Wczoraj, 23:14 ✶
Właściwie już wtedy powinienem był zrozumieć, że jeżeli Pruey zaczynała mówić do mnie takim tonem, to prawdopodobnie nie podzielała mojego przekonania o powodzeniu całego przedsięwzięcia, tylko postanowiła dać mi możliwość samodzielnego przekonania się, że „genialność” mojego planu była pojęciem względnym - nie przeszkadzało mi to jednak szczególnie, bo nasze pierwsze wspólne Samhain naprawdę zaczynało nabierać kształtów, mogliśmy podchodzić do niego w dokładnie taki sposób, w jaki tylko nam się to uwidziało, więc nawet mnie, osobę o bardzo praktycznym podejściu do szpargałów, bawiło to całe zamieszanie, chociaż nigdy nie przyznałbym, że przez ostatnie pół godziny sam przestawiałem ozdoby trzy razy, żeby znaleźć dla nich odpowiednie miejsce. Prue mogła więc mieć rację, że dobrze się przy tym bawiłem, ale zamierzałem zachować resztki godności i nie komentować tego faktu - w moim odczuciu zawsze można było udawać, że chodziło o względy praktyczne, a nie o to, że zacząłem mieć własne zdanie na temat tego, gdzie powinny wisieć gałęzie ostrokrzewu, szczególnie jeżeli między nimi ukrywaliśmy zabezpieczenia wyryte w postaci run na kości, więc dokładnie tak postępowałem.
Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy wspomniała o fizyce kwantowej. Wieniec, żyrandol, drabina, człowiek - cztery elementy, które mężczyzna o przeciętnych zdolnościach manualnych i raczej niezbyt atletycznej sylwetce powinien był być w stanie połączyć bez większych strat w otoczeniu - brzmiało to rozsądnie, szczególnie jeśli pominąć fakt, że miałem być to ja, a nie tak dawno zdążyliśmy podyskutować co nieco o mojej wadze i posturze, no i to była jednak stara drabina…
„Stara, ale jara, prawda.”
„Prawda?”
Na pytanie o dach odwróciłem głowę tylko na tyle, żeby spojrzeć na żonę.
- Oczywiście, sze lobiłem. - Zrobiłem krótką pauzę. - Las… Plawie… Powiedzmy. - Nie zamierzałem rozwijać tej historii, ponieważ była to jedna z tych opowieści, które zyskiwały przy każdym kolejnym przemilczeniu, poza tym miałem teraz ważniejsze zadanie, a mianowicie udowodnienie własnej drugiej połowie, że nawet ktoś o moich gabarytach mógł bez użycia magii zawiesić kawałek roślinności na żyrandolu i nie skończyć przy tym w szpitalu - skoro w moim odbiorze wszystko było absolutnie przekalkulowane, to rzeczywiście powinno pójść gładko, więc tylko uniosłem kącik ust.
- Mówiłem… - To było całkiem rozsądne stwierdzenie, dopóki drabina nie skrzypnęła po raz pierwszy. Zignorowałem ten dźwięk, bo ignorowanie ostrzeżeń należało do tych umiejętności, które opanowałem jeszcze zanim nauczyłem się właściwie oceniać konsekwencje, czyli w sumie niedawno, jeśli nie tak naprawdę wcale. Przez chwilę rzeczywiście uwierzyłem, że miałem nad sytuacją pełną kontrolę, co samo w sobie powinno było być dla mnie sygnałem ostrzegawczym, bo ilekroć zaczynałem być zbyt pewny własnych możliwości, świat zwykle znajdował sposób, żeby bardzo szybko sprowadzić mnie na ziemię. Tym razem zrobił to nawet bardzo dosłownie…
Drabina skrzypiała przy każdym ruchu, ale uznałem, że było to zwyczajne skrzypienie starej drabiny, nie zapowiedź rychłej katastrofy, bo ktoś wykonujący mój zawód nie mógł przecież interpretować każdego dźwięku jako ostrzeżenia przed śmiercią, inaczej wylądowałby w Lecznicy Dusz już po tygodniu od podjęcia ścieżki kariery klątwołamacza. W pewnym momencie poprawiłem chwyt na wieńcu i uniosłem go wyżej, próbując ocenić, gdzie najlepiej zahaczyć jego mocowanie… Wtedy usłyszałem trzask - nie zdążyłem nawet pomyśleć, że ten dźwięk zdecydowanie nie należał do wspomnianej kategorii „zwyczajnych odgłosów starej drabiny”, ponieważ stopień pod moją nogą zwyczajnie puścił - wszystko wydarzyło się tak szybko, że jedyne, co zdążyłem zrobić, to wypuścić wieniec i spróbować złapać się czegoś, co przez całe życie uważałem za rzecz przeznaczoną do pomagania ludziom we wspinaniu się na wyżyny możliwości, nie do sprowadzania ich na dół. No, kurwa, nie tym razem - drabina przechyliła się wraz ze mną, zahaczyłem ramieniem o bok, potem ciężar całego mojego ciała poszedł w dół - jebnąłem o podłogę z takim impetem, że przez pierwszą sekundę byłem niemal pewien, że oprócz kilku kości uszkodziłem również fundamenty domu. Zaległem na plecach, patrząc w sufit, z płucami pozbawionymi całego powietrza i z poczuciem, że właśnie zostałem bardzo, ale to bardzo anegdotycznie ukarany za próbę zaimponowania komuś, kto „znowu miał rację”, gdzieś obok mnie z kolejnym głuchym łupnięciem upadło narzędzie mej zguby, natomiast sam wieniec potoczył się po podłodze, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie Prue mogła go zobaczyć, zapewne utraciwszy co najmniej część swojej ochronnej użyteczności.
„Żyjesz?” - wciągnąłem powietrze, co okazało się zaskakująco trudnym przedsięwzięciem, po czym uniosłem jedną rękę w geście, który miał oznaczać, że sytuacja pozostawała pod kontrolą - spróbowałem poruszyć nogami, działały, palce u rąk też, zęby, sądząc po tym, że język nie znalazł w ustach żadnej nowej dziury, również pozostawały na miejscu, więc nie musiała szukać woreczka…
Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy wspomniała o fizyce kwantowej. Wieniec, żyrandol, drabina, człowiek - cztery elementy, które mężczyzna o przeciętnych zdolnościach manualnych i raczej niezbyt atletycznej sylwetce powinien był być w stanie połączyć bez większych strat w otoczeniu - brzmiało to rozsądnie, szczególnie jeśli pominąć fakt, że miałem być to ja, a nie tak dawno zdążyliśmy podyskutować co nieco o mojej wadze i posturze, no i to była jednak stara drabina…
„Stara, ale jara, prawda.”
„Prawda?”
Na pytanie o dach odwróciłem głowę tylko na tyle, żeby spojrzeć na żonę.
- Oczywiście, sze lobiłem. - Zrobiłem krótką pauzę. - Las… Plawie… Powiedzmy. - Nie zamierzałem rozwijać tej historii, ponieważ była to jedna z tych opowieści, które zyskiwały przy każdym kolejnym przemilczeniu, poza tym miałem teraz ważniejsze zadanie, a mianowicie udowodnienie własnej drugiej połowie, że nawet ktoś o moich gabarytach mógł bez użycia magii zawiesić kawałek roślinności na żyrandolu i nie skończyć przy tym w szpitalu - skoro w moim odbiorze wszystko było absolutnie przekalkulowane, to rzeczywiście powinno pójść gładko, więc tylko uniosłem kącik ust.
- Mówiłem… - To było całkiem rozsądne stwierdzenie, dopóki drabina nie skrzypnęła po raz pierwszy. Zignorowałem ten dźwięk, bo ignorowanie ostrzeżeń należało do tych umiejętności, które opanowałem jeszcze zanim nauczyłem się właściwie oceniać konsekwencje, czyli w sumie niedawno, jeśli nie tak naprawdę wcale. Przez chwilę rzeczywiście uwierzyłem, że miałem nad sytuacją pełną kontrolę, co samo w sobie powinno było być dla mnie sygnałem ostrzegawczym, bo ilekroć zaczynałem być zbyt pewny własnych możliwości, świat zwykle znajdował sposób, żeby bardzo szybko sprowadzić mnie na ziemię. Tym razem zrobił to nawet bardzo dosłownie…
Drabina skrzypiała przy każdym ruchu, ale uznałem, że było to zwyczajne skrzypienie starej drabiny, nie zapowiedź rychłej katastrofy, bo ktoś wykonujący mój zawód nie mógł przecież interpretować każdego dźwięku jako ostrzeżenia przed śmiercią, inaczej wylądowałby w Lecznicy Dusz już po tygodniu od podjęcia ścieżki kariery klątwołamacza. W pewnym momencie poprawiłem chwyt na wieńcu i uniosłem go wyżej, próbując ocenić, gdzie najlepiej zahaczyć jego mocowanie… Wtedy usłyszałem trzask - nie zdążyłem nawet pomyśleć, że ten dźwięk zdecydowanie nie należał do wspomnianej kategorii „zwyczajnych odgłosów starej drabiny”, ponieważ stopień pod moją nogą zwyczajnie puścił - wszystko wydarzyło się tak szybko, że jedyne, co zdążyłem zrobić, to wypuścić wieniec i spróbować złapać się czegoś, co przez całe życie uważałem za rzecz przeznaczoną do pomagania ludziom we wspinaniu się na wyżyny możliwości, nie do sprowadzania ich na dół. No, kurwa, nie tym razem - drabina przechyliła się wraz ze mną, zahaczyłem ramieniem o bok, potem ciężar całego mojego ciała poszedł w dół - jebnąłem o podłogę z takim impetem, że przez pierwszą sekundę byłem niemal pewien, że oprócz kilku kości uszkodziłem również fundamenty domu. Zaległem na plecach, patrząc w sufit, z płucami pozbawionymi całego powietrza i z poczuciem, że właśnie zostałem bardzo, ale to bardzo anegdotycznie ukarany za próbę zaimponowania komuś, kto „znowu miał rację”, gdzieś obok mnie z kolejnym głuchym łupnięciem upadło narzędzie mej zguby, natomiast sam wieniec potoczył się po podłodze, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie Prue mogła go zobaczyć, zapewne utraciwszy co najmniej część swojej ochronnej użyteczności.
„Żyjesz?” - wciągnąłem powietrze, co okazało się zaskakująco trudnym przedsięwzięciem, po czym uniosłem jedną rękę w geście, który miał oznaczać, że sytuacja pozostawała pod kontrolą - spróbowałem poruszyć nogami, działały, palce u rąk też, zęby, sądząc po tym, że język nie znalazł w ustach żadnej nowej dziury, również pozostawały na miejscu, więc nie musiała szukać woreczka…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)