczot.- Zobaczymy czy nam też taką ładną wyrzeźbi jak Woody’emu.- Wymruczała, cmokając sobie nad kociskiem, które aktualnie leżało wczepione w nią pazurkami na jej piersi z łebkiem wciśniętym między ramię, a szyję czarownicy.