10 godzin(y) temu ✶
Obudziłem się właściwie chwilę przed tym, zanim Prue się odezwała, chociaż z początku nie byłem pewien, co właściwie wyrwało mnie ze snu o tej nieludzkiej porze, kiedy dom powinien był milczeć, ogród powinien był milczeć i wszyscy okoliczni ludzie powinni byli robić dokładnie to samo. Dzisiaj z pewnością nie była to bezsenność ani żaden z jej długofalowych efektów, czułem się bowiem aż nazbyt dobrze w tym błogim półśnie, w jaki zapadłem, obejmując żonę i mogąc pogrążyć się w marzeniach sennych. Przez pierwsze kilka sekund po przebudzeniu nie miałem pojęcia, co właściwie się działo, jedyną rzeczą, którą potrafiłem zarejestrować, było ciepło ciała Prudence emanujące gdzieś spod mojego ramienia i ten cholerny, regularny łomot dobiegający zza okna, który z każdym kolejnym uderzeniem coraz skuteczniej wyciągał mnie ze snu.
Przez chwilę leżałem z zamkniętymi oczami, słuchając łopotania skrzydeł i każdego kolejnego stuknięcia w szybę, zastanawiając się, czy istniała jakaś granica, po której można było uznać, że zwierzę rzeczywiście miało pilną sprawę, czy też właśnie trafiliśmy na obrośniętego w piórka idiotę z nadmiernie rozdmuchanymi ambicjami w dostarczaniu wczesnoporannej korespondencji. Ciepło jej ciała przyjemnie kontrastowało z chłodem wpadającym przez szczelinę przy oknie, toteż znalazłszy się w tym stanie naprawdę rozważałem, czy rozsądniej nie byłoby udawać, że niczego nie słyszeliśmy, licząc na to, że ptak po kilku kolejnych próbach uzna nasz dom za wyjątkowo niegościnny i poleci gdzie indziej.
- Jeśli to ktoś znajomy, to najwylaśniej balso chce pszestaś nim byś. - Odmruknąłem niechętnie, przesuwając dłoń po boku Prue i przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie, bo skoro już nas obudzono, mogłem przynajmniej wykorzystać ostatnie sekundy przed wstaniem na to, żeby ponownie rozważyć, czy naprawdę warto było zamienić przyjemne ciepło na jesienny chłód panujący za zasnutą parą szybą. Może mogliśmy to po prostu przeczekać?
Nie miałem jednak większych nadziei, że moje życzenia zostaną wysłuchane, szczególnie kiedy ptaszysko ponownie walnęło dziobem w szybę, tym razem z takim przekonaniem, że naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy nie posiadało informacji, których my jeszcze nie mieliśmy. Kimkolwiek był nasz wizytor, nie poleciał, zamiast tego znowu zrobił kolejny zamach, tym razem łomocząc z tak głośnym echem, że aż skrzywiłem się pod nosem i uniosłem głowę z poduszki - spojrzałem w stronę okna, co prawda księżyc zostawiał na szybie bladą poświatę i rozświetlał ogród, ale przez moment zbytecznie próbowałem dostrzec coś więcej niż rozmazaną sylwetkę skrzydeł - nie wyglądało mi to na zwyczajną sowę, ale o tej porze miałem zdecydowanie za mało entuzjazmu, żeby przeprowadzać pełną klasyfikację gatunkową na odległość.
- Nie, nie wstawaj. - Powiedziałem, nim zdążyła naprawdę się ruszyć, nie zamierzałem przecież pozwolić jej marznąć tylko dlatego, że jakiś skrzydlaty idiota postanowił urządzić nam pobudkę, szczególnie że jeszcze przed chwilą spała głęboko i najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty opuszczać ciepłego łóżka. - Zostań pod kołdlą. - Dodałem ciszej, przesuwając kciukiem po jej boku.
Ptaszysko uderzyło ponownie, więc wypuściłem powietrze nosem i sięgnąłem po różdżkę leżącą na stoliku przy łóżku.
- Dobla, dobla, jusz idę, cholela. - Rzuciłem w stronę okna, chociaż miałem świadomość, że nadmiernie ambitne stworzenie raczej nie miało docenić mojego poświęcenia. Nie byłem szczególnie zachwycony perspektywą postawienia bosych stóp na zimnym parkiecie, ale wizja Prue robiącej to zamiast mnie podobała mi się jeszcze mniej, zwłaszcza że doskonale znałem jej stosunek do nocnych pobudek i temperatury podłogi, więc zwlokłem się z łóżka, czując pod stopami lodowatą podłogę i praktycznie natychmiast żałując każdej decyzji życiowej, która doprowadziła mnie do tej konkretnej chwili.
Przez chwilę leżałem z zamkniętymi oczami, słuchając łopotania skrzydeł i każdego kolejnego stuknięcia w szybę, zastanawiając się, czy istniała jakaś granica, po której można było uznać, że zwierzę rzeczywiście miało pilną sprawę, czy też właśnie trafiliśmy na obrośniętego w piórka idiotę z nadmiernie rozdmuchanymi ambicjami w dostarczaniu wczesnoporannej korespondencji. Ciepło jej ciała przyjemnie kontrastowało z chłodem wpadającym przez szczelinę przy oknie, toteż znalazłszy się w tym stanie naprawdę rozważałem, czy rozsądniej nie byłoby udawać, że niczego nie słyszeliśmy, licząc na to, że ptak po kilku kolejnych próbach uzna nasz dom za wyjątkowo niegościnny i poleci gdzie indziej.
- Jeśli to ktoś znajomy, to najwylaśniej balso chce pszestaś nim byś. - Odmruknąłem niechętnie, przesuwając dłoń po boku Prue i przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie, bo skoro już nas obudzono, mogłem przynajmniej wykorzystać ostatnie sekundy przed wstaniem na to, żeby ponownie rozważyć, czy naprawdę warto było zamienić przyjemne ciepło na jesienny chłód panujący za zasnutą parą szybą. Może mogliśmy to po prostu przeczekać?
Nie miałem jednak większych nadziei, że moje życzenia zostaną wysłuchane, szczególnie kiedy ptaszysko ponownie walnęło dziobem w szybę, tym razem z takim przekonaniem, że naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy nie posiadało informacji, których my jeszcze nie mieliśmy. Kimkolwiek był nasz wizytor, nie poleciał, zamiast tego znowu zrobił kolejny zamach, tym razem łomocząc z tak głośnym echem, że aż skrzywiłem się pod nosem i uniosłem głowę z poduszki - spojrzałem w stronę okna, co prawda księżyc zostawiał na szybie bladą poświatę i rozświetlał ogród, ale przez moment zbytecznie próbowałem dostrzec coś więcej niż rozmazaną sylwetkę skrzydeł - nie wyglądało mi to na zwyczajną sowę, ale o tej porze miałem zdecydowanie za mało entuzjazmu, żeby przeprowadzać pełną klasyfikację gatunkową na odległość.
- Nie, nie wstawaj. - Powiedziałem, nim zdążyła naprawdę się ruszyć, nie zamierzałem przecież pozwolić jej marznąć tylko dlatego, że jakiś skrzydlaty idiota postanowił urządzić nam pobudkę, szczególnie że jeszcze przed chwilą spała głęboko i najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty opuszczać ciepłego łóżka. - Zostań pod kołdlą. - Dodałem ciszej, przesuwając kciukiem po jej boku.
Ptaszysko uderzyło ponownie, więc wypuściłem powietrze nosem i sięgnąłem po różdżkę leżącą na stoliku przy łóżku.
- Dobla, dobla, jusz idę, cholela. - Rzuciłem w stronę okna, chociaż miałem świadomość, że nadmiernie ambitne stworzenie raczej nie miało docenić mojego poświęcenia. Nie byłem szczególnie zachwycony perspektywą postawienia bosych stóp na zimnym parkiecie, ale wizja Prue robiącej to zamiast mnie podobała mi się jeszcze mniej, zwłaszcza że doskonale znałem jej stosunek do nocnych pobudek i temperatury podłogi, więc zwlokłem się z łóżka, czując pod stopami lodowatą podłogę i praktycznie natychmiast żałując każdej decyzji życiowej, która doprowadziła mnie do tej konkretnej chwili.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)