4 godzin(y) temu ✶
— Trzeba było wcześniej skołować jakiś spis — cmoknął niepocieszony, idąc aleją pochówków brzydkich, nieciekawych truposzy.
Nazwiska nic mu nie mówiły, daty owszem. Liczył je w głowie jak knuty, odrzucając wszystko sprzed dwóch wieków i wszystko z ostatniej dekady, bo pierwsze się mogło już nie nadawać ze względu na zbyt zaawansowany rozkład, a do drugiego mógł jeszcze ktoś przychodzić ze świeżymi chryzantemami. A potem pechem pechów rozpoznać na tej cholernej polanie, bo Gary akurat zielonego pojęcia nie miał jaki rodzaj typa może go tam spotkać. Nie wiedział czy był to scenariusz, którym powinien się aż tak przejmować, ale takie przemyślenia zachował sobie na później.
Nie zachował sobie za to na później krytycznego wyboru swojej nowej, tymczasowej gęby. Przystawał przy kolejnych kamieniach, przykładając dłoń do liter i zdrapując z nich mech paznokciem. Kamieniarze mieli paskudny zwyczaj kucia wyłącznie tego, co potrzebne. Żadnego portretu skupionego na linii szczęki nieszczęśnika. Żadnego opisu twarzy. Żadnej wzmianki o zębach…
— Popatrz, tutaj jakiś Elonus. Elonus! — parsknął, przechylając głowę. — Nikt o takim imieniu nie mógł być przyst…nie był magiem słusznej krwi. Idziemy dalej.
Dwie aleje później kamień stał krzywo, przechylony ku wschodowi, oblepiony mchem tak gęsto, że litery trzeba było czytać palcami.
— Carrot — odczytał z powagą, prostując się. — Helciu, znalazłem nam warzywniak.
Podrapał kciukiem dalej, zsuwając zielony kożuch, i marchewka rozpadła się na dwoje. Carrow. Dwa imiona, jedno pod drugim, wykute tą samą ręką. I dwie daty śmierci, identyczne co do dnia.
Gwizdnął cicho.
Przykucnął przy płycie, opierając przedramiona na kolanach, i przeczytał wszystko jeszcze raz, powoli, jak czyta się warunki zakładu. Coś mu na początku nie pasowało. Trzydzieści siedem lat w momencie śmierci. Nazwisko ze skorowidza. Przy kobiecie nie było panieńskiego.
Zmarszczył czoło, widząc na dobrą sprawę wyłącznie dwie daty.
— Rok śmierci 1869. Ale mamy zagwozdkę — oznajmił z niekłamaną satysfakcją, stukając palcem w kamień. — Jedno nazwisko… ale i jedna data urodzenia. Oraz jedna data śmierci.
Wyobraził to sobie i skrzywił się, ale bardziej dla efektu niż z przekonania. Brat z niezamężną siostrą pod jedną płytą to nie było jego zmartwienie, bo jego zmartwieniem było to, czy facet umarł mając proste zęby i czy był zarówno cholernie przystojny jak i cholernie nijaki, aby nie wzbudzić w nikim żadnych podejrzeń.
— Rodzina, która rodzi się razem, umiera razem i zostaje razem — mruknął pod nosem, niby to pochłonięty kontemplacją ludzkiej egzystencji.
Wstał, otrzepując kolana. Coś mu w prawym strzyknęło przy odgięciu, więc musiał stęknąć jak schorowany starzec.
Ziemia przy płycie zapadła się lekko, wyrównana latami i porośnięta tą samą chudą trawą co reszta alei; nikt tu od dawna nie przychodził, nikt nie wyrywał chwastów, nikt nie zostawiał po sobie ani kamyka.
— Helciu — powiedział, odwracając się przez ramię, z tą samą miną, z którą w wieku pięciu lat informował mamę, że się zesrał Lazarusowi do plecaka — dwójka Carrow po trzydziestce. Najwidoczniej bez większych osiągnięć skoro pochowani zostali sami, z dala od reszty rodziny. Obstawiam niskich rangą pracowników Ministerstwa. Co ty na to?
Nazwiska nic mu nie mówiły, daty owszem. Liczył je w głowie jak knuty, odrzucając wszystko sprzed dwóch wieków i wszystko z ostatniej dekady, bo pierwsze się mogło już nie nadawać ze względu na zbyt zaawansowany rozkład, a do drugiego mógł jeszcze ktoś przychodzić ze świeżymi chryzantemami. A potem pechem pechów rozpoznać na tej cholernej polanie, bo Gary akurat zielonego pojęcia nie miał jaki rodzaj typa może go tam spotkać. Nie wiedział czy był to scenariusz, którym powinien się aż tak przejmować, ale takie przemyślenia zachował sobie na później.
Nie zachował sobie za to na później krytycznego wyboru swojej nowej, tymczasowej gęby. Przystawał przy kolejnych kamieniach, przykładając dłoń do liter i zdrapując z nich mech paznokciem. Kamieniarze mieli paskudny zwyczaj kucia wyłącznie tego, co potrzebne. Żadnego portretu skupionego na linii szczęki nieszczęśnika. Żadnego opisu twarzy. Żadnej wzmianki o zębach…
— Popatrz, tutaj jakiś Elonus. Elonus! — parsknął, przechylając głowę. — Nikt o takim imieniu nie mógł być przyst…nie był magiem słusznej krwi. Idziemy dalej.
Dwie aleje później kamień stał krzywo, przechylony ku wschodowi, oblepiony mchem tak gęsto, że litery trzeba było czytać palcami.
— Carrot — odczytał z powagą, prostując się. — Helciu, znalazłem nam warzywniak.
Podrapał kciukiem dalej, zsuwając zielony kożuch, i marchewka rozpadła się na dwoje. Carrow. Dwa imiona, jedno pod drugim, wykute tą samą ręką. I dwie daty śmierci, identyczne co do dnia.
Gwizdnął cicho.
Przykucnął przy płycie, opierając przedramiona na kolanach, i przeczytał wszystko jeszcze raz, powoli, jak czyta się warunki zakładu. Coś mu na początku nie pasowało. Trzydzieści siedem lat w momencie śmierci. Nazwisko ze skorowidza. Przy kobiecie nie było panieńskiego.
Zmarszczył czoło, widząc na dobrą sprawę wyłącznie dwie daty.
— Rok śmierci 1869. Ale mamy zagwozdkę — oznajmił z niekłamaną satysfakcją, stukając palcem w kamień. — Jedno nazwisko… ale i jedna data urodzenia. Oraz jedna data śmierci.
Wyobraził to sobie i skrzywił się, ale bardziej dla efektu niż z przekonania. Brat z niezamężną siostrą pod jedną płytą to nie było jego zmartwienie, bo jego zmartwieniem było to, czy facet umarł mając proste zęby i czy był zarówno cholernie przystojny jak i cholernie nijaki, aby nie wzbudzić w nikim żadnych podejrzeń.
— Rodzina, która rodzi się razem, umiera razem i zostaje razem — mruknął pod nosem, niby to pochłonięty kontemplacją ludzkiej egzystencji.
Wstał, otrzepując kolana. Coś mu w prawym strzyknęło przy odgięciu, więc musiał stęknąć jak schorowany starzec.
Ziemia przy płycie zapadła się lekko, wyrównana latami i porośnięta tą samą chudą trawą co reszta alei; nikt tu od dawna nie przychodził, nikt nie wyrywał chwastów, nikt nie zostawiał po sobie ani kamyka.
— Helciu — powiedział, odwracając się przez ramię, z tą samą miną, z którą w wieku pięciu lat informował mamę, że się zesrał Lazarusowi do plecaka — dwójka Carrow po trzydziestce. Najwidoczniej bez większych osiągnięć skoro pochowani zostali sami, z dala od reszty rodziny. Obstawiam niskich rangą pracowników Ministerstwa. Co ty na to?