9 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 9 godzin(y) temu przez Aaron Andrew Moody.)
Ministerstwo Magii, Biuro Aurorów
Aaron Andrew Moody był zdeklarowanym antyklerykałem, ale nie ateistą. W bogów wierzył, a i owszem, co mogłoby zapewne zadziwić nawet tych, którzy byli mu najbliżsi: jego stosunek do religii pozostawał bowiem wiele do życzenia. Niemal wszyscy w Biurze Aurorów wiedzieli, że stary Moody „tych przeklętych klechów” z kowenu nie znosi, i że nigdy okazji nie przepuści, żeby jakiemuś choć trochę życia nie utrudnić. Za sabatami również nie przepadał, bo w jego przypadku nigdy nie wiązały się wyłącznie z konsumpcją świątecznych potraw, choć w taki właśnie sposób najchętniej spędzałby je auror: wyżerając przysmaki za stołem, aż nie poczuje potrzeby poluzowania paska u spodni. Aaron zawsze brał świąteczne dyżury, najpierw dlatego, że płacili za nie więcej, a pieniądze były potrzebne, gdy finansowało się eksperymentalne leczenie żony, a potem… Potem, gdy jego żona umarła, zwyczajnie nie odnajdował sensu w niczym poza pracą.
Jakież nastało zatem zdziwienie w Biurze Aurorów, gdy zawsze w pełni oddany pracy Aaron wziął urlop wypoczynkowy. Najpierw wszyscy myśleli, że to żart, ale Moody naprawdę nie pojawił się w pracy w weekend. Nie było go w pracy również po weekendzie. We wtorek ludzie zaczęli przebąkiwać, że może zapytać Alastora, ile czasu już ojcu zostało — no bo innego powodu niż zagrażającej życiu choroby na usprawiedliwienie nieobecności Aarona nie mieli.
A Aaron jak gdyby nigdy nic wrócił do pracy w środę. Podśpiewując pod nosem jakąś włoską piosenkę, kupił sobie rano siedem kanapek w stołówce (dwie z nich leżały teraz przed Julianem, żeby się częstował), a potem wziął się jak zwykle do roboty, skinąwszy w podzięce głową, gdy skomplementowała go sekretarka, że zdrowo wygląda, i jakiś taki opalony: niestety, nic na ten komentarz nie odpowiedział, bo buzię miał pełną kanapki. Teraz jednak w pełni skupiony pochylał się nad mapą placu w Little Hangleton. Wraz z Julianem mieli bowiem opracować plan ochrony odbywającego się tam sabatu.
— …Przede wszystkim potrzebować będziemy sprawnego systemu komunikacyjnego: takiego, który pozwoli na szybkie powiadamianie o potencjalnych naruszeniach. Wykorzystajmy prostą klasyfikację operacyjną: poziom pierwszy jako zwykłe zakłócenie porządku, poziom drugi — podejrzane użycie magii albo czyn przestępczy, a więc wszystkie głupie kradzieże, pijackie burdy, i kłótnie o to, któremu chłopu baba oddała wianek, a któremu wskoczyła na pal… Nie to święto, ale rozumiesz, o co chodzi. Niższe poziomy obejmowałyby ten rodzaj zagrożeń, które zdołają opanować brygadziści bez dodatkowego wsparcia aurorskiego zaplecza. My reagowalibyśmy od poziomu trzeciego wzwyż: poziom trzeci oznaczałby potencjalne zagrożenie obejmujące większą grupę ludzi, poziom czwarty — potwierdzone zagrożenie terrorystyczne lub atak czarnomagiczny. Poziom piąty, no i sabat rozjebany — to znaczy, reagujemy wszyscy, wszystkim. Myślałeś już, w jaki sposób podzielić teren na sektory? Każdy dostałby odpowiedni przydział.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name