Wczoraj, 11:36 ✶
Prawdą było, że gdyby Lorien chciała taką dynię kupić, to by kupiła. Chyba. (aut.: Za chuja pana nie wiem ile w naszym uniwersum to 25k galeonów, ale Bogacz (II) i cieplutka posada w Wizengamocie od wielu lat i te sprawy, więc zakładam, że gdyby chciała to mogła. Na torebkę na pewno by tyle wydała, she’s hermes girlie).
Siedziała natomiast na tyle niewzruszona, że biednemu aurorowi nigdy nie przyjdzie poznać prawdy. Niestety, nawet wielki pan Moody, mistrz przesłuchań i wyciągania zeznań z czarnoksiężników i innego pomiotu przestępczego, zdawał się być bezradny wobec swojej pierońsko uroczej żony.
Więc kiedy tak patrzył, no to i ona patrzyła na niego. I tak sobie na siebie przez dłuższą chwilę patrzyli.
- Lady von Pumpkinworth.- Poprawiła go uczynnie.- Certyfikat będziesz sprawdzać? Myślisz, że kupiłabym podróbkę? Może jeszcze zarzuć mi, że wybrałam pierwszego lepszego handlarza, który mi obiecał, że tak jego dynie są największe i na pewno będzie ładniejsza niż dynia od Longbottoma nad którą spędziłeś mnóstwo czasu, akurat w wolny wieczór, który mogliśmy spędzić razem. Och Aaronie. No ja nie wiem, zupełnie jakbyś mnie nie znał.
Zacmokała oburzona na samą insynuację, że w jej domu znalazłaby się jakaś nędzna fałszywka. To jakby kupić na targowisku w China Town coś od “Rosierów” a raczej “Rassbierów” jak to lubili sprzedawać czasem imigranci.
Podobał jej się ten cały Hell’s Angels. Co prawda mugolska fascynacja puszkami, które unosiły się w powietrzu wydawała jej się od zawsze bardzo absurdalna… On sama w życiu by do takiej nie weszła, nie ma to jak bezpieczny świstoklik. Człowiek się co najwyżej nieco rozszczepi. A takie samoloty?! Przecież to się aż prosiło o tragedię. Zwłaszcza teraz jak mugole stawiali coraz wyższe i wyższe budynki. Ostatnio czytała nawet w jednej z gazet, że szykują się powoli do inauguracyjnego otwarcia tych dwóch ponad czterystametrowych wież w Nowym Jorku. Strach się bać, bo przecież te mugolskie samoloty mogły o takie rzeczy zahaczać! I koniec. Człowiek się nawet nie zdąży teleportować na dół!
Pochłonęło ją trochę to rozmyślanie o nieszczęsnych maszynach lotniczych, przez co Aarona słuchała trzy po trzy. Ale siarczyste kurwa mać usłyszała. I aż drgnęła. Takiego zwrotu akcji w monologu o ponoć wybitnej produkcji ekscentrycznego miliardera wcale nie spodziewała. Kot wyskoczył za to przerażony z jej objęć, gnając wprost do salonu. Kto to widział koty tak straszyć!
Świetnie. Oczywiście, że zepsuł jej piękną dynię. Woody’emu jakoś nie zepsuł!
Nie miała serca się złościć - w końcu nie wypadało gniewać się na rannego żołnierza. Westchnęła głęboko, z facetem normalnie jak z dzieckiem, ale nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego po prostu sięgnęła po porzuconą na stole różdżkę i przywołała z szafki maść na skaleczenia. Dobrze, że apteczkę zawsze mieli dobrze zaopatrzoną.
Przesiadła się ze swojego krzesła na miejsce, gdzie mogła o wiele łatwiej udzielić tej prowizorycznej pierwszej pomocy. Na kolana Aarona tak uściślając. Uprzednio pchnęła go na wolne krzesło i Wślizgnęła się pod jego ramię zręcznie jak jeden z ich kotów.
- Pokaż.- Powiedziała miękko. Nie prośba, a proste pełne czułości polecenie. Nie czekając na odpowiedź czy jakieś marudzenie w stylu "to przecież tylko zadarcie" złapała go za nadgarstek, układając zakrwawioną prawicę na podołku swojej sukienki.
Wysupłała brudną szmatę (nic tylko gangreny się nabawić i odciąć rękę aż przy łokciu) z rąk aurora. Ścierka poszybowała zapomniana gdzieś na podłogę, a czarownica ostrożnie wtarła maść w cienką, podłużną ranę. Musiało szczypać jak cholera.
- Chyba trochę zepsułem.
- Tylko trochę.- Przyznała, Tym że jest cała utytłana krwią się nieszczególnie przejęła. Nie pierwszy nie ostatni raz. Na krzywego dementora nawet jeszcze nie spojrzała.- Podrzucimy ją wójtowi, może w nią wpadnie, potknie się i ten głupi ryj rozwali.- Dodała nawet nie zmieniając tonu i nie podnosząc wzroku z magicznie gojącej się rany. Pewnie zostanie blizna. Ale do dobrze, takie blizny wojenne zawsze wydawały jej się szalenie seksowne. Nawet jeśli walczył z dynią. I przegrał.
W końcu odłożyła słoiczek na blat. Owinęła jedną rękę wokół ramienia aurora, głaszcząc go czule zakrwawionymi opuszkami palców po karku. Głowę jednak odwróciła, żeby wreszcie ocenić straty w ich lampionie. Po jej trupie wystawią coś takiego na ganek. Nie mogła się nie uśmiechnąć. To chyba miał być dementor.
Spojrzała z powrotem na aurora, mrużąc lekko oczy.
- Ta wygląda z kolei jak mój pierwszy chłopak, Hati Greyback.- Przeciągnęła słodko imię Greybacka.- Wiecznie chodził obity i zakrwawiony, bo się lał z chłopakami w lochach. A potem wyjechał do Włoch. Coś słyszałam, że teraz prowadzi chyba pizzerię na Nokturnie… I nie, nie możesz sprawdzić czy nie zalega przypadkiem z podatkami. Znam cię. Geloso. - Ostatnie słowo wymruczała mu tuż nad uchem, leniwie wplatając palce w bure włosy aurora. Jeśli jednak spodziewał się większych czułości to się biedny przeliczył. Bo Lorien owszem nachyliła się, owszem była tuż tuż jakby chciała go ucałować (każdy ranny bohater zasługiwał na całusa), ale zetknęła ich nosy razem i tylko spytała:
- Pójdziemy dzisiaj zobaczyć jak wybuchają te mugolskie samoloty?
Siedziała natomiast na tyle niewzruszona, że biednemu aurorowi nigdy nie przyjdzie poznać prawdy. Niestety, nawet wielki pan Moody, mistrz przesłuchań i wyciągania zeznań z czarnoksiężników i innego pomiotu przestępczego, zdawał się być bezradny wobec swojej pierońsko uroczej żony.
Więc kiedy tak patrzył, no to i ona patrzyła na niego. I tak sobie na siebie przez dłuższą chwilę patrzyli.
- Lady von Pumpkinworth.- Poprawiła go uczynnie.- Certyfikat będziesz sprawdzać? Myślisz, że kupiłabym podróbkę? Może jeszcze zarzuć mi, że wybrałam pierwszego lepszego handlarza, który mi obiecał, że tak jego dynie są największe i na pewno będzie ładniejsza niż dynia od Longbottoma nad którą spędziłeś mnóstwo czasu, akurat w wolny wieczór, który mogliśmy spędzić razem. Och Aaronie. No ja nie wiem, zupełnie jakbyś mnie nie znał.
Zacmokała oburzona na samą insynuację, że w jej domu znalazłaby się jakaś nędzna fałszywka. To jakby kupić na targowisku w China Town coś od “Rosierów” a raczej “Rassbierów” jak to lubili sprzedawać czasem imigranci.
Podobał jej się ten cały Hell’s Angels. Co prawda mugolska fascynacja puszkami, które unosiły się w powietrzu wydawała jej się od zawsze bardzo absurdalna… On sama w życiu by do takiej nie weszła, nie ma to jak bezpieczny świstoklik. Człowiek się co najwyżej nieco rozszczepi. A takie samoloty?! Przecież to się aż prosiło o tragedię. Zwłaszcza teraz jak mugole stawiali coraz wyższe i wyższe budynki. Ostatnio czytała nawet w jednej z gazet, że szykują się powoli do inauguracyjnego otwarcia tych dwóch ponad czterystametrowych wież w Nowym Jorku. Strach się bać, bo przecież te mugolskie samoloty mogły o takie rzeczy zahaczać! I koniec. Człowiek się nawet nie zdąży teleportować na dół!
Pochłonęło ją trochę to rozmyślanie o nieszczęsnych maszynach lotniczych, przez co Aarona słuchała trzy po trzy. Ale siarczyste kurwa mać usłyszała. I aż drgnęła. Takiego zwrotu akcji w monologu o ponoć wybitnej produkcji ekscentrycznego miliardera wcale nie spodziewała. Kot wyskoczył za to przerażony z jej objęć, gnając wprost do salonu. Kto to widział koty tak straszyć!
Świetnie. Oczywiście, że zepsuł jej piękną dynię. Woody’emu jakoś nie zepsuł!
Nie miała serca się złościć - w końcu nie wypadało gniewać się na rannego żołnierza. Westchnęła głęboko, z facetem normalnie jak z dzieckiem, ale nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego po prostu sięgnęła po porzuconą na stole różdżkę i przywołała z szafki maść na skaleczenia. Dobrze, że apteczkę zawsze mieli dobrze zaopatrzoną.
Przesiadła się ze swojego krzesła na miejsce, gdzie mogła o wiele łatwiej udzielić tej prowizorycznej pierwszej pomocy. Na kolana Aarona tak uściślając. Uprzednio pchnęła go na wolne krzesło i Wślizgnęła się pod jego ramię zręcznie jak jeden z ich kotów.
- Pokaż.- Powiedziała miękko. Nie prośba, a proste pełne czułości polecenie. Nie czekając na odpowiedź czy jakieś marudzenie w stylu "to przecież tylko zadarcie" złapała go za nadgarstek, układając zakrwawioną prawicę na podołku swojej sukienki.
Wysupłała brudną szmatę (nic tylko gangreny się nabawić i odciąć rękę aż przy łokciu) z rąk aurora. Ścierka poszybowała zapomniana gdzieś na podłogę, a czarownica ostrożnie wtarła maść w cienką, podłużną ranę. Musiało szczypać jak cholera.
- Chyba trochę zepsułem.
- Tylko trochę.- Przyznała, Tym że jest cała utytłana krwią się nieszczególnie przejęła. Nie pierwszy nie ostatni raz. Na krzywego dementora nawet jeszcze nie spojrzała.- Podrzucimy ją wójtowi, może w nią wpadnie, potknie się i ten głupi ryj rozwali.- Dodała nawet nie zmieniając tonu i nie podnosząc wzroku z magicznie gojącej się rany. Pewnie zostanie blizna. Ale do dobrze, takie blizny wojenne zawsze wydawały jej się szalenie seksowne. Nawet jeśli walczył z dynią. I przegrał.
W końcu odłożyła słoiczek na blat. Owinęła jedną rękę wokół ramienia aurora, głaszcząc go czule zakrwawionymi opuszkami palców po karku. Głowę jednak odwróciła, żeby wreszcie ocenić straty w ich lampionie. Po jej trupie wystawią coś takiego na ganek. Nie mogła się nie uśmiechnąć. To chyba miał być dementor.
Spojrzała z powrotem na aurora, mrużąc lekko oczy.
- Ta wygląda z kolei jak mój pierwszy chłopak, Hati Greyback.- Przeciągnęła słodko imię Greybacka.- Wiecznie chodził obity i zakrwawiony, bo się lał z chłopakami w lochach. A potem wyjechał do Włoch. Coś słyszałam, że teraz prowadzi chyba pizzerię na Nokturnie… I nie, nie możesz sprawdzić czy nie zalega przypadkiem z podatkami. Znam cię. Geloso. - Ostatnie słowo wymruczała mu tuż nad uchem, leniwie wplatając palce w bure włosy aurora. Jeśli jednak spodziewał się większych czułości to się biedny przeliczył. Bo Lorien owszem nachyliła się, owszem była tuż tuż jakby chciała go ucałować (każdy ranny bohater zasługiwał na całusa), ale zetknęła ich nosy razem i tylko spytała:
- Pójdziemy dzisiaj zobaczyć jak wybuchają te mugolskie samoloty?