Wczoraj, 14:07 ✶
Myślenie o śmierci przychodziło jej łatwiej niż innym ludziom. Była… naturalnym porządkiem rzeczy. Czarodzieje mieli tą okropną przypadłość, że żyli zdecydowanie zbyt długo. Sto, dwieście lat. Niektórzy jak Nicolas Flamel dobijali w dobrym zdrowiu już chyba czterysetki. Co można robić przez taką małą wieczność?
Ona miała obiecane czterdzieści lat. Trochę mniej jeśli wierzyć Basiliusowi, ale kto by wierzył prognozie wypowiedzianej nad herbatką i herbatnikami nawet przez podobno wybitnego magomedyka? Odkąd Robert umarł, ona czuła się zdecydowanie, a po prostu Prewett przesadzał.
Tak po prawdzie to od ostatnich urodzin już wszystkie sprawy miała uporządkowane. Potem pojawił się Moody i narobił jej burdelu w papierach. I w życiu. Nie powiedziała mu jeszcze o wielostronicowej intercyzie, którą trzymała na dnie swojego kufra. W razie czego podpisze za niego i już. I tak nie planowali wielkiego greckiego włoskiego wesela. Ani nawet angielskiego.
Dziwną była relacja pani Mulciber ze śmiercią. Czułą. Nosiła czerń, bo ta wyszczuplała i pasowała do jej karnacji. Gdy przychodził czas żałoby - odrzucała jej kolory w kąt ku zgorszeniu konserwatywnych dewot. Nie modliła się nad grobami; nie tęskniła za zmarłymi, choć nie wierzyła, że czekają na nią po drugiej stronie.
Zawsze wiedziała, że odejdzie pierwsza. Najbliżsi przygotowywali się na to całe życie - wiedzieli to rodzice, wiedział Alex. Podejrzewała, że Richard pewnie odlicza dni w kalendarzu. Przyjaciele omijali temat i choć zdarzało im się udawać, że tego nie rozumieją - to też wiedzieli.
Ale Aaron. O jego reakcji starała się nie myśleć. Był jedną wielką niewiadomą.
Czy odwiedziłby jej grób? Chciałby go w ogóle zobaczyć? A może stwierdziłby, że szanowną panią teściową popierdoliło już do reszty, skoro takowy zafundowała swojej jedynaczce? A gdy przyjdzie czas - skorzystałby z prawa odprawienia pogrzebu gdzie indziej? Odprawiłby pogrzeb? W końcu umieranie maledictusa wyglądało… inaczej.
Kiedyś o tym porozmawiają. Ale nie teraz. Teraz pan Moody miał o wiele twardszy orzech do zgryzienia niż śmierć żony. A dokładniej - jej złośliwostki za życia.
- Aż takie ciężkie?- Zmierzyła spojrzeniem miniaturowe warzywo w rękach prawie-że-męża. A potem i samego, nieco poczerwieniał z wysiłku. Brew jej lekko drgnęła, gdy stół niemal ugiął się od ciężaru.- No ja nie wiem kochanie. Coroczne kursy sprawnościowe Aurorów za pasem…- Potrząsnęła lokami, kręcąc głową. Dwoje mogło grać w tą grę.
Dynia wróciła do normalnych kształtów. Nie, nie normalnych, bo w tym potworze nie było absolutnie nic normalnego. Ale dokładnie taką zamówiła.
Wychyliła głowę, co by jednak móc na Aaron spojrzeć. Za kilkanaście lat mugole będą określać takowe warzywa “genetycznie zmutowanymi osobnikami”. Na razie była to po prostu dynia-gigant.
- Coś mówiłeś o kinie?- Zapytała naprawdę starając się brzmieć kompletnie obojętnie. Nie wyszło. Zdradzało ją wszystko - od pełnego oczekiwania rumieńca na policzkach, aż po błysk w oku na samą myśl o tym dziwacznym mugolskim wynalazku i niecierpliwe postukiwanie palcami o blat stołu.- Grają w ogóle w tym całym kinie coś gdzie się mugole nie okłądają pięściami i nie wybuchają? Ostrożnie, tylko nie zepsuj. - Zmieniła nagle temat przyglądając się jak Aaron macha niefrasobliwie różdżką.- To dynia z certyfikowanych nasion oxfordzkich. Od wieków kultywowana przez rodzinę von Pumpkinworth, według receptur hodowlanych przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Każda taka dynia jest osobiście błogosławiona i poświęcona przez głowę kowenu z Oxfordu i opatrzona certyfikatem autentyczności. Ta konkretna jest z limitowanej partii Lady von Pumpkinworth ‘72. Tylko trzy takie okazy na świecie. Jeden sprzedano do Ministry Magii na tegoroczne Mabon, druga powędrowała na bal charytatywny w MACUSIE, a trzecia jest tutaj. Zero presji. To tylko dwadzieścia pięć tysięcy galeonów.- Kłamała jak z nut. Chyba.- Ale z tym kinem. Grają może coś o mugolskich wojnach?- Dodała na jednym wydechu.
Ona miała obiecane czterdzieści lat. Trochę mniej jeśli wierzyć Basiliusowi, ale kto by wierzył prognozie wypowiedzianej nad herbatką i herbatnikami nawet przez podobno wybitnego magomedyka? Odkąd Robert umarł, ona czuła się zdecydowanie, a po prostu Prewett przesadzał.
Tak po prawdzie to od ostatnich urodzin już wszystkie sprawy miała uporządkowane. Potem pojawił się Moody i narobił jej burdelu w papierach. I w życiu. Nie powiedziała mu jeszcze o wielostronicowej intercyzie, którą trzymała na dnie swojego kufra. W razie czego podpisze za niego i już. I tak nie planowali wielkiego greckiego włoskiego wesela. Ani nawet angielskiego.
Dziwną była relacja pani Mulciber ze śmiercią. Czułą. Nosiła czerń, bo ta wyszczuplała i pasowała do jej karnacji. Gdy przychodził czas żałoby - odrzucała jej kolory w kąt ku zgorszeniu konserwatywnych dewot. Nie modliła się nad grobami; nie tęskniła za zmarłymi, choć nie wierzyła, że czekają na nią po drugiej stronie.
Zawsze wiedziała, że odejdzie pierwsza. Najbliżsi przygotowywali się na to całe życie - wiedzieli to rodzice, wiedział Alex. Podejrzewała, że Richard pewnie odlicza dni w kalendarzu. Przyjaciele omijali temat i choć zdarzało im się udawać, że tego nie rozumieją - to też wiedzieli.
Ale Aaron. O jego reakcji starała się nie myśleć. Był jedną wielką niewiadomą.
Czy odwiedziłby jej grób? Chciałby go w ogóle zobaczyć? A może stwierdziłby, że szanowną panią teściową popierdoliło już do reszty, skoro takowy zafundowała swojej jedynaczce? A gdy przyjdzie czas - skorzystałby z prawa odprawienia pogrzebu gdzie indziej? Odprawiłby pogrzeb? W końcu umieranie maledictusa wyglądało… inaczej.
Kiedyś o tym porozmawiają. Ale nie teraz. Teraz pan Moody miał o wiele twardszy orzech do zgryzienia niż śmierć żony. A dokładniej - jej złośliwostki za życia.
- Aż takie ciężkie?- Zmierzyła spojrzeniem miniaturowe warzywo w rękach prawie-że-męża. A potem i samego, nieco poczerwieniał z wysiłku. Brew jej lekko drgnęła, gdy stół niemal ugiął się od ciężaru.- No ja nie wiem kochanie. Coroczne kursy sprawnościowe Aurorów za pasem…- Potrząsnęła lokami, kręcąc głową. Dwoje mogło grać w tą grę.
Dynia wróciła do normalnych kształtów. Nie, nie normalnych, bo w tym potworze nie było absolutnie nic normalnego. Ale dokładnie taką zamówiła.
Wychyliła głowę, co by jednak móc na Aaron spojrzeć. Za kilkanaście lat mugole będą określać takowe warzywa “genetycznie zmutowanymi osobnikami”. Na razie była to po prostu dynia-gigant.
- Coś mówiłeś o kinie?- Zapytała naprawdę starając się brzmieć kompletnie obojętnie. Nie wyszło. Zdradzało ją wszystko - od pełnego oczekiwania rumieńca na policzkach, aż po błysk w oku na samą myśl o tym dziwacznym mugolskim wynalazku i niecierpliwe postukiwanie palcami o blat stołu.- Grają w ogóle w tym całym kinie coś gdzie się mugole nie okłądają pięściami i nie wybuchają? Ostrożnie, tylko nie zepsuj. - Zmieniła nagle temat przyglądając się jak Aaron macha niefrasobliwie różdżką.- To dynia z certyfikowanych nasion oxfordzkich. Od wieków kultywowana przez rodzinę von Pumpkinworth, według receptur hodowlanych przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Każda taka dynia jest osobiście błogosławiona i poświęcona przez głowę kowenu z Oxfordu i opatrzona certyfikatem autentyczności. Ta konkretna jest z limitowanej partii Lady von Pumpkinworth ‘72. Tylko trzy takie okazy na świecie. Jeden sprzedano do Ministry Magii na tegoroczne Mabon, druga powędrowała na bal charytatywny w MACUSIE, a trzecia jest tutaj. Zero presji. To tylko dwadzieścia pięć tysięcy galeonów.- Kłamała jak z nut. Chyba.- Ale z tym kinem. Grają może coś o mugolskich wojnach?- Dodała na jednym wydechu.