Camerona spotkało podczas tegorocznego Beltane wiele niespodzianek. Nie spodziewał się, że przy jednym ze straganów spotka nowego przyjaciela Charlesa z rodu Lovegoodów. Nie sądził, że ze swoim lękiem wysokości podejmie aż trzy próby wdrapania się na majowy pal. A przede wszystkim, w najśmielszych snach, nie pomyślałby o tym, że wiatr, który zerwał się podczas nocnej części sabatu oderwie go o podłoża i pośle... No właśnie, gdzie, do diabła? Nie miał pojęcia, a w trakcie, gdy leżał nieprzytomny na mchu, jego świadomość próbowała poskładać wydarzenia ostatnich godzin do kupy.
Nie było to jednak łatwe zadanie, gdyż ten wieczór zlał się w jedno, a poszczególne części przyjęcia zdawały się pomieszane. Nic nie było pewne, a Lupin odnosił wrażenie, że został uwięziony w jakimś przedziwnym śnie. Ledwie orientował się, co robił tego dnia. Nie, żeby na co dzień jego ogarnięcie było o wiele lepsze. Tym razem jego umysł zdawał się spowity mgłą, jakby ktoś odebrał mu kluczowe części jego wspomnień, pozostawiając tylko rozbitą, niemożliwą do rozwiązania układankę. A on nawet nie wiedział, w które miejsce wsunąć pierwszy fragment puzzli. Nie była to kompletna utrata pamięci, gdyż pamiętał pewne rzeczy. Szczegóły.
Bicie własnego serca i uśmiech wdzierający się siłą na jego własną twarz, gdy zobaczył pewnego chłopaka... Och, ta twarz niczym ze starożytnego posągu, te perfekcyjne rysy! A potem, elektryzujący smak jakiegoś płynu. Herbaty? Możliwe. I ból. Potworny ból i uczucie wzbierającej w całym ciele paniki, jakby krew zaczynała mu się gotować, a serce pragnęło wyrwać się z piersi. Jak na tych zajęciach z latania na moim pierwszym roku w Hogwarcie, pomyślał.
[a]Ta jedna, przypadkowa z pozoru refleksja sprawiła, że chłopak zorientował się, że coś jest nie tak, przez co zaczął odzyskiwać przytomność. Poderwał nagle głowę do góry, niemalże uderzając o czoło Nory, która akurat się nad nim nachylała. Widząc nad sobą jej sylwetkę, gwałtownie odskoczył lub raczej poturlał się w bok, nie wiedząc, co myśleć. Omiótł wzrokiem najbliższe otoczenie, dysząc ciężko. Wbił wzrok w blondynkę. Ta twarz zdawała mu się dziwnie znajoma i...
— T-t-tak. W-w-w-wszystko g-g-gra — potwierdził niemrawo, opierając dłonie o podłoże, aby podnieść się z ziemi. Syknął, gdy trawa podrażniła jego niezagojone rany. — Czy my się znamy? Gdzie jesteśmy? Co się stało? — Rozejrzał się po lesie, a przez panującą dookoła ciszę zaczęło mu piszczeć w uszach. — G-g-gdzie Heather?
I gdzie jest Charlie?, dorzucił w myślach, czując, że zaczyna coraz bardziej panikować. Nie znosił takich sytuacji! Co tu się do cholery wyrabiało?! Przecież to było Beltane, wszystko było raczej w porządku, ale potem... Potem...
— Kurwa.... Kurwa... Co tam się stało? — Zaczął chodzić w tę i we wtę, ignorując pierwsze pytanie Figg, nie zwracając uwagi na ducha. — Czy my dalej jesteśmy w Dolinie? M-muszę znaleźć przyjaciół. G-g-dzie my jesteśmy?
Nie znał się na geografii tych terenów. Równie dobrze jakaś magia mogła ich przenieść kilka kilometrów od głównych terenów festynu, ale równie dobrze mogło ich wypierdolić z siłą świstoklika międzykontynentalnego aż do Ameryki. Przynajmniej to żadna egzotyka. Chyba, pomyślał, przyglądając się pobliskim drzewom.
— C-co? — Zmarszczył brwi, podchodząc do Figg. Dopiero wtedy zauważył między gałęziami młodszych drzew półprzezroczystą sylwetkę kobiety. Zjawa? Tutaj? — P-prowadź, m-może -p-p-powie n-nam c-co t-t-to za m-miejsce.