16.09.2026, 21:30 ✶
Gdyby dała sobie rękę uciąć, że jej się tylko wydawało, że słyszy swoje imię, byłaby bez ręki. Co wiele mówi o jej intuicji i świadomości otoczenia. Słyszała swoje imię kilka razy, wypowiedziane w różny sposób, ale z jakiegoś powodu znajomy. Dopiero gdy poczuła, że ktoś dotyka jej ramion, udało jej się wyjść ze świata wewnętrznych lęków i męczących ją myśli. A po dostaniu w nos myślała szczególnie o tym, że zrobiła coś złego przychodząc na świat, bo może faktycznie swoim istnieniem robiła coś złego czarodziejom mugolskiej krwi.
Otworzyła oczy i choć bolało jak diabli, a jej własne płuca wydawały się odmawiać jej posłuszeństwa, spróbowała wziąć głęboki oddech przez usta. Z nosa wciąż ciekła jej krew, choć miała wrażenie, jakby mniej. Sytuacja się stabilizowała, ale Sabrina nie miała pojęcia ile czasu minęło i ile czasu tak stała przed Atreusem, który chciał jej pomóc.
Bo, naturalnie, poznała Atreusa. W normalnej sytuacji na jego widok by się nawet uśmiechnęła i może spróbowała rzucić żartem, że raz kapitan zawsze pozostanie kapitanem, ale nie czuła się na siłach, aby żartować. To nie był ani czas, ani miejsce. W pewnym momencie została usadzona na jednym z krzeseł, które ustąpił jej nieznajomy czarodziej. Było jej strasznie wstyd, bo to ona powinna pomagać potrzebującym, to ona powinna teraz być zaangażowana w ratowanie żyć ludzkich, a nie siedzieć na krześle i krwawić z nosa. Całe szczęście, że chociaż nie było jej już tak słabo, udało jej się w miarę możliwości wyciszyć negatywne myśli i opanować bicie serca. Ciężko jej się oddychało, jednak gdy zdołała wyjąć z kieszeni fartucha swoją chusteczkę do nosa z inicjałami (jeszcze starymi, zanim wyszła za swojego magicznego kowboja z Oregonu), przytknęła ją do nosa i ustawiła głowę w taki sposób, aby szybciej zatamować krwotok.
Po chwili wciąż bolało jak cholera, a jej twarz wydawała się puchnąć i sinieć w oczach, ale była spokojniejsza. Może nie najspokojniejsza, ale oddychając przez usta, wolno i w miarę możliwości głęboko, opanowała się na tyle, że mogła nazwać się na nowo świadomą otoczenia osobą.
– Hej, kapitanie – powiedziała, ale się nie uśmiechnęła. Wiedziała z czym to się je, a wolała uniknąć bólu związanego z wszelkimi ruchami mięśni mimicznych, a co za tym idzie – czoła, ust, nosa i okolic oczodołów. – Dziękuję. Nie wiem czy dałabym sobie radę bez twojej pomocy – dodała jeszcze, wolno i cicho, nie chcąc się nadwyrężać. Gdzieś w oddali korytarza usłyszała kaszel i już miała ochotę się zerwać i biec na pomoc z którymś z eliksirów, ale chyba potrzebowała jeszcze chwili. I możliwie szybko magicznego wywaru, który pomoże załagodzić ból twarzy.
Otworzyła oczy i choć bolało jak diabli, a jej własne płuca wydawały się odmawiać jej posłuszeństwa, spróbowała wziąć głęboki oddech przez usta. Z nosa wciąż ciekła jej krew, choć miała wrażenie, jakby mniej. Sytuacja się stabilizowała, ale Sabrina nie miała pojęcia ile czasu minęło i ile czasu tak stała przed Atreusem, który chciał jej pomóc.
Bo, naturalnie, poznała Atreusa. W normalnej sytuacji na jego widok by się nawet uśmiechnęła i może spróbowała rzucić żartem, że raz kapitan zawsze pozostanie kapitanem, ale nie czuła się na siłach, aby żartować. To nie był ani czas, ani miejsce. W pewnym momencie została usadzona na jednym z krzeseł, które ustąpił jej nieznajomy czarodziej. Było jej strasznie wstyd, bo to ona powinna pomagać potrzebującym, to ona powinna teraz być zaangażowana w ratowanie żyć ludzkich, a nie siedzieć na krześle i krwawić z nosa. Całe szczęście, że chociaż nie było jej już tak słabo, udało jej się w miarę możliwości wyciszyć negatywne myśli i opanować bicie serca. Ciężko jej się oddychało, jednak gdy zdołała wyjąć z kieszeni fartucha swoją chusteczkę do nosa z inicjałami (jeszcze starymi, zanim wyszła za swojego magicznego kowboja z Oregonu), przytknęła ją do nosa i ustawiła głowę w taki sposób, aby szybciej zatamować krwotok.
Po chwili wciąż bolało jak cholera, a jej twarz wydawała się puchnąć i sinieć w oczach, ale była spokojniejsza. Może nie najspokojniejsza, ale oddychając przez usta, wolno i w miarę możliwości głęboko, opanowała się na tyle, że mogła nazwać się na nowo świadomą otoczenia osobą.
– Hej, kapitanie – powiedziała, ale się nie uśmiechnęła. Wiedziała z czym to się je, a wolała uniknąć bólu związanego z wszelkimi ruchami mięśni mimicznych, a co za tym idzie – czoła, ust, nosa i okolic oczodołów. – Dziękuję. Nie wiem czy dałabym sobie radę bez twojej pomocy – dodała jeszcze, wolno i cicho, nie chcąc się nadwyrężać. Gdzieś w oddali korytarza usłyszała kaszel i już miała ochotę się zerwać i biec na pomoc z którymś z eliksirów, ale chyba potrzebowała jeszcze chwili. I możliwie szybko magicznego wywaru, który pomoże załagodzić ból twarzy.