16.09.2026, 23:51 ✶
Przez dłuższą chwilę pozostawała na korytarzu, oparta plecami o chłodną ścianę. Słowa Rodolphusa docierały do niej powoli, jakby każde z nich musiało najpierw przebić się przez ciężką warstwę niepokoju, która od chwili wejścia do sypialni zaciskała się wokół jej myśli. Pani Alderley sama o to poprosiła. Gniew, który jeszcze przed momentem tlił się w niej na samą myśl o tym, że Lestrange przez tak długi czas milczał, nagle stracił nieco ze swojej ostrości. Nie zniknął całkowicie - Astoria wciąż uważała, że powinna była wiedzieć wcześniej - lecz teraz przynajmniej rozumiała powód jego milczenia. Trudno było przecież sprzeciwiać się życzeniu chorej kobiety, zwłaszcza kiedy wypowiedziała je z myślą o oszczędzeniu jej zmartwienia. A jednak obraz pani Alderley leżącej bez ruchu na łóżku nie pozwalał jej przyjąć tego wyjaśnienia z ulgą. Powoli oderwała plecy od ściany. Jeszcze raz spojrzała na zamknięte drzwi sypialni. Wzięła głębszy oddech, lecz ucisk w klatce piersiowej znów dał o sobie znać. Tym razem nie próbowała się z nim szarpać. Oparła dłoń na piersi, jakby samym gestem mogła uspokoić przyspieszone bicie serca. Dopiero po chwili ruszyła w stronę salonu i ciężko opadła na kanapę. Materiał miękko ugiął się pod jej ciężarem, a ona niemal natychmiast pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. Ukryła twarz w dłoniach. I wtedy wszystkie myśli, które dotąd trzymała pod kontrolą, zerwały się ze smyczy. Ostatnie tygodnie były jednym wielkim szeregiem spraw do załatwienia. Obowiązki, zbliżające się Samhain, a teraz jeszcze to.
Czarownica zacisnęła palce na skroniach. W tym roku śmierć już dwukrotnie przeszła przez jej życie - w marcu zginął jej narzeczony, a podczas Spalonej Nocy zginęła stała klientka galerii, którą traktowała jak starą znajomą. A teraz siedziała tutaj, w obcym domu, wiedząc, że za drzwiami leży kolejna osoba, której życie mogło zakończyć się tej nocy. Kolejna.
Ile jeszcze? Kto następny? Czy odtąd każdy dzwonek do drzwi miał zwiastować wiadomość, której nie chciała usłyszeć? Każda sowa przylatująca o niewłaściwej porze miała przynosić kolejne nazwisko? Czy naprawdę miała codziennie budzić się z tą samą myślą, że ktoś z jej otoczenia może nie doczekać następnego ranka?
Przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała zetrzeć z niej zmęczenie. A może rzeczywiście była tym, czym tak chętnie uczyniła ją Arista Black? Pechową czarną niedoszłą wdową. Określenie, które jeszcze niedawno mogło ją jedynie rozdrażnić, teraz wróciło z zupełnie innym ciężarem. Xander. Penelope. Teraz Alderley. W ciągu jednego roku. Może śmierć rzeczywiście upodobała sobie ludzi, którzy znajdowali się zbyt blisko niej. Myśl ta była niedorzeczna. A mimo to nie chciała odejść. Przytłaczała ją coraz bardziej.
- Ona nie może umrzeć - pokręciła głową. - Każdy… ginie… - jej wnioski były przerysowane i gdyby nie zmęczenie zarówno fizyczne jak i psychiczne, najpewniej nigdy by się tak nie zachowała. Ale teraz? Teraz się rozpadała. Każda ze śmierci, których doświadczyła, wracała do niej echem, kolejnymi falami bólu. Kręciła głową i nawet nie zauważyła, kiedy łzy zaczęły płynąć wąskimi strużkami w dół rumianych policzków.
Czarownica zacisnęła palce na skroniach. W tym roku śmierć już dwukrotnie przeszła przez jej życie - w marcu zginął jej narzeczony, a podczas Spalonej Nocy zginęła stała klientka galerii, którą traktowała jak starą znajomą. A teraz siedziała tutaj, w obcym domu, wiedząc, że za drzwiami leży kolejna osoba, której życie mogło zakończyć się tej nocy. Kolejna.
Ile jeszcze? Kto następny? Czy odtąd każdy dzwonek do drzwi miał zwiastować wiadomość, której nie chciała usłyszeć? Każda sowa przylatująca o niewłaściwej porze miała przynosić kolejne nazwisko? Czy naprawdę miała codziennie budzić się z tą samą myślą, że ktoś z jej otoczenia może nie doczekać następnego ranka?
Przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała zetrzeć z niej zmęczenie. A może rzeczywiście była tym, czym tak chętnie uczyniła ją Arista Black? Pechową czarną niedoszłą wdową. Określenie, które jeszcze niedawno mogło ją jedynie rozdrażnić, teraz wróciło z zupełnie innym ciężarem. Xander. Penelope. Teraz Alderley. W ciągu jednego roku. Może śmierć rzeczywiście upodobała sobie ludzi, którzy znajdowali się zbyt blisko niej. Myśl ta była niedorzeczna. A mimo to nie chciała odejść. Przytłaczała ją coraz bardziej.
- Ona nie może umrzeć - pokręciła głową. - Każdy… ginie… - jej wnioski były przerysowane i gdyby nie zmęczenie zarówno fizyczne jak i psychiczne, najpewniej nigdy by się tak nie zachowała. Ale teraz? Teraz się rozpadała. Każda ze śmierci, których doświadczyła, wracała do niej echem, kolejnymi falami bólu. Kręciła głową i nawet nie zauważyła, kiedy łzy zaczęły płynąć wąskimi strużkami w dół rumianych policzków.
learn the rules
then break some
then break some