14.09.2026, 12:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2026, 12:39 przez Aaron Andrew Moody.)
Problem był taki, że Aaron wiedział dobrze, że oboje woleli biedermeier od estetyki grobowej krypty. Może i taki lampion z czaszki opromieniłby nieco życie Lorien: znicze na mogiłach płonęły pięknie, owszem, ale znicze nie płonęły dla żywych. Nie dawały ciepła, nie można było ogrzać przy nich dłoni, a cienie jakie rzucały, były dłuższe od bijącej od nich poświaty. A pośród cieni kryła się groza. Cienie słaniały się jak wspomnienia: w skąpych błyskach płomieni duchy przeszłości wstawały z grobów, w których powinny zgnić na dobre. Ciemność była im wygodną, bo nie musiały przybierać konkretnego kształtu. Straszyły więc. Wypaczone, odarte z człowieczeństwa mary, żerujące na ludzkich słabościach, przypominające o ludzkich błędach. Aaron Andrew Moody nie bał się opowieści o duchach. Podobnie jak i Lorien miał jednak swoje cmentarzysko. Wielu leżało na nim przestępców, których dosięgła ich ręka sprawiedliwości: Moody mawiał kiedyś, że była to ręka, w której auror dzierży różdżkę, a sędzia młoteczek. Nie nawiedzały go ich duchy. Nie męczyły go po nocach: przechadzał się alejkami swojego cmentarza z zadumą, myśląc o grobach, których nie widział. O tych, które zostawili po sobie złoczyńcy, których pogrzebał. Były jednak groby, o których myśleć nie chciał. Te na samym końcu cmentarza; te, w których złożono jego bliskich. Dbał o nie, jak nakazywał obyczaj, ale poza tym, nigdy ich nie odwiedzał. Żadnego z nich, nawet grobu żony. Po cóż miałby to robić? Nie usłyszałby jej śmiechu w skrzypieniu wrót cmentarza. W świetle znicza stojącego na grobie przyjaciela poległego w boju nie zobaczyłby tego charakterystycznego błysku, jaki rozświetlał jego oczy, gdy pracowali nad nową sprawą. Całymi dniami mógłby się modlić nad mogiłą rodziców, ale nie wróciłby tym życia ojcu. Nie uzyskałby od niego przeprosin, które należały mu się jako synowi. Być może był hipokrytą sądząc, że nie rozumie tej nekrofilnej tęsknoty, jaką przejawiało tak wielu. Nie nosił przecież żałoby dłużej niż należało, a jednak przez dwadzieścia lat żył z wspomnieniem martwej żony po drugiej stronie łóżka. Czy naga czaszka Roberta Mulcibera ogrzałaby łóżko Lorien? Czy światło stojącej w niej świecy opromieniłoby jej twarz tak, jak robił to uśmiech?
— Naprawdę doceniam — odpowiedział dyplomatycznie Aaron na sugestie Lorien dotyczące noszenia krawata: od czasu wizyty w tej całej… Jak jej tam… Przeklętej Łyżeczce, bardzo się pilnował, żeby narzeczonej swoją niewrażliwością wobec niepisanych zasad czarodziejskiego dress code nie urazić. Na jego twarzy zaplątał się jednak pokrętny uśmieszek, bo sama myśl, że jeszcze miałby się dodatkowo stroić do Rejwachu, była mu prześmieszną: zrobiłby to chyba tylko po to, żeby podjudzić Enjolrasa, ducha trubadura zamieszkującego knajpę. Zapytany, mógłby powiedzieć, że wraca prosto z koncertu najlepszych nieumarłych angielskich lutnistów. Albo z sypialni jego matki, na jedno wychodziło. Wszystkie te głupie żarciki pozwalały bowiem na ignorowanie tego, co dla Lorien było oczywistym: na Nokturnie aż roiło się od elementu przestępczego, a Aaronowi wyjątkowo ciężko było żyć ze świadomością, że Woody się z takowym z własnej woli brata.
— Ale tak jak na ryby nie jeżdżę w garniaku, tak na Nokturn nie wyprawiam się w krawacie. Takie ubiory trzeba zostawać na specjalne okazje, żeby pokazać, jakie są specjalne — zauważył chytrze. — Na przykład na wspólny wieczór w kinie.
No bo kupił bilety na kiedyś tam, i próbował wybadać, czy Lorien byłaby chętna na ponowny kontakt z kulturą mugolską.
Na razie jej mina była jednak nieprzeniknioną, a Moody miał inny dylemat: jak tutaj pękatą dynię do mieszkania w ogóle wtoczyć. Widział przecież, że nie zmieści się w drzwiach wejściowych.
"Jakiś problem, kochanie?"
— A tak się tylko zastanawiam, gdzie położyłem piłę — odkrzyknął w odpowiedzi Lorien. Zwykłym nożem nie szło przecież tego dyniowego monstrum przekroić. Naprawdę uwielbiał inwencję twórczą Lorien, ale, na bogów, jego kobieta nie mierzyła nigdy sił na zamiary: przecież ta dynia musiała być większa od niej samej! Nie żeby to było wielkie osiągnięcie, gdy było się wysokim tak akurat na trzy jabłuszka ułożone w stosik… Ale dynia zamówiona przez Lorien była naprawdę przepotężna. Aaron w końcu wymyślił, że wytnie jej kawał: magicznie zmniejszy warzywo, przeniesie dynię do kuchni, a potem na powrót ją powiększy. Szkoda tylko, że pomniejszony obiekt zachowywał cały swój ciężar: Aaron bardzo ostrożnie wniósł do kuchni malusieńką dynię, którą z widocznym wysiłkiem odstawił na kuchenny blat.
Stół aż zaskrzypiał.
— Przecież my będziemy jedli dynię na śniadanie, obiad i kolację przez najbliższy miesiąc — powiedział z bardzo poważną miną Aaron… Jednym machnięciem różdżki przewracając dyni oryginalne rozmiary. — W środek to zamiast świecy będzie można włożyć pochodnię — usłyszała Lorien zza monstrualnej dyni.
— Naprawdę doceniam — odpowiedział dyplomatycznie Aaron na sugestie Lorien dotyczące noszenia krawata: od czasu wizyty w tej całej… Jak jej tam… Przeklętej Łyżeczce, bardzo się pilnował, żeby narzeczonej swoją niewrażliwością wobec niepisanych zasad czarodziejskiego dress code nie urazić. Na jego twarzy zaplątał się jednak pokrętny uśmieszek, bo sama myśl, że jeszcze miałby się dodatkowo stroić do Rejwachu, była mu prześmieszną: zrobiłby to chyba tylko po to, żeby podjudzić Enjolrasa, ducha trubadura zamieszkującego knajpę. Zapytany, mógłby powiedzieć, że wraca prosto z koncertu najlepszych nieumarłych angielskich lutnistów. Albo z sypialni jego matki, na jedno wychodziło. Wszystkie te głupie żarciki pozwalały bowiem na ignorowanie tego, co dla Lorien było oczywistym: na Nokturnie aż roiło się od elementu przestępczego, a Aaronowi wyjątkowo ciężko było żyć ze świadomością, że Woody się z takowym z własnej woli brata.
— Ale tak jak na ryby nie jeżdżę w garniaku, tak na Nokturn nie wyprawiam się w krawacie. Takie ubiory trzeba zostawać na specjalne okazje, żeby pokazać, jakie są specjalne — zauważył chytrze. — Na przykład na wspólny wieczór w kinie.
No bo kupił bilety na kiedyś tam, i próbował wybadać, czy Lorien byłaby chętna na ponowny kontakt z kulturą mugolską.
Na razie jej mina była jednak nieprzeniknioną, a Moody miał inny dylemat: jak tutaj pękatą dynię do mieszkania w ogóle wtoczyć. Widział przecież, że nie zmieści się w drzwiach wejściowych.
"Jakiś problem, kochanie?"
— A tak się tylko zastanawiam, gdzie położyłem piłę — odkrzyknął w odpowiedzi Lorien. Zwykłym nożem nie szło przecież tego dyniowego monstrum przekroić. Naprawdę uwielbiał inwencję twórczą Lorien, ale, na bogów, jego kobieta nie mierzyła nigdy sił na zamiary: przecież ta dynia musiała być większa od niej samej! Nie żeby to było wielkie osiągnięcie, gdy było się wysokim tak akurat na trzy jabłuszka ułożone w stosik… Ale dynia zamówiona przez Lorien była naprawdę przepotężna. Aaron w końcu wymyślił, że wytnie jej kawał: magicznie zmniejszy warzywo, przeniesie dynię do kuchni, a potem na powrót ją powiększy. Szkoda tylko, że pomniejszony obiekt zachowywał cały swój ciężar: Aaron bardzo ostrożnie wniósł do kuchni malusieńką dynię, którą z widocznym wysiłkiem odstawił na kuchenny blat.
Stół aż zaskrzypiał.
— Przecież my będziemy jedli dynię na śniadanie, obiad i kolację przez najbliższy miesiąc — powiedział z bardzo poważną miną Aaron… Jednym machnięciem różdżki przewracając dyni oryginalne rozmiary. — W środek to zamiast świecy będzie można włożyć pochodnię — usłyszała Lorien zza monstrualnej dyni.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name