14.09.2026, 21:56 ✶
Drzwi domu Alderley otworzyły się gwałtownie i do pogrążonego w półmroku wnętrza wpadł podmuch chłodnego, wilgotnego powietrza. Zaraz za nim pojawiła się Astoria, nieco zdyszana, z oddechem wciąż przyspieszonym po pośpiesznym przybyciu. Kilka kosmyków włosów wymknęło się z misternie ułożonej fryzury, a wilgoć osiadła na skraju jej płaszcza, lecz tym razem zupełnie nie zwracała na to uwagi. W klatce piersiowej czuła nieprzyjemny ucisk, uporczywy i ciężki, jakby ktoś zacisnął jej pod żebrami niewidzialną obręcz. Z każdym głębszym wdechem przypominał o sobie, lecz czarownica konsekwentnie spychała to odczucie na dalszy plan. Nie zamierzała teraz zajmować się sobą. Nie po to tak się spieszyła. Wiekowa wiedźma nie była jej szczególnie bliska. Łączyła je raczej pamięć o babce Astorii niż prawdziwa zażyłość. A jednak ostatnie wydarzenia odcisnęły się na młodej czarownicy na tyle, że nie potrafiła zignorować staruszki, gdy ta potrzebowała pomocy.
- Gdzie ona jest? - zapytała, ale nie zaczekała na odpowiedź; ruszyła wzdłuż korytarza. Jej kroki odbijały się cicho od drewnianej podłogi, aż wreszcie zatrzymała się przed drzwiami i uchyliła je ostrożnie. W sypialni panował półmrok. Zasłony były niemal całkowicie zaciągnięte, a jedynym źródłem światła pozostawała niewielka lampa stojąca przy łóżku. Jej blask padał na bladą twarz staruszki, czyniąc ją jeszcze drobniejszą i bardziej kruchą. Pani Alderley leżała nieruchomo pod ciężkim przykryciem, pogrążona w głębokim śnie, z oddechem tak cichym, że przez pierwszą chwilę Astoria musiała wytężyć słuch, aby upewnić się, iż rzeczywiście oddycha. Nie ocknęła się na jej przyjście. Podeszła więc bliżej.
- Pani Alderley? To ja, Astoria.
Żadnej odpowiedzi. Staruszka nawet nie drgnęła. Młoda czarownica stała przez chwilę przy łóżku, jakby oczekiwała, że za moment powieki starszej kobiety uniosą się i wszystko okaże się mniej poważne, niż przedstawiał to Rodolphus. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Dopiero teraz dostrzegła stolik nocny. Stało na nim mnóstwo fiolek i buteleczek o rozmaitych kształtach. Obok nich piętrzyły się niewielkie słoiczki z maściami, część już otwarta. Całość wyglądała niemal jak małe laboratorium ustawione przy łóżku chorej kobiety. Widok ten powiedział jej więcej niż jakiekolwiek zapewnienia.
Usiadła na brzegu materaca i przez moment przyglądała się twarzy pani Alderley. Potem bardzo ostrożnie wyciągnęła dłoń i pogładziła ją po włosach. Staruszka nadal się nie poruszyła. Astoria cofnęła rękę. Wstała powoli, nie chcąc robić więcej hałasu, i jeszcze raz spojrzała na leżącą kobietę. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że patrzy na kogoś już nie tyle śpiącego, ile bardzo odległego, oddzielonego od świata grubą, niewidzialną zasłoną. Wyszła z sypialni i przymknęła za sobą drzwi. Na korytarzu zatrzymała się, opierając plecy o chłodną ścianę. Wciągnęła powietrze głęboko, lecz oddech nie chciał się wyrównać. Pierś unosiła się szybko, a palce zacisnęły się na materiale płaszcza. Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, jak poważny był stan wiekowej wiedźmy. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła wpatrującego się w nią Rodolphusa. Właściwie dlaczego to on wiedział pierwszy? To ona miała powody, by interesować się jej losem. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że ktoś bez pytania przesunął pionek na jej szachownicy.
- Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś? - czuła irytację i strach o życie znajomej, a on był pierwszą osobą, na której mogła się wyładować.
- Gdzie ona jest? - zapytała, ale nie zaczekała na odpowiedź; ruszyła wzdłuż korytarza. Jej kroki odbijały się cicho od drewnianej podłogi, aż wreszcie zatrzymała się przed drzwiami i uchyliła je ostrożnie. W sypialni panował półmrok. Zasłony były niemal całkowicie zaciągnięte, a jedynym źródłem światła pozostawała niewielka lampa stojąca przy łóżku. Jej blask padał na bladą twarz staruszki, czyniąc ją jeszcze drobniejszą i bardziej kruchą. Pani Alderley leżała nieruchomo pod ciężkim przykryciem, pogrążona w głębokim śnie, z oddechem tak cichym, że przez pierwszą chwilę Astoria musiała wytężyć słuch, aby upewnić się, iż rzeczywiście oddycha. Nie ocknęła się na jej przyjście. Podeszła więc bliżej.
- Pani Alderley? To ja, Astoria.
Żadnej odpowiedzi. Staruszka nawet nie drgnęła. Młoda czarownica stała przez chwilę przy łóżku, jakby oczekiwała, że za moment powieki starszej kobiety uniosą się i wszystko okaże się mniej poważne, niż przedstawiał to Rodolphus. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Dopiero teraz dostrzegła stolik nocny. Stało na nim mnóstwo fiolek i buteleczek o rozmaitych kształtach. Obok nich piętrzyły się niewielkie słoiczki z maściami, część już otwarta. Całość wyglądała niemal jak małe laboratorium ustawione przy łóżku chorej kobiety. Widok ten powiedział jej więcej niż jakiekolwiek zapewnienia.
Usiadła na brzegu materaca i przez moment przyglądała się twarzy pani Alderley. Potem bardzo ostrożnie wyciągnęła dłoń i pogładziła ją po włosach. Staruszka nadal się nie poruszyła. Astoria cofnęła rękę. Wstała powoli, nie chcąc robić więcej hałasu, i jeszcze raz spojrzała na leżącą kobietę. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że patrzy na kogoś już nie tyle śpiącego, ile bardzo odległego, oddzielonego od świata grubą, niewidzialną zasłoną. Wyszła z sypialni i przymknęła za sobą drzwi. Na korytarzu zatrzymała się, opierając plecy o chłodną ścianę. Wciągnęła powietrze głęboko, lecz oddech nie chciał się wyrównać. Pierś unosiła się szybko, a palce zacisnęły się na materiale płaszcza. Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, jak poważny był stan wiekowej wiedźmy. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła wpatrującego się w nią Rodolphusa. Właściwie dlaczego to on wiedział pierwszy? To ona miała powody, by interesować się jej losem. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że ktoś bez pytania przesunął pionek na jej szachownicy.
- Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś? - czuła irytację i strach o życie znajomej, a on był pierwszą osobą, na której mogła się wyładować.
learn the rules
then break some
then break some