Dzisiaj, 02:56 ✶
Napełniła płuca powietrzem, łudząc się naiwnie, że dzięki temu nie wymsknie się z jej ust więcej przekleństw. Najbardziej chyba rozjątrzyło ją to, że Samuel był naocznym świadkiem całej katastrofy. Ujrzał rozłupaną skrzynkę, świeżą krew na ścierce, oraz nieszczęsną rękę która jeszcze przed chwilą pewnie prowadziła dłuto, a teraz leżała na blacie odrzucona na bok, niczym zbędne narzędzie, które swojej roli nie wypełniło i teraz czekało na nie wyrok śmierci w postaci kosza na śmieci.
— Skrzynce nic już nie będzie — mruknęła w odpowiedzi na jego pytanie.
Ranną dłoń przygarnęła do siebie niczym zraniona, zagoniona w kąt łania. Obcego dotyku nie znosiła, ani nachalnego, ani tego ostrożnego, bo ciało, głupie i zwierzęce, nie nadążało odróżnić troski od przemocy. Sztywniało od karku po łokieć, jeżyło się jak kot wciśnięty w kąt spiżarni i… ewidentnie chciało z czymś walczyć. Tylko z czym?
Palce musiała rozginać powoli, z mozołem, z jakim prostuje się gwoździe wyrwane ze starej belki. Po odwinięciu ścierki, spirytus wżarł się piekielnie w ranę aż po nerwy samego łokcia. Syknęła przez zęby i wciągnęła ramiona pod uszy, zła, że w ogóle wydała z siebie jakiś dźwięk.
— Doprawdy, mogła się po prostu rozkleić. Nie musiała od razu zabierać mnie ze sobą.
Rana znikała pod jego palcami powoli, obrót po obrocie zamurowywana płótnem, a Septima patrzyła na opatrunek, bo na opatrunek patrzyło się łatwiej niż na Samuela. Całe życie to drewno kładło się jej w dłonie – grab, cis, lipa, uległe pod ostrzem jak dobrze wychowane dzieci — a teraz to ona leżała skazana na cudzą opiekę niczym surowy, nieuformowany klocek, któremu ktoś ogląda słoje w poszukiwaniu pęknięć. Znajdzie je, cholera, znajdzie na pewno, bo gdzie miałby nie znaleźć. Zapach kleju kostnego i oleju lnianego, który zwykle trzymał ją w pionie lepiej niż własny kręgosłup, tym razem niczego nie stępił.
Najtrudniej jej było po prostu zostać, nie wywinąć się spod ramienia, przełknąć tę opiekę razem z własną kanciastością jak gorzką łyżkę tranu.
Przy herbacie dąsała się jeszcze przez chwilę, skubiąc paznokciem zadzior na uchu kubka. Trudno było tak od razu odpuścić urazie własnego ego, skoro zdążyła już za nią zapłacić własną krwią. Gdy spod bandaża pulsował tępy, uparty ból, Samuel pracował nad jej zamówieniem; szelest papieru ściernego był tak znajomy, że łapała się na tym, że zdrowa dłoń sama chciała wykonywać w powietrzu krótkie, posuwiste ruchy, tak jakby mogła dokończyć robotę na odległość.
— Chyba wschodnioeuropejskie – odezwała się, gdy wspomniał o imieniu. — Zwykle mówię na niego Zenek.
Chciała coś dodać, ale spojrzała na skrzynkę rosnącą na stole i poczuła, jak gorąco wpełza jej na szczyt karku. Samuel przejął jej pracę bez słowa i z pokorą, czymś czego w sobie nie zawsze potrafiła znaleźć.
Kiedy postawił przed nią gotowe pudełko, powiodła opuszkami po krawędzi wieka. Wyczuwała miejsca, w których jego ręka zbaczała z jej zamysłu i była to już cudza praca, a jednak ciężar, który nosiła w barkach od rana, zelżał wyraźnie, usuwając z jej pleców kreującego się powoli garba
— Masz w ręku fach, Samuelu — powiedziała, podnosząc na niego wzrok.
Do swojego stanowiska wróciła, kiedy herbata przestała parzyć w palce. Przez chwilę przyglądała się pustemu miejscu, na którym walały się jeszcze wióry po zniszczonej skrzynce, potem wyjęła list Astorii i rozprostowała go zdrową dłonią, dociskając zagięcie kantem. Lampion na Samhain. Przeczytała zamówienie jeszcze raz, powoli, jakby po całym zajściu musiała od nowa wślizgnąć się w sens tych kilku linijek.
— Skrzynce nic już nie będzie — mruknęła w odpowiedzi na jego pytanie.
Ranną dłoń przygarnęła do siebie niczym zraniona, zagoniona w kąt łania. Obcego dotyku nie znosiła, ani nachalnego, ani tego ostrożnego, bo ciało, głupie i zwierzęce, nie nadążało odróżnić troski od przemocy. Sztywniało od karku po łokieć, jeżyło się jak kot wciśnięty w kąt spiżarni i… ewidentnie chciało z czymś walczyć. Tylko z czym?
Palce musiała rozginać powoli, z mozołem, z jakim prostuje się gwoździe wyrwane ze starej belki. Po odwinięciu ścierki, spirytus wżarł się piekielnie w ranę aż po nerwy samego łokcia. Syknęła przez zęby i wciągnęła ramiona pod uszy, zła, że w ogóle wydała z siebie jakiś dźwięk.
— Doprawdy, mogła się po prostu rozkleić. Nie musiała od razu zabierać mnie ze sobą.
Rana znikała pod jego palcami powoli, obrót po obrocie zamurowywana płótnem, a Septima patrzyła na opatrunek, bo na opatrunek patrzyło się łatwiej niż na Samuela. Całe życie to drewno kładło się jej w dłonie – grab, cis, lipa, uległe pod ostrzem jak dobrze wychowane dzieci — a teraz to ona leżała skazana na cudzą opiekę niczym surowy, nieuformowany klocek, któremu ktoś ogląda słoje w poszukiwaniu pęknięć. Znajdzie je, cholera, znajdzie na pewno, bo gdzie miałby nie znaleźć. Zapach kleju kostnego i oleju lnianego, który zwykle trzymał ją w pionie lepiej niż własny kręgosłup, tym razem niczego nie stępił.
Najtrudniej jej było po prostu zostać, nie wywinąć się spod ramienia, przełknąć tę opiekę razem z własną kanciastością jak gorzką łyżkę tranu.
Przy herbacie dąsała się jeszcze przez chwilę, skubiąc paznokciem zadzior na uchu kubka. Trudno było tak od razu odpuścić urazie własnego ego, skoro zdążyła już za nią zapłacić własną krwią. Gdy spod bandaża pulsował tępy, uparty ból, Samuel pracował nad jej zamówieniem; szelest papieru ściernego był tak znajomy, że łapała się na tym, że zdrowa dłoń sama chciała wykonywać w powietrzu krótkie, posuwiste ruchy, tak jakby mogła dokończyć robotę na odległość.
— Chyba wschodnioeuropejskie – odezwała się, gdy wspomniał o imieniu. — Zwykle mówię na niego Zenek.
Chciała coś dodać, ale spojrzała na skrzynkę rosnącą na stole i poczuła, jak gorąco wpełza jej na szczyt karku. Samuel przejął jej pracę bez słowa i z pokorą, czymś czego w sobie nie zawsze potrafiła znaleźć.
Kiedy postawił przed nią gotowe pudełko, powiodła opuszkami po krawędzi wieka. Wyczuwała miejsca, w których jego ręka zbaczała z jej zamysłu i była to już cudza praca, a jednak ciężar, który nosiła w barkach od rana, zelżał wyraźnie, usuwając z jej pleców kreującego się powoli garba
— Masz w ręku fach, Samuelu — powiedziała, podnosząc na niego wzrok.
Do swojego stanowiska wróciła, kiedy herbata przestała parzyć w palce. Przez chwilę przyglądała się pustemu miejscu, na którym walały się jeszcze wióry po zniszczonej skrzynce, potem wyjęła list Astorii i rozprostowała go zdrową dłonią, dociskając zagięcie kantem. Lampion na Samhain. Przeczytała zamówienie jeszcze raz, powoli, jakby po całym zajściu musiała od nowa wślizgnąć się w sens tych kilku linijek.
Rzut PO 1d100 - 8
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kocham drewno i duże bicepsy.