15.09.2026, 00:25 ✶
Czasem rzeczywiście można było z niej czytać niczym z otwartej księgi, co uważałem za całkiem zabawne i a zadziwiająco praktyczne - dla mnie, nie dla niej, rzecz jasna - szczególnie że Prudence najwyraźniej wcale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wiele mówiła mi choćby nawet samym swoim spojrzeniem. Widziałem irytację, widziałem zaciśnięte dłonie, widziałem ten charakterystyczny sposób zaciskania ust, który oznaczał, że w głowie właśnie z dużym prawdopodobieństwem układała bardzo szczegółową listę wszystkich możliwych sposobów pozbycia się mnie z powierzchni ziemi bez wykopania sobie jednocześnie własnego grobu i, co najważniejsze, widziałem dokładnie to samo pytanie, jakie z początku pojawiło się także w moich myślach, i które musiało krążyć jej po głowie od chwili, kiedy tylko mnie zauważyła… „Dlaczego, na wszystkie zarazy i nieszczęścia tego świata, znowu ty?”
Nie miałem na to, kurwa, rozsądnej odpowiedzi - osobiście zaczynałem podejrzewać, że musiała istnieć jakaś szczególnie złośliwa zasada rządząca naszym życiem, absurdalna korelacja, według której im bardziej próbowaliśmy się nawzajem unikać, tym większe były szanse, że wpadniemy na siebie w miejscu, w którym żadne z nas nie powinno było się znaleźć. Wakacje nie stanowiły wyjątku, ponieważ również wtedy istniało bardzo duże prawdopodobieństwo nawiązania tego wymuszonego kontaktu, bo w końcu przyjaźniłem się z Eliasem i bywałem u Bletchleyów, nie zamierzając przestawać tego robić z jej powodu, chociaż podejrzewałem, że gdyby mogła, zatrzasnęłaby mi drzwi na jajach, postawiłaby między nami mur i najlepiej jeszcze rzuciłaby jakąś komplementarną klątwę „ochronną” zarówno na drewno, na cegły, jak i na mnie. Problem polegał na tym, że w innych miejscach poza szkołą i ich domem najwyraźniej mieliśmy równie wyjątkowy talent do znajdowania się nawzajem - spotykaliśmy się dokładnie tam, gdzie nie powinniśmy byli tego robić, więc moglibyśmy sobie nawet ustalić linię demarkacyjną, lecz na dłuższą metę nic by to raczej nie dało.
„Dick” nawet mnie nie uraziło, wręcz przeciwnie, uznałem je za całkiem udaną próbę okazania mi uczuć - negatywnych, ale wciąż - przy jednoczesnym zachowaniu pozorów przyzwoitości, co doskonale pasowało do naszej obecnej dynamiki, z jej perspektywy nie dało się przecież nie zauważyć, iż sam wcześniej zrobiłem dokładnie to samo, nazwawszy ją „Audacią”. To było piękne, naprawdę, nie dlatego, że szczególnie mi się podobało, kiedy używała tego określenia w stosunku do mnie, ale dlatego, że słyszałem w nim dokładnie tyle jadu, ile powinienem był usłyszeć.
- Oczywiście, moja zmoro. - Odpowiedziałem równie słodko, specjalnie przybierając ten przesłodzony ton głosu, którego na pewno nie zamierzała mi przepuścić. - Nie martw się, ptaszyno, jestem pełen wyłącznie dobrych myśli. - Spojrzałem po zebranych, unosząc kącik ust. - Ty przecież też jesteś mi w stanie wiele wybaczyć. - Stwierdziłem lekko, posławszy ten bardzo konkretny, wymowny uśmiech w jej kierunku, chociaż wiedziałem doskonale, że tym jednym zdaniem mogłem popchnąć ją o kolejny krok w stronę przejścia od planów mordu do faktycznego morderstwa, ale skoro już znalazłem się na cudzym weselu, nie widziałem powodu, żeby nie zadbać o pełen program rozrywkowy.
Uwaga o moich kompetencjach była znacznie lepsza, niż chciałem jej przyznać, przez sekundę patrzyłem na nią w milczeniu, ponieważ spodziewałem się, że odpowie mi czymś równie celnym, ale niekoniecznie tym, jednak chwilę później powoli uniosłem brwi.
- „Nieodpowiednie kompetencje?” - Powtórzyłem, teatralnie i tylko dla zasady upewniając się, że dobrze usłyszałem. - Audacia, jesteś naprawdę podła. Zaczynam być z ciebie dumny. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo choć właśnie dostałem słowny cios prosto między żebra, musiałem przyznać, że był całkiem niezły. Objąłem ją nawet lekko ramieniem, ponieważ uznałem, że skoro już udawaliśmy parę o raczej dosyć zaawansowanym stażu, mogłem równie dobrze wczuć się w rolę niemal do końca. - Widzicie, panowie? - Zwróciłem się do najbliższego z mężczyzn, kiwnąwszy jednocześnie głową w jej stronę. - Właśnie o tym mówiłem. Ona tylko długo wygląda na nieśmiałą i spokojną, a potem nagle człowiek odkrywa, że przez cały czas ostrzyła nóż. - Mężczyzna obok mnie roześmiał się tak głośno, że kilka osób odwróciło głowy, co uznałem to za kolejny punkt dla mnie. - Ale nad tym też pracujemy. Jest coraz lepiej. Jeszcze trochę i może nawet przestanie próbować mnie otruć za każdym razem, kiedy powiem coś, czego nie chciała usłyszeć. Taka ilość bezoaru robi się trochę kosztowna, ale moje kochanie jest mi droższe, czyż nie tak?
Potem rzeczywiście zaczęło się robić absurdalnie łatwo - kilka nazwisk, kilka bardzo ogólnych historii, odpowiednio pewny ton głosu i już miałem wokół siebie ludzi, którzy byli przekonani, że mieli do czynienia z kimś znacznie ważniejszym, niż w rzeczywistości - to było zdecydowanie moje największe osiągnięcie tego dnia. Nie znałem młodej pary, nie wiedziałem, czyje wesele właśnie sobie bezczelnie zawłaszczyłem, mimo to po kilku minutach jeden z mężczyzn opowiadał mi o panu młodym tak, jakbyśmy obaj spędzili z nim ostatnie wakacje. Kiwałem głową w odpowiednich momentach, dorzucałem pojedyncze „oczywiście”, „tak, tak”, „no właśnie” i „pamiętam”, chociaż nie pamiętałem absolutnie niczego, bo tego nie przeżyłem, kiedy zaś przedstawiałem Audacię jako swoją osobę towarzyszącą, robiłem to z takim przekonaniem, że niemal przekonałem nawet siebie samego.
Nie umknęło mi również to, że nagle odpłynęła gdzieś myślami, niby stała obok mnie, patrzyła przed siebie, ale jej twarz przybrała ten sam nieobecny wyraz, który widywałem u niej czasem w szkole, kiedy nadmiernie coś analizowała i cały świat przestawał mieć znaczenie. W moim własnym odczuciu nie musiałem nawet pytać, o czym myślała, mogłem się tylko domyślać, że właśnie projektowała moje przyszłe cierpienie.
- Nie wątpię. - Odmruknąłem, nadal trzymając ją pod moim ramieniem, bo przecież obecna sytuacja dokładnie tego od nas wymagała - nie mogliśmy zgubić się podczas wejścia na salę - tłum był duży, muzyka zdecydowanie za głośna, wszędzie ktoś mówił, śmiał się, tańczył albo próbował przebić czymś człowieka stojącego obok, dla mnie był to zwyczajny chaos - taki, pośród którego można było bez problemu zniknąć, znaleźć coś dobrego do jedzenia i prawdopodobnie opróżnić, a następnie jeszcze wynieść ze sobą kilka butelek na potem, zanim ktokolwiek zorientowałby się, że nie powinno nas tutaj być - dla niej z pewnością wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Znałem Prudence wystarczająco długo i, niestety, zażyle, żeby widzieć, że podobny rozgardiasz szybko zaczynał ją przytłaczać, nawet jeśli zazwyczaj za wszelką cenę próbowała zachować twarz, co mogłem nawet całkiem zrozumieć. No, dobrze, złośliwość złośliwością, kpina kpiną, ale może do końca tego nie przemyślałem - zrobiłem więc coś, czego prawdopodobnie nie powinienem był robić, czyli stanąłem odrobinę bliżej niej - nie powiedziałem nic na ten temat, bo doskonale wiedziałem, że gdybym zaczął pytać, czy wszystko było w porządku, natychmiast by mi się jakoś odgryzła, lepiej było, żeby myślała, że zostałem dla darmowego jedzenia i dla procentów, bo nie mogliśmy się już tak po prostu wycofać.
- Jeśli planujesz mnie wykląć, zaczekaj do oczepin. - Mruknąłem półgłosem, ledwo poruszywszy wargami. - Nie chcę robić sceny przed kulminacją wieczoru. Patrząc na oprawę, może być wystrzałowa. - Potem uśmiechnąłem się do niej ponownie, dużo bardziej pokazowo i zgodnie z tym, czego po nas oczekiwano, skoro byliśmy tu jako para. - Po torcie, kotku, możesz robić ze mną, co chcesz. - Nie byłem pewien, czy właśnie dałem jej obietnicę, czy wręczyłem ostrze, ale po sposobie, w jaki opróżniła swój kieliszek, wniosiłem, że wkrótce miałem się o tym przekonać… Oby tylko rzeczywiście po oczepinach.
Nie miałem na to, kurwa, rozsądnej odpowiedzi - osobiście zaczynałem podejrzewać, że musiała istnieć jakaś szczególnie złośliwa zasada rządząca naszym życiem, absurdalna korelacja, według której im bardziej próbowaliśmy się nawzajem unikać, tym większe były szanse, że wpadniemy na siebie w miejscu, w którym żadne z nas nie powinno było się znaleźć. Wakacje nie stanowiły wyjątku, ponieważ również wtedy istniało bardzo duże prawdopodobieństwo nawiązania tego wymuszonego kontaktu, bo w końcu przyjaźniłem się z Eliasem i bywałem u Bletchleyów, nie zamierzając przestawać tego robić z jej powodu, chociaż podejrzewałem, że gdyby mogła, zatrzasnęłaby mi drzwi na jajach, postawiłaby między nami mur i najlepiej jeszcze rzuciłaby jakąś komplementarną klątwę „ochronną” zarówno na drewno, na cegły, jak i na mnie. Problem polegał na tym, że w innych miejscach poza szkołą i ich domem najwyraźniej mieliśmy równie wyjątkowy talent do znajdowania się nawzajem - spotykaliśmy się dokładnie tam, gdzie nie powinniśmy byli tego robić, więc moglibyśmy sobie nawet ustalić linię demarkacyjną, lecz na dłuższą metę nic by to raczej nie dało.
„Dick” nawet mnie nie uraziło, wręcz przeciwnie, uznałem je za całkiem udaną próbę okazania mi uczuć - negatywnych, ale wciąż - przy jednoczesnym zachowaniu pozorów przyzwoitości, co doskonale pasowało do naszej obecnej dynamiki, z jej perspektywy nie dało się przecież nie zauważyć, iż sam wcześniej zrobiłem dokładnie to samo, nazwawszy ją „Audacią”. To było piękne, naprawdę, nie dlatego, że szczególnie mi się podobało, kiedy używała tego określenia w stosunku do mnie, ale dlatego, że słyszałem w nim dokładnie tyle jadu, ile powinienem był usłyszeć.
- Oczywiście, moja zmoro. - Odpowiedziałem równie słodko, specjalnie przybierając ten przesłodzony ton głosu, którego na pewno nie zamierzała mi przepuścić. - Nie martw się, ptaszyno, jestem pełen wyłącznie dobrych myśli. - Spojrzałem po zebranych, unosząc kącik ust. - Ty przecież też jesteś mi w stanie wiele wybaczyć. - Stwierdziłem lekko, posławszy ten bardzo konkretny, wymowny uśmiech w jej kierunku, chociaż wiedziałem doskonale, że tym jednym zdaniem mogłem popchnąć ją o kolejny krok w stronę przejścia od planów mordu do faktycznego morderstwa, ale skoro już znalazłem się na cudzym weselu, nie widziałem powodu, żeby nie zadbać o pełen program rozrywkowy.
Uwaga o moich kompetencjach była znacznie lepsza, niż chciałem jej przyznać, przez sekundę patrzyłem na nią w milczeniu, ponieważ spodziewałem się, że odpowie mi czymś równie celnym, ale niekoniecznie tym, jednak chwilę później powoli uniosłem brwi.
- „Nieodpowiednie kompetencje?” - Powtórzyłem, teatralnie i tylko dla zasady upewniając się, że dobrze usłyszałem. - Audacia, jesteś naprawdę podła. Zaczynam być z ciebie dumny. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo choć właśnie dostałem słowny cios prosto między żebra, musiałem przyznać, że był całkiem niezły. Objąłem ją nawet lekko ramieniem, ponieważ uznałem, że skoro już udawaliśmy parę o raczej dosyć zaawansowanym stażu, mogłem równie dobrze wczuć się w rolę niemal do końca. - Widzicie, panowie? - Zwróciłem się do najbliższego z mężczyzn, kiwnąwszy jednocześnie głową w jej stronę. - Właśnie o tym mówiłem. Ona tylko długo wygląda na nieśmiałą i spokojną, a potem nagle człowiek odkrywa, że przez cały czas ostrzyła nóż. - Mężczyzna obok mnie roześmiał się tak głośno, że kilka osób odwróciło głowy, co uznałem to za kolejny punkt dla mnie. - Ale nad tym też pracujemy. Jest coraz lepiej. Jeszcze trochę i może nawet przestanie próbować mnie otruć za każdym razem, kiedy powiem coś, czego nie chciała usłyszeć. Taka ilość bezoaru robi się trochę kosztowna, ale moje kochanie jest mi droższe, czyż nie tak?
Potem rzeczywiście zaczęło się robić absurdalnie łatwo - kilka nazwisk, kilka bardzo ogólnych historii, odpowiednio pewny ton głosu i już miałem wokół siebie ludzi, którzy byli przekonani, że mieli do czynienia z kimś znacznie ważniejszym, niż w rzeczywistości - to było zdecydowanie moje największe osiągnięcie tego dnia. Nie znałem młodej pary, nie wiedziałem, czyje wesele właśnie sobie bezczelnie zawłaszczyłem, mimo to po kilku minutach jeden z mężczyzn opowiadał mi o panu młodym tak, jakbyśmy obaj spędzili z nim ostatnie wakacje. Kiwałem głową w odpowiednich momentach, dorzucałem pojedyncze „oczywiście”, „tak, tak”, „no właśnie” i „pamiętam”, chociaż nie pamiętałem absolutnie niczego, bo tego nie przeżyłem, kiedy zaś przedstawiałem Audacię jako swoją osobę towarzyszącą, robiłem to z takim przekonaniem, że niemal przekonałem nawet siebie samego.
Nie umknęło mi również to, że nagle odpłynęła gdzieś myślami, niby stała obok mnie, patrzyła przed siebie, ale jej twarz przybrała ten sam nieobecny wyraz, który widywałem u niej czasem w szkole, kiedy nadmiernie coś analizowała i cały świat przestawał mieć znaczenie. W moim własnym odczuciu nie musiałem nawet pytać, o czym myślała, mogłem się tylko domyślać, że właśnie projektowała moje przyszłe cierpienie.
- Nie wątpię. - Odmruknąłem, nadal trzymając ją pod moim ramieniem, bo przecież obecna sytuacja dokładnie tego od nas wymagała - nie mogliśmy zgubić się podczas wejścia na salę - tłum był duży, muzyka zdecydowanie za głośna, wszędzie ktoś mówił, śmiał się, tańczył albo próbował przebić czymś człowieka stojącego obok, dla mnie był to zwyczajny chaos - taki, pośród którego można było bez problemu zniknąć, znaleźć coś dobrego do jedzenia i prawdopodobnie opróżnić, a następnie jeszcze wynieść ze sobą kilka butelek na potem, zanim ktokolwiek zorientowałby się, że nie powinno nas tutaj być - dla niej z pewnością wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Znałem Prudence wystarczająco długo i, niestety, zażyle, żeby widzieć, że podobny rozgardiasz szybko zaczynał ją przytłaczać, nawet jeśli zazwyczaj za wszelką cenę próbowała zachować twarz, co mogłem nawet całkiem zrozumieć. No, dobrze, złośliwość złośliwością, kpina kpiną, ale może do końca tego nie przemyślałem - zrobiłem więc coś, czego prawdopodobnie nie powinienem był robić, czyli stanąłem odrobinę bliżej niej - nie powiedziałem nic na ten temat, bo doskonale wiedziałem, że gdybym zaczął pytać, czy wszystko było w porządku, natychmiast by mi się jakoś odgryzła, lepiej było, żeby myślała, że zostałem dla darmowego jedzenia i dla procentów, bo nie mogliśmy się już tak po prostu wycofać.
- Jeśli planujesz mnie wykląć, zaczekaj do oczepin. - Mruknąłem półgłosem, ledwo poruszywszy wargami. - Nie chcę robić sceny przed kulminacją wieczoru. Patrząc na oprawę, może być wystrzałowa. - Potem uśmiechnąłem się do niej ponownie, dużo bardziej pokazowo i zgodnie z tym, czego po nas oczekiwano, skoro byliśmy tu jako para. - Po torcie, kotku, możesz robić ze mną, co chcesz. - Nie byłem pewien, czy właśnie dałem jej obietnicę, czy wręczyłem ostrze, ale po sposobie, w jaki opróżniła swój kieliszek, wniosiłem, że wkrótce miałem się o tym przekonać… Oby tylko rzeczywiście po oczepinach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)