17.09.2026, 10:39 ✶
17.10
Okoliczności wyprawy do Snowdonii były dość spontaniczne. Ceolsige chciała odwiedzić dziadka, a Urd chciała nieco więcej rozwinąć dość spontaniczną myśl o tworzeniu rozdziału do księgozbiorów, która wysmyknęła się Burke przy okazji poltergeistowego opętania. Chciała o tym z nią porozmawiać, chciała jakoś ułożyć sobie fakt, że sama była dopisywaniem tego kolejnego rozdziału bardzo zainteresowana, a wspólna wyprawa do Snowdonii sprzyjała. Szczególnie linia brzegowa, dostęp do otwartej wody z majaczącą się gdzieś w domyśle Irlandią po drugiej stronie horyzontu.
Szły powoli, milcząc w ten przyjemny sposób, w jaki milczą ludzie, którzy dobrze się znają. Temat wisiał między nimi, ale bez zbędnej presji, bez parcia by rozsupłać go od razu, od ręki. Urd powoli chłonęła morze, będąc wdzięczną za pokazanie jej tego miejsca. Nieliczni ludzie przechodzący obok byli zdaje się mugolami, ale dla niej liczyło się tylko morze.
– Przypomina mi to mój dom. Te okolice. Chciałabym w końcu Ci go pokazać wiesz? Nie jest jakiś okazały, nie było mnie stać na nic okazałego, ale ma taras z widokiem prosto na morze… – zaśmiała się cicho pod nosem, pozwalając wiatrowi szarpać jasne włosy, układające się teraz w nieregularne wzory dookoła jej głowy. Szyję miała ciasno okutaną zielonym miękkim szalem, o poły płaszcza akompaniowały ich krokom, to porywając się to znów uspokajając w chwilach, gdy bryza odpuszczała nabierając sił do kolejnej szarpaniny. – Tam nie muszę się martwić o rozmiar wanny, normalnie śpię w mięciusim łóżku. Szerokim, wygodnym, ale cóż… bardzo chłodnym muszę przyznać… – rozmawiały już raz o łózkach, krążyły wokół tematu nocy spędzanych samotnie z przestrzenią na wypełnienie tej luki. Mogła zacząć w sumie mówić o książkach, ale nie był pewna na ile w głowie Ceo utkwiło to zdanie tak bardzo jak utkwiło w głowie Urd. Zapewne gdyby jej nie zależało tak bardzo na drugiej kobiecie, ten flirt byłby o wiele bardziej wprawny, swobodny, byłby flirtem po prostu. Tu jednak realnie tremowała się, mimo że przecież widziała w odbiciu tęczówek swojej towarzyszki ciepło. Widziała jej zaproszenie, widziała…
Urd nagle się zatrzymała, gdy co innego przyciągnęło jej wzrok. Kilkanaście metrów dalej w piachu nieruchomo leżała ona. Twarz zwrócona była w dół, wątła pierś nie unosiła się, a nawet z tej odległości łatwo było wychwycić siność skóry i jej opuchnięcie. Czarne włosy jak przekleństwo oplatały głowę topielicy.
– Też ją widzisz? – zapytała cicho zatrzymując się w miejscu, a jej głos był zaciśnięty, oczy szeroko otwarte w instynktownym przerażeniu, które zalało jej ciało mrożącą falą. Urd nie należała do osób, które bałyby się byle trupa. Ale ten trup… ten trup był zbyt podobny. Opowieści o Dunwich już podsycały wyobraźnię, a Nordgersim musiała bardzo się starać by nie dopuszczać do głosu swoich emocji związanych z przygodą dwóch najdroższych jej sercu osób. A teraz to… Stała zamrożona, sparaliżowana myślą, że ktoś, że coś mogłoby skrzywdzić Brynję w jej ukochanym morzu, obedrzeć ją ze skóry i wypluć ciało na brzeg u jej stóp. Że nie zdołała jej obronić, że nie zrobiła nic by ustrzec ją od tak okrutnego losu. To nie była Bryndza, to nie mogła być ona… a co jeśli…? Czy koszmar mógły stać się jawą tak okrutnie, ledwie kilka dni po jej przybyciu do Anglii?