Odkąd Atreus przekazał jej te wszystkie nie-takie-plotki o głowie, Victoria nie do końca umiała przestać o tym myśleć. To znaczy przestawała na tę chwilę, kiedy pewien konkretny ktoś absorbował jej myśli, ale gdy znowu była sama, to jakoś mimowolnie do tego powracała. Nie była przekonana, czy wiązanie tej sprawy ze Stanleyem jest odpowiednim krokiem, nie spinały jej się ze sobą do końca daty i to, że z gabinetu Moody wyszedł sam, przez nikogo nie ścigany, a list gończy pojawił się dopiero następnego dnia. Gdyby był tak mocno podejrzany, czy sama szefowa biura aurorów pozwoliłaby mu tamtego dnia wyjść? Nie zmieniało to faktu, że jakoś wszystko wokół tej sprawy było jakieś mętne, a sam Borgin już od jakiegoś czasu dawał Victorii do myślenia, ale z zupełnie innego powodu niż głowa, o której dowiedziała się raptem tydzień temu.
Głowa, która nie była żadną głupią plotką powtarzaną sobie w kuluarach. Szczęście to czy nie (albo raczej: zależy dla kogo), ale Atreus natknął się na tę pilnie strzeżoną dokumentacje, a raczej jej część, gdzie brakowało jednego bardzo ważnego podpisiku, co ruszyło całą tę machinę konspiracji i ładowania się do krematorium bez nakazu i poleceń służbowych po coś, co już teraz nie było częścią materiału dowodowego. A to znaczyło, że poruszali się po bardzo szarej strefie, ale Victoria miała jeszcze jednego asa w rękawie: mianowicie dyrektorką szpitala była jej własna babcia i pracowało tutaj sporo członków jej rodziny, w tym ojciec… być może dlatego Atreus przedstawił jej ten pomysł i poprosił, żeby udała się z nim o poranku do Munga. Tego, bo istniała duża szansa, że to ostatni moment, żeby w ogóle dowiedzieć się czegokolwiek o rzeczonej głowie i tak pilnie strzeżonej tajemnicy.
Przybyli przed dziewiątą rano. Specjalnie tak wcześnie, żeby jeszcze zdążyć się rozeznać w obecnej sytuacji i ewentualnie skorygować ten tylko odrobinę szalony plan. O tej godzinie nie było tutaj wiele osób, a dokładniej byli tutaj sami (nic dziwnego, krematorium jeszcze nie zaczęło działać…), ale wystarczyło, by się zorientowali w tym, że albo wejdą drzwiami, albo oknem – znaczy się albo przez recepcję, albo… tymi drugimi drzwiami, którymi ciągle ktoś wchodził i wychodził, ale to był personel, który zajmował się porządkiem, a przynajmniej tak wyszło z tego, gdy Victoria przyglądała się jednej kobiecie, która właśnie znikała jakąś plamę z ławki.
– Czyli co, czekamy na dziewiątą? – upewniła się, raz jeszcze patrząc na kartkę z napisem „zamknięte”.