Diagnoza Victorii była następująca: Bulstrode był urodzony w czepku. Nie był to bodaj pierwszy raz, kiedy miał zwyczajnie szczęście się na coś natknąć i zostać wciągnięty w splot wydarzeń… jasne, mógł to zignorować, ale jego ciekawość, zamiłowanie do ploteczek i węszenie przy sprawie, która mogła mieć coś wspólnego z jego przyjacielem (czy nadal nimi byli jednak…?), doprowadziła ich do tego właśnie momentu.
Victoria usiadła sobie na ławeczce, założyła nogę na nogę i zapatrzyła się na drzwi, układając sobie w głowie plan działania. Zawsze tak robiła, nawet jeśli potem z tego planu nic nie wychodziło: po prostu czuła się nieco pewniej, gdy miała jakiś punkt zaczepienia i mogła się do czegoś odnieść, nawet jeśli tylko podświadomie.
– W najgorszym razie powołamy się na moją rodzinę. Nie sądzę, że babcia miałaby coś bardzo przeciwko… – tym bardziej, że głowa nie była już materiałem dowodowym, a czymś, co należało zutylizować, w pełni należącym już teraz do szpitala św. Munga, co więc stało na przeszkodzie, by dwójka aurorów sobie na to zerknęła…? Może byłoby prościej, gdyby Victoria do babci napisała, albo wybrała się do dyrektorki osobiście, natomiast gonił ich trochę czas i obawiali się, że mogą z tym zwyczajnie nie zdążyć, więc niczym te psy, którymi tak chętnie nazywano funkcjonariuszy – i tych zwykłych, jak brygadzistów, i specjalnych jak oni – warowali teraz pod drzwiami do krematorium. Victoria trochę odruchowo spojrzała na zegarek na nadgarstku i kiwnęła do siebie głową. – Powinniśmy zdążyć. Nie odpalają chyba pieców przed czasem – stwierdziła i zamachała nóżką, gdy tak siedziała i czekała. Na szczęście nie powinni tutaj spędzić na czekaniu nie wiadomo ile czasu, o ile nie będzie żadnego opóźnienia.