20.03.2023, 00:50 ✶
Jak Brenna miałaby się nie martwić?
W inną noc, być może, nie zareagowałaby aż tak gwałtownie, ale dziś było Beltaine, zbliżał się atak, Rookwood kręcił się koło jej kuzynki. Cały dzień kłębiły się w niej negatywne emocje, a teraz zabarwił je nowy strach o kuzynkę, a potem, po jej słowach, gestach, także narastająca gorycz.
Bo kiedyś Brenna myślała jak ona. Jako dziecko, jako nastolatka, jako młoda kobieta, nie miała uprzedzeń. Z jednakim uśmiechem podchodziła do mugolaka i potomkini Salazara Slytherina. Nie obchodziło ją, kto jest czyim ojcem, wujem albo prapradziadkiem. A potem przyszła wojna - i wszystko zmieniła, bo zaufanie stało się luksusem, który mógł zbyt wiele kosztować. I nigdy nie mogła być pewna, kto zapłaci cenę.
Uprzedzenie wobec Rookwoodów było podparte dwoma trupami, młodym mężczyzną, ukrywającym się przed śmiercią pod ich dachem i jawną pogardą wobec mugolaka, jaką miała okazję obserwować.
- Dzisiejsze Beltaine nie jest jedyną rzeczą, o której wiemy więcej niż inni - powiedziała tylko cicho, bo to nie był czas ani miejsce, aby roztrząsać to dalej. Nie była nawet pewna, czy kuzynka ją usłyszała. Nie próbowała zatrzymać Danielle, przepełniona chwilową ulgą, że ta rzucała się w ramiona Carrowa, nie Rookwooda.
Gdyby Atreus przyszedł i powiedział, że mu się udało… cóż, uwierzyłaby, bo stała wręcz bokiem do pali i gdy się pojawił, zdawała się wręcz zaskoczona jego przyjściem, jakby zapomniała o jego istnieniu.
Zgarnęła wianek i umieściła sobie na głowie, po czym obdarzyła aurora uśmiechem.
- Wiesz co? Aż sprawdzę te pale. Z własnym nie mogę, ale zaraz komuś jakiś niecnie ukradnę. Chyba że sam spróbujesz zapleść – parsknęła, rozglądając się… bo owszem, była skłonna komuś podebrać wianek.
W inną noc, być może, nie zareagowałaby aż tak gwałtownie, ale dziś było Beltaine, zbliżał się atak, Rookwood kręcił się koło jej kuzynki. Cały dzień kłębiły się w niej negatywne emocje, a teraz zabarwił je nowy strach o kuzynkę, a potem, po jej słowach, gestach, także narastająca gorycz.
Bo kiedyś Brenna myślała jak ona. Jako dziecko, jako nastolatka, jako młoda kobieta, nie miała uprzedzeń. Z jednakim uśmiechem podchodziła do mugolaka i potomkini Salazara Slytherina. Nie obchodziło ją, kto jest czyim ojcem, wujem albo prapradziadkiem. A potem przyszła wojna - i wszystko zmieniła, bo zaufanie stało się luksusem, który mógł zbyt wiele kosztować. I nigdy nie mogła być pewna, kto zapłaci cenę.
Uprzedzenie wobec Rookwoodów było podparte dwoma trupami, młodym mężczyzną, ukrywającym się przed śmiercią pod ich dachem i jawną pogardą wobec mugolaka, jaką miała okazję obserwować.
- Dzisiejsze Beltaine nie jest jedyną rzeczą, o której wiemy więcej niż inni - powiedziała tylko cicho, bo to nie był czas ani miejsce, aby roztrząsać to dalej. Nie była nawet pewna, czy kuzynka ją usłyszała. Nie próbowała zatrzymać Danielle, przepełniona chwilową ulgą, że ta rzucała się w ramiona Carrowa, nie Rookwooda.
Gdyby Atreus przyszedł i powiedział, że mu się udało… cóż, uwierzyłaby, bo stała wręcz bokiem do pali i gdy się pojawił, zdawała się wręcz zaskoczona jego przyjściem, jakby zapomniała o jego istnieniu.
Zgarnęła wianek i umieściła sobie na głowie, po czym obdarzyła aurora uśmiechem.
- Wiesz co? Aż sprawdzę te pale. Z własnym nie mogę, ale zaraz komuś jakiś niecnie ukradnę. Chyba że sam spróbujesz zapleść – parsknęła, rozglądając się… bo owszem, była skłonna komuś podebrać wianek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.