14.09.2026, 22:17 ✶
„Wybiórcza uwaga” brzmiała zdecydowanie inaczej niż moje określenie, chociaż była to zaledwie kwestia semantyczna, sens pozostawał dokładnie ten sam.
- „Ziemniak”, „pyla” czy „kaltofel”… - Wzruszyłem ramionami - w gruncie rzeczy oboje mieliśmy tę samą przypadłość, z tą niewielką różnicą, że każde z nas uważało się za stronę rozsądniejszą, natomiast drugie za osobę odpowiedzialną za całe zamieszanie. Nie było w tym nic szczególnie nowego, właściwie od zawsze potrafiliśmy rozmawiać w ten sposób, tylko kiedyś podobne przepychanki potrafiły kończyć się znacznie gorzej, teraz natomiast mogłem się z nią drażnić bez zastanawiania się, czy za chwilę któreś z nas miało trafić w naprawdę czuły punkt, co też potrafiliśmy robić, jak mało kto. Na szczęście oboje doskonale wiedzieliśmy, że mimo tych wszystkich kompromitujących wspomnień nadal potrafiliśmy patrzeć na siebie bez większego problemu.
- A więc losejm? Szadne s nas nic nie ma? - Zasugerowałem, przynajmniej teraz, zwłaszcza że część tych rzeczy wydarzyła się, kiedy byliśmy dzieciakami lub nastolatkami na tym niezręcznym etapie buzowania hormonów i jeszcze nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo będziemy kiedyś potrzebowali możliwości udawania, że ich nie było. Problem rzeczywiście mógł polegać na tym, iż ja miałem zaledwie kilka teczek do moich akt, ona natomiast prawdopodobnie pamiętała dokładną godzinę, temperaturę powietrza i kolor mojej koszuli z każdej kompromitującej sytuacji, w której brałem przy niej udział przez ostatnie kilkadziesiąt lat, ponieważ jej mózg prowadził naprawdę szczegółowe archiwum. Czasami wystarczył jeden rzucony przeze mnie komentarz, na co ona potrafiła wyciągnąć z przeszłości wydarzenie, o którym sam zdążyłem zapomnieć, wraz z najmniejszym żenującym szczegółem, którego zdecydowanie nie potrzebowałem sobie przypominać.
Próba przerzucenia na mnie odpowiedzialności za pomysł złożenia mojego „ciężkiego cielska” w ofierze była natomiast bezczelna, ale niestety logiczna.
- Nie podsunąłem ci go jako lealnej moszliwości. - Zaprotestowałem, chociaż sam doskonale wiedziałem, że nie miałem w tej kwestii szczególnie mocnej pozycji, jednakowoż oboje mogliśmy się przynajmniej zgodzić z tym, iż był to bardzo niepokojący sposób rozumowania, zwłaszcza u kobiety, która zawodowo zajmowała się ratowaniem ludzi, nawet na pół etatu, u nekromantki i antropolożki natomiast niekoniecznie można się było temu dziwić - „kurwa, no, upsik”…
- Oczywiście. Najlepiej od lasu załatwiś splawę na kilka pokoleń. Wody Doliny będą miały święty spokój, ty nie będziesz musiała niszczyś kolejnych diademów, a ja będę mógł poświęciś lesztę nieszycia na bycie elementem lokalnego folklolu. - Odchrząknąłem, przypatrując się Prue z kpiarskim wyrazem twarzy. - S takim losmachem w planowaniu zabespieczysz tesz blatanise i blatanków. - Kiwnąłem głową, chociaż kwestia tego, czy jacykolwiek mieli kiedyś powstać, była raczej sporna i co najmniej „rozwojowa”, ale szkoda by było, gdybyśmy już nie włączyli w to następnych Bletchleyów.
Właściwie byłem zadowolony z obrotu sytuacji i z tego, że mieliśmy już za sobą etap niszczenia wotum, chociaż nie dlatego, że interesowało mnie szczególnie, czy jakieś bóstwo wody uzna naszą ofiarę za wystarczającą. Wierzyłem w bogów na tyle, żeby nie uważać ich za całkowity wymysł, ale nigdy nie miałem potrzeby podporządkowywać im każdego elementu własnego życia. Rytuały znałem natomiast dobrze, więc skoro już zdecydowaliśmy się coś zrobić, zamierzałem zrobić to prawidłowo.
Chciałem dodać coś jeszcze, ale wtedy grunt pod stopą Prue postanowił przypomnieć nam, że torfowiska właściwie nie potrzebowały żadnego dodatkowego elementu rytualnego, żeby zechcieć przyjąć kogoś w ofierze lub przynajmniej spróbować uprzykrzyć mu życie.
- Właśnie dlatego nie naleszy chwaliś lytuału pszed jego zakończeniem. - Powiedziałem, jednocześnie mocniej stabilizując naszą nieoczekiwaną pozę. - Pszyjmuję. - Kiwnąłem krótko, dodając na rozluźnienie sytuacji. - Ale tylko dlatego, sze obecnie jestem tym, któly stoi po właściwej stronie błota. Zawsze coś musi się spieldoliś w najmniej odpowiednim momencie. - Burknąłem pod nosem, po czym mocniej zacisnąłem palce na jej dłoni i przesunąłem się tak, żeby mieć stabilniejszą pozycję, bo na mokradłach nie należało lekceważyć nawet pozornie niewielkiego zapadnięcia - odpowiednio ustawiłem nogi, żeby nie stracić równowagi i nie skończyć razem z nią w mokrym torfie.
- Właśnie. Tak. Powoli. Nie szalp nogą, tylko splóbuj ją lekko pszeklęsiś. Kulwisko tszyma pszes podciśnienie, więc im mocniej będziesz ciągnęła pionowo, tym balsiej będzie chciało cię zatrzymać. - Zerknąłem w dół, oceniając, gdzie dokładnie ugrzęzła, nie musiałem się nad tym doktoryzować, wystarczało doświadczenie z miejsc, w których różnego rodzaju podłoże miało paskudny zwyczaj udawania ziemi, dopóki ktoś nie postawił na nim całego ciężaru ciała. - Pszesuń cięszal na mnie. Jeszcze tlochę. - Mruknąłem, nie zamierzałem jej poganiać, bo wiedziałem, że w takim momencie jeden gwałtowny ruch mógł tylko wszystko pogorszyć, ale kiedy zagroziła, że będzie mnie nawiedzać w snach, prychnąłem śmiechem, tym razem już bez powstrzymywania się, gdyż inaczej po prostu się nie dało.
- Nie. Absolutnie nie. - Pokręciłem głową. - Nie zgadzam się na mieszkanie jako pustelnik na wszosowiskach, nawet po to, byś miała towaszystwo pszed moją śmielsią. - Zerknąłem na otaczające nas mokradła, drzewa i ciemną wodę, po czym skrzywiłem się teatralnie. - Nie będę pszeplwadzał się do Doliny tylko dlatego, sze kałusza tak chciała. Poza tym mam bezsenność, pamiętasz? I tak nie śpię. Laszej byś się zanudziła tym nawiedzaniem. - Zacisnąłem palce na jej dłoni i pociągnąłem ją delikatnie ku sobie, wykorzystując moment, w którym błoto zaczęło puszczać.
af ◉◉◉◉○ - wyciągamy?
- „Ziemniak”, „pyla” czy „kaltofel”… - Wzruszyłem ramionami - w gruncie rzeczy oboje mieliśmy tę samą przypadłość, z tą niewielką różnicą, że każde z nas uważało się za stronę rozsądniejszą, natomiast drugie za osobę odpowiedzialną za całe zamieszanie. Nie było w tym nic szczególnie nowego, właściwie od zawsze potrafiliśmy rozmawiać w ten sposób, tylko kiedyś podobne przepychanki potrafiły kończyć się znacznie gorzej, teraz natomiast mogłem się z nią drażnić bez zastanawiania się, czy za chwilę któreś z nas miało trafić w naprawdę czuły punkt, co też potrafiliśmy robić, jak mało kto. Na szczęście oboje doskonale wiedzieliśmy, że mimo tych wszystkich kompromitujących wspomnień nadal potrafiliśmy patrzeć na siebie bez większego problemu.
- A więc losejm? Szadne s nas nic nie ma? - Zasugerowałem, przynajmniej teraz, zwłaszcza że część tych rzeczy wydarzyła się, kiedy byliśmy dzieciakami lub nastolatkami na tym niezręcznym etapie buzowania hormonów i jeszcze nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo będziemy kiedyś potrzebowali możliwości udawania, że ich nie było. Problem rzeczywiście mógł polegać na tym, iż ja miałem zaledwie kilka teczek do moich akt, ona natomiast prawdopodobnie pamiętała dokładną godzinę, temperaturę powietrza i kolor mojej koszuli z każdej kompromitującej sytuacji, w której brałem przy niej udział przez ostatnie kilkadziesiąt lat, ponieważ jej mózg prowadził naprawdę szczegółowe archiwum. Czasami wystarczył jeden rzucony przeze mnie komentarz, na co ona potrafiła wyciągnąć z przeszłości wydarzenie, o którym sam zdążyłem zapomnieć, wraz z najmniejszym żenującym szczegółem, którego zdecydowanie nie potrzebowałem sobie przypominać.
Próba przerzucenia na mnie odpowiedzialności za pomysł złożenia mojego „ciężkiego cielska” w ofierze była natomiast bezczelna, ale niestety logiczna.
- Nie podsunąłem ci go jako lealnej moszliwości. - Zaprotestowałem, chociaż sam doskonale wiedziałem, że nie miałem w tej kwestii szczególnie mocnej pozycji, jednakowoż oboje mogliśmy się przynajmniej zgodzić z tym, iż był to bardzo niepokojący sposób rozumowania, zwłaszcza u kobiety, która zawodowo zajmowała się ratowaniem ludzi, nawet na pół etatu, u nekromantki i antropolożki natomiast niekoniecznie można się było temu dziwić - „kurwa, no, upsik”…
- Oczywiście. Najlepiej od lasu załatwiś splawę na kilka pokoleń. Wody Doliny będą miały święty spokój, ty nie będziesz musiała niszczyś kolejnych diademów, a ja będę mógł poświęciś lesztę nieszycia na bycie elementem lokalnego folklolu. - Odchrząknąłem, przypatrując się Prue z kpiarskim wyrazem twarzy. - S takim losmachem w planowaniu zabespieczysz tesz blatanise i blatanków. - Kiwnąłem głową, chociaż kwestia tego, czy jacykolwiek mieli kiedyś powstać, była raczej sporna i co najmniej „rozwojowa”, ale szkoda by było, gdybyśmy już nie włączyli w to następnych Bletchleyów.
Właściwie byłem zadowolony z obrotu sytuacji i z tego, że mieliśmy już za sobą etap niszczenia wotum, chociaż nie dlatego, że interesowało mnie szczególnie, czy jakieś bóstwo wody uzna naszą ofiarę za wystarczającą. Wierzyłem w bogów na tyle, żeby nie uważać ich za całkowity wymysł, ale nigdy nie miałem potrzeby podporządkowywać im każdego elementu własnego życia. Rytuały znałem natomiast dobrze, więc skoro już zdecydowaliśmy się coś zrobić, zamierzałem zrobić to prawidłowo.
Chciałem dodać coś jeszcze, ale wtedy grunt pod stopą Prue postanowił przypomnieć nam, że torfowiska właściwie nie potrzebowały żadnego dodatkowego elementu rytualnego, żeby zechcieć przyjąć kogoś w ofierze lub przynajmniej spróbować uprzykrzyć mu życie.
- Właśnie dlatego nie naleszy chwaliś lytuału pszed jego zakończeniem. - Powiedziałem, jednocześnie mocniej stabilizując naszą nieoczekiwaną pozę. - Pszyjmuję. - Kiwnąłem krótko, dodając na rozluźnienie sytuacji. - Ale tylko dlatego, sze obecnie jestem tym, któly stoi po właściwej stronie błota. Zawsze coś musi się spieldoliś w najmniej odpowiednim momencie. - Burknąłem pod nosem, po czym mocniej zacisnąłem palce na jej dłoni i przesunąłem się tak, żeby mieć stabilniejszą pozycję, bo na mokradłach nie należało lekceważyć nawet pozornie niewielkiego zapadnięcia - odpowiednio ustawiłem nogi, żeby nie stracić równowagi i nie skończyć razem z nią w mokrym torfie.
- Właśnie. Tak. Powoli. Nie szalp nogą, tylko splóbuj ją lekko pszeklęsiś. Kulwisko tszyma pszes podciśnienie, więc im mocniej będziesz ciągnęła pionowo, tym balsiej będzie chciało cię zatrzymać. - Zerknąłem w dół, oceniając, gdzie dokładnie ugrzęzła, nie musiałem się nad tym doktoryzować, wystarczało doświadczenie z miejsc, w których różnego rodzaju podłoże miało paskudny zwyczaj udawania ziemi, dopóki ktoś nie postawił na nim całego ciężaru ciała. - Pszesuń cięszal na mnie. Jeszcze tlochę. - Mruknąłem, nie zamierzałem jej poganiać, bo wiedziałem, że w takim momencie jeden gwałtowny ruch mógł tylko wszystko pogorszyć, ale kiedy zagroziła, że będzie mnie nawiedzać w snach, prychnąłem śmiechem, tym razem już bez powstrzymywania się, gdyż inaczej po prostu się nie dało.
- Nie. Absolutnie nie. - Pokręciłem głową. - Nie zgadzam się na mieszkanie jako pustelnik na wszosowiskach, nawet po to, byś miała towaszystwo pszed moją śmielsią. - Zerknąłem na otaczające nas mokradła, drzewa i ciemną wodę, po czym skrzywiłem się teatralnie. - Nie będę pszeplwadzał się do Doliny tylko dlatego, sze kałusza tak chciała. Poza tym mam bezsenność, pamiętasz? I tak nie śpię. Laszej byś się zanudziła tym nawiedzaniem. - Zacisnąłem palce na jej dłoni i pociągnąłem ją delikatnie ku sobie, wykorzystując moment, w którym błoto zaczęło puszczać.
af ◉◉◉◉○ - wyciągamy?
Rzut PO 1d100 - 76
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)