Wczoraj, 20:58 ✶
Powiadano, że były takie miejsca, których czarodziej nie opuszczał nigdy naprawdę. Choćby przebył sto kilometrów, zamieszkał za siedmioma wzgórzami i nauczył się mówić językiem obcych ludzi.
Dla Mony taką ziemią była Snowdonia.
Góry przyjęły ją tak, jak przyjmowały dawniej. Pokryte wrzosem, mokrym mchem oraz srebrzystą mgłą, która o poranku spływała ze zboczy. Nad jeziorem wisiało blade, jesienne niebo. Woda była ciemna jak hartowane żelazo, odbijała szczyty gór tak wiernie jak gdyby pod jej powierzchnią istniała druga, cicha kraina.
Londyn był daleko. Tamtejsze kamienne ulice, wysokie gmachy Ministerstwa, pergaminy zalegające na biurkach i ludzie, którzy potrafili prowadzić długie dysputy o smokach, kiedy nigdy nie stanęli przed nimi twarzą w twarz. Mona zawsze kochała smoki właśnie za to, że nie były stworzeniami, jakimi można było oswoić samym słowem. Jeżeli człowiek wszedł na ich ziemię, mogły pozwolić mu odejść albo mogły uczynić z niego popiół.
Wtedy nad jeziorem przesunął się cień. Mona uniosła głowę, gdy na tle bladego nieba przemknęło potężne stworzenie. Kobieta uśmiechnęła się.
Tym razem jednak nie przybyła tutaj jedynie po wspomnienia. Ceolsige poprosiła ją o przysługę. Sprawa dotyczyła samhainowego przedsięwzięcia oraz kilku przedmiotów. Potrzebna była siatka rozgrzewająca, która pod wpływem gorąca nie pozwalałaby zawartości zbijać się w jedną masę. Najlepiej z wulkanicznego kwarcu, zahartowanego smoczym ogniem albo wykonana z czegoś, co miało podobną odporność. Nie były to rzeczy, o jakie… rozsądny czarodziej pytał przypadkowego handlarza.
Na szczęście Mona kilka nazwisk już znała. Pozostało jej czekać. Burke miała zjawić się lada chwila.
Dla Mony taką ziemią była Snowdonia.
Góry przyjęły ją tak, jak przyjmowały dawniej. Pokryte wrzosem, mokrym mchem oraz srebrzystą mgłą, która o poranku spływała ze zboczy. Nad jeziorem wisiało blade, jesienne niebo. Woda była ciemna jak hartowane żelazo, odbijała szczyty gór tak wiernie jak gdyby pod jej powierzchnią istniała druga, cicha kraina.
Londyn był daleko. Tamtejsze kamienne ulice, wysokie gmachy Ministerstwa, pergaminy zalegające na biurkach i ludzie, którzy potrafili prowadzić długie dysputy o smokach, kiedy nigdy nie stanęli przed nimi twarzą w twarz. Mona zawsze kochała smoki właśnie za to, że nie były stworzeniami, jakimi można było oswoić samym słowem. Jeżeli człowiek wszedł na ich ziemię, mogły pozwolić mu odejść albo mogły uczynić z niego popiół.
Wtedy nad jeziorem przesunął się cień. Mona uniosła głowę, gdy na tle bladego nieba przemknęło potężne stworzenie. Kobieta uśmiechnęła się.
Tym razem jednak nie przybyła tutaj jedynie po wspomnienia. Ceolsige poprosiła ją o przysługę. Sprawa dotyczyła samhainowego przedsięwzięcia oraz kilku przedmiotów. Potrzebna była siatka rozgrzewająca, która pod wpływem gorąca nie pozwalałaby zawartości zbijać się w jedną masę. Najlepiej z wulkanicznego kwarcu, zahartowanego smoczym ogniem albo wykonana z czegoś, co miało podobną odporność. Nie były to rzeczy, o jakie… rozsądny czarodziej pytał przypadkowego handlarza.
Na szczęście Mona kilka nazwisk już znała. Pozostało jej czekać. Burke miała zjawić się lada chwila.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception