Beltane zaczynało się coraz bardziej rozkręcać. Nie chodziło już o liczbę ludzi, a raczej to, co robili. To nie był jeden z tych mniejszych festiwali, gdzie goście podążali od jednego stoiska do drugiego, jak gdyby według ściśle określonej wcześniej trasy. Było tu dosyć spontanicznie. Erik nie wiedział jeszcze, co o tym myśleć. Uspokajało go to, bo ludzie wokół niego miło spędzali czas, jednak z drugiej strony rozpraszało to uwagę. Inne patrole pewnie nie miały lepiej.
Strzelił oczami na boki, gdy w kąciku oka dostrzegł niespodziewany ruch. Machinalnie sięgnął do kieszeni, jednak dostrzegł tylko roześmianą czarownicę, która próbowała zaciągnąć swojego partnera do tańca. Parsknął cichym śmiechem, widząc jego cierpiętniczą minę. Zasłonił usta rękawem munduru. Jego uśmiech zamarł na chwilę, gdy zauważył, że zbliża się do niego Elliott w towarzystwie... Nory? Zamrugał zdziwiony.
— Miło was widzieć. — Uścisnął rękę Malfoya, zauważając jego całkiem dobry nastrój. — Ciebie to nawet drugi raz, Norciu. — Uśmiechnął się do Figg. Starał się odgadnąć, co też sprawiło, że ścieżki tej dwójki się ze sobą splotły. Wtedy zauważył wianek, który niosła jego przyjaciółka. Czyżby Nora próbowała obdarować blondyna tym pięknym podarkiem? — Zrezygnowaliście z zabawy? — spytał, drapiąc się nad uchem. Zerknął na ubranie Elliotta. — W sumie rozumiem. To nie najlepszy strój do wspinaczki.
Nagle obok nich wyrosła Szeptucha. Automatycznie się wyprostował i napiął mięśnie jak struny od gitary. Ku jego zaskoczeniu kobieta odezwała się bezpośredniego do niego, co wprowadziło go w jeszcze większe osłupienie. Już otwierał usta, aby odpowiedzieć, jednak ta przeszła już do Elliotta i Nory. Co to miało być?
— Ona tak zawsze? — spytał Figg. — Mówiłaś, że jest... specyficzna, ale nie sądziłem, że aż tak.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞