20.03.2023, 01:36 ✶
Gdyby nie William, nie przyszłaby tutaj nawet jeśli rzekomo sam Merlin, we własnej osobie, miałby powrócić z zaświatów na tej oto polanie i w samym tylko wianku odtańczyć kongę.
Nie była pewna, czemu aż tak zmiękła w stosunku co do męża, ale wmawiała sobie, że po prostu nie chce dolewać jeszcze więcej waleriany do herbaty ojca drugim rozwodem w rodzinie. Ostatnim razem obchodziła Beltane podczas ostatniego roku Hogwartu, kiedy któraś z przyjaciółek zaciągnęła ją praktycznie siłą, licząc, że ustrzeli amanta. Mogła się założyć, że była to Sacharissa. Od tamtego czasu unikała tego święta jak ognia, bo takie stężenie zakochanych gołąbków na metr kwadratowy powinno było zostać wpisane w konwencję genewską (choć nie była pewna, czy czarodzieje jej przestrzegają) jako zbrodnia przeciwko ludzkości.
Spojrzała kątem oka na męża, kiedy rozpoczął tłumaczenie się w związku z prezentem. Uśmiechnęła się szelmowsko, widząc zakłopotanie na jego twarzy. Na szczęście stłumiła wewnętrzną potrzebę naigrywania się.
- To miłe, nie mylisz się - odparła, kiwając głową z aprobatą. Miał rację, pierścionek nie zachwycał kunsztem i owszem, liczył się gest. A więc nie opierała się, kiedy wręczył jej podarunek i założyła go na palec serdeczny, tuż nad obrączką ślubną. - Dziękuję - dodała, przypominając sobie w porę o uprzejmości. Zbliżyła się, żeby pocałować męża w policzek, ale w ostatnim momencie się zawahała. Może speszyły ją tłumy?
- Możemy zapleść wianek, ale tylko pod warunkiem, że ty go założysz - oświadczyła bezpardonowo, podszywając wypowiedź chichotem. Przekręciłaby się na lewą stronę, gdyby miała takowy założyć. Natomiast jeśli chodziło o Willa, uważała, że wyglądałby w wianku całkiem uroczo.
Nie była pewna, czemu aż tak zmiękła w stosunku co do męża, ale wmawiała sobie, że po prostu nie chce dolewać jeszcze więcej waleriany do herbaty ojca drugim rozwodem w rodzinie. Ostatnim razem obchodziła Beltane podczas ostatniego roku Hogwartu, kiedy któraś z przyjaciółek zaciągnęła ją praktycznie siłą, licząc, że ustrzeli amanta. Mogła się założyć, że była to Sacharissa. Od tamtego czasu unikała tego święta jak ognia, bo takie stężenie zakochanych gołąbków na metr kwadratowy powinno było zostać wpisane w konwencję genewską (choć nie była pewna, czy czarodzieje jej przestrzegają) jako zbrodnia przeciwko ludzkości.
Spojrzała kątem oka na męża, kiedy rozpoczął tłumaczenie się w związku z prezentem. Uśmiechnęła się szelmowsko, widząc zakłopotanie na jego twarzy. Na szczęście stłumiła wewnętrzną potrzebę naigrywania się.
- To miłe, nie mylisz się - odparła, kiwając głową z aprobatą. Miał rację, pierścionek nie zachwycał kunsztem i owszem, liczył się gest. A więc nie opierała się, kiedy wręczył jej podarunek i założyła go na palec serdeczny, tuż nad obrączką ślubną. - Dziękuję - dodała, przypominając sobie w porę o uprzejmości. Zbliżyła się, żeby pocałować męża w policzek, ale w ostatnim momencie się zawahała. Może speszyły ją tłumy?
- Możemy zapleść wianek, ale tylko pod warunkiem, że ty go założysz - oświadczyła bezpardonowo, podszywając wypowiedź chichotem. Przekręciłaby się na lewą stronę, gdyby miała takowy założyć. Natomiast jeśli chodziło o Willa, uważała, że wyglądałby w wianku całkiem uroczo.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~