— Brzmi prawdopodobnie — przyznał jej rację. Nie znał się na zwierzęta, czy ogólnie świecie przyrody, ale potrafił dodać dwa do dwóch. Skoro ludzie byli w stanie wyłapać zapach czarnej magii w powietrzu, to zwierzęta na pewno potrafiły i to. Do tego może trafiało do niech coś więcej, jakieś dźwięki, a może i inne strzępki magii, bo Atreus nie był pewien jak stworzenia reagowały na same zaklęcia, niekoniecznie tylko te czarnomagiczne. To, że z okolicy wszystko pouciekało, też brzmiało bardzo na miejscu. Chorobliwa więc cisza potwierdzała to prawdopodobieństwo, a zwierzęce oczy McGonagallów wydawały się przeczesywać ciemność o wiele lepiej niż jego ludzkie.
— Niestety — Atreus pokręcił głową na ostatnie pytanie Ginny. Brownowie pożegnali się ze swoim życiem, a śmierciożercy kolejny już raz dopięli swego, bezsensownie mordując ludzi, których wszyscy innych postrzegali jako niewinnych. Jeśli gdzieś w tym szaleństwie była metoda, to Bulstrode w ogóle jej nie dostrzegał.
— Mogę poprosić jeszcze o adres państwa zamieszkania? Ktoś z Biura Aurorów powinien się zgłosić do państwa w najbliższych dniach, w razie wszelkich wątpliwości — uprzedził, tym razem wyciągając z kieszeni notes, którym zapisał wcześniej wymienione imiona, a także podane dane zamieszkania.
— Znalazłem psa — głos odezwał się z wejścia do budynku, kiedy drugi auror stanął w przejściu, trzymając w rękach szczeniaka. Piesek był wyraźnie przerażony, stosując taktykę absolutnego bezruchu, jakby dzięki temu niebezpieczeństwo miało go ominąć. To już dawno minęło, ale lęk wciąż trzymał.
— Pójdzie z państwem, mają ostoję dla zwierząt — odpowiedział Atreus, kiwając głową na Ginny i jej dziadka. Szczenię trafiło w ich ręce, a po jeszcze chwili rozmowy, tym razem w cztery osoby, dwójka McGonagallów została odprawiona. Aurorom pozostawało zabezpieczyć teren i poczekać na koronera.