22.09.2026, 20:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2026, 21:37 przez Helloise Rowle.)
Czy wybór w ogóle istniał? Kim byłaby Helloise, gdyby spuścić z niej czystą krew? Odciąć jej gałązkę od drzewa rodowego? Wyrwać korzenie łączące ją z Knieją? Czy to wciąż ona by była, czy ktoś zupełnie inny? Mogli z Greybackiem smucić się i marzyć o alternatywnych życiach dla siebie, lecz choćby i one jakimś sposobem znalazły się w zasięgu, to nigdy nie byłyby ich życiami. Helloise nigdy nie wybrałaby urodzić się i żyć inaczej, mimo wszystkich błędów i przeszkód, które splotły się w jej istnienie.
Nigdy nie doszły czarownicy słuchy o tym, że Asena również opuściła swój dom rodzinny. Była to dla Helloise nowość, która w jednej chwili zbliżyła ją nieco do irytującej prefektki Greyback. Na pierwszy rzut oka te same rzeczy można byłoby o nich powiedzieć — obie opuściły rodziny — lecz Hela przeczuwała, że ich historie wcale nie wyglądały podobnie. Zdawało się, że Asena wciąż nie znalazła drogi powrotnej; Rowle’ówna zaś do domu wróciła pokonana przez Nokturn, na który porwała się naiwnie i bez przygotowania.
Aseny nie było; dziewczyny również. Helloise spojrzała na Maddoxa, próbując wyczuć, jak on o tym myśli. Mówił zimno, odwracał wzrok. Był na Asenę zły? Z pewnością był. Och, nie musiała sobie czarownica wyobrażać, co czują zdradzone rodziny. Zadbano o uświadomienie jej tego bardzo dosadnie. Niektórzy zachowywali się, jakby jej nigdy mieli nie wybaczyć, mimo że minęły lata, odkąd nie dała nikomu powodu od zwątpienia w siebie.
— Masz jej za złe zdradę domu czy… tęsknisz? — zapytała ostrożnie, czujnie wyczekując odpowiedzi. Nie była pewna, czy umiałaby zadać takie pytanie we własnym domu; zbyt duże było w niej poczucie winy, aby sugerować im głupiutko, że ktoś mógł za nią tęsknić. Wolała, żeby czuli gniew za to, że wystawiła swoją ucieczką na hazard opinię o rodzie, niż żeby ktoś jej w domu wyznał, że przez nią cierpiał. — Ministerstwo… to brzmi… nędznie — stwierdziła czarownica, dowiedziawszy się, dlaczego Maddox nie ma już dziewczyny.
Helloise nie była jeszcze wówczas aż tak radykalna w swojej obsesyjnej nienawiści wobec rządu, lecz bynajmniej nie uważała, aby to było miejsce, w którym się dało realizować w pozytywny sposób. Spędzanie połowy dnia pod ziemią w otoczeniu papierzysk i identycznych boksów… kimże by trzeba być, aby to dawało satysfakcję? Trudno sobie wyobrazić siedzenie w zatęchłym Ministerstwie w dzień tak piękny jak to lipcowe popołudnie. Chodzić po murowanej piwnicy i załatwiać sprawy służbowe, zamiast czuć pod bosymi stopami miękki piasek i przyjemnie opływającą ciało wodę?
Twarz dziewczyny wciąż śmiała się po tym, jak została ochlapana, ale oczy zdążyły spoważnieć, ledwie wyczuła wagę tego, co jej Maddox mówił. Dodał sytuacji nagłego ciężaru. Nie byli już dziećmi. Przyjaźnie, które od samego początku wywoływały podobne wewnętrzne poruszenie, łatwo zmieniały swój charakter na mniej niewinny. Czarownica potrafiła ocenić nie tylko to, jakie mogły być następstwa takiej znajomości, ale i dostrzec inne zagrożenie. Mężczyźni potrafili żerować na tkliwych kobiecych sercach i ich opiekuńczych instynktach.
— To, co dziś widziałeś, to przecież tylko krótki przebłysk, nie świadectwo — zauważyła, nabierając z trudem dystansu od uroku jego wyznania.
Gdy ludzie zbliżali się zbyt prędko, ktoś musiał skończyć zraniony. Bardziej niż tego, że on zrani ją, obawiała się tego, co ona mogła mu zrobić.
Wilczek oczarował ją swoją ufnością i wrażliwym, smutnym sercem. Jeśli wszystko to było szczere, powinno się z tym obchodzić z szacunkiem. Zaoferował jej oto coś czystego i delikatnego; przestrzeń, gdzie by Helloise mogła dać wyraz trosce i opiekuńczości, jakie miała w sobie. Mogła mu pomóc w momentach wrażliwości — ach, czyż mogłaby potrzebować czegoś więcej, aby poczuć, że jest dobra i potrzebna? Patrzyła więc na tę perspektywę z tęsknym zachwytem.
Zbyt wielkim zachwytem. Coś głęboko w niej niebezpiecznie mocno podekscytowało się i ponaglało, aby natychmiast przyjęła propozycję, zaskarbiła sobie jego zaufanie i obiecała gorąco, że oboje będą z tego zadowoleni. To był ten sam impuls, który wcześniej popchnął ją do wypytywania o jego dziewczynę i przez który tak chętnie zrzuciła na plaży sukienkę. Teraz ten podszept kusił, aby zgodziła się z nim widywać i uczestniczyć w przemianach. Mimo że intencja Helloise była czysta i rodziła się ze szczerej sympatii, to miała prowadzić do zaspokojenia wyjątkowo nieczystej potrzeby: wiedźma uwielbiała smakować ludzkie słabości, chłeptać krew z cudzych ran.
Wtedy Helloise wciąż bała się dokarmiać tego potwora, lecz już za parę lat przyjdzie jej stracić te skrupuły i nie obejrzy się dwa razy, nim weźmie się do pogrywania z cudzymi życiami. Będzie wykradać niedoszłych samobójców spod pieczy uzdrowicieli i przetrzymywać ich w swojej chacie. Z podnieceniem wciągnie do siebie umierającego Śmierciożercę, aby się sycić tym, że jest na jej łasce. Przemaszeruje przez płonące miasto, aby się dobierać do roztrzęsionych kobiet.
Tamtego słonecznego dnia jednak wzdrygała się, wiedząc, że coś w niej uśpione czyha na okazje. Maddox podsuwał jej układ, który by tego potwora niewątpliwie rozbudził. Czarownica czuła do samej siebie odrazę, gdy myślała o tym, gdzie próbowałaby wilka prowadzić przez ofiarowane jej zaufanie: do zrobienia z niego kaleki nieumiejącej bez niej żyć. Potrafiła być słodka. Byłaby słodka, lecz dążyłaby do tego, aby bez niej Greyback nigdy sobie nie poradził. A gdy już raz ujrzała w kimś zależność od siebie, nie potrafiła postrzegać go jako sobie równego.
Miała do wilkołaka szczerą sympatię i nie chciała niszczyć go w ten sposób. Chciała czuć się jego przyjaciółką, a dopuszczenie do siebie myśli, że on mógłby należeć do niej, wszystko by zniszczyło. Największym gestem dobroci było więc zostawić to i nie rozbudzać w żadnym z nich zgubnych chęci. Odmówić jemu, odmówić sobie.
Igranie z rozwijaniem tej relacji było nierozsądne.
Grzech wobec bogów taki chłopiec, rzecz nie do przyjęcia, a podtrzymywać jego nadzieje, aby nasycić pragnienia swojej złej strony, to się młodej Helloise nie godziło.
— Żebyśmy widywali się częściej, musielibyśmy dać sobie obietnicę, której… nie wiem, czy ja sama bym umiała dotrzymać — odparła zmieszana. Z trudem sobie tego odmawiała; wyrzuciła z siebie słowa czym prędzej, zanim zmieniłaby zdanie. Kusiło ją to, kim mogliby być. Spędzili razem przyjemny dzień, a myśl, że częściej by mogła z nim tak rozmawiać jak dziś i dzielić się rzeczami w zaufaniu… lecz zbyt niebezpieczne rzucali sobie spojrzenia. Za bardzo jej się podobało stanie z nim blisko w wodzie, szukała pretekstu do znalezienia się jeszcze bliżej. To było niewłaściwe. — Mogłabym być twoją przyjaciółką, ale między nami zawsze by musiał leżeć nagi miecz. — To byłoby wielkie ćwiczenie duchowe: nie zmniejszać między nimi dystansu, a czuć o Maddoxa troskę niezabrudzoną jej własnymi apetytami. — Chciałabym być twoją przyjaciółką. Chciałabym, żebyśmy się jeszcze zobaczyli. I chciałabym zrobić dla ciebie coś dobrego, ale to nigdy, absolutnie nigdy, nie mogłoby być nic więcej niż nasza przyjaźń. Więcej to zaproszenie dla nieprawości. Wszelkiego rodzaju nieprawości.
Uniosła nieco wyżej brodę, jej uśmiech zbladł, ale oczy miała niezmiennie poważne i smutne jakby. Nie zamierzała być z chłopcem półkrwi ani nie chciała mamić i wykorzystywać Maddoxa.
Nigdy nie doszły czarownicy słuchy o tym, że Asena również opuściła swój dom rodzinny. Była to dla Helloise nowość, która w jednej chwili zbliżyła ją nieco do irytującej prefektki Greyback. Na pierwszy rzut oka te same rzeczy można byłoby o nich powiedzieć — obie opuściły rodziny — lecz Hela przeczuwała, że ich historie wcale nie wyglądały podobnie. Zdawało się, że Asena wciąż nie znalazła drogi powrotnej; Rowle’ówna zaś do domu wróciła pokonana przez Nokturn, na który porwała się naiwnie i bez przygotowania.
Aseny nie było; dziewczyny również. Helloise spojrzała na Maddoxa, próbując wyczuć, jak on o tym myśli. Mówił zimno, odwracał wzrok. Był na Asenę zły? Z pewnością był. Och, nie musiała sobie czarownica wyobrażać, co czują zdradzone rodziny. Zadbano o uświadomienie jej tego bardzo dosadnie. Niektórzy zachowywali się, jakby jej nigdy mieli nie wybaczyć, mimo że minęły lata, odkąd nie dała nikomu powodu od zwątpienia w siebie.
— Masz jej za złe zdradę domu czy… tęsknisz? — zapytała ostrożnie, czujnie wyczekując odpowiedzi. Nie była pewna, czy umiałaby zadać takie pytanie we własnym domu; zbyt duże było w niej poczucie winy, aby sugerować im głupiutko, że ktoś mógł za nią tęsknić. Wolała, żeby czuli gniew za to, że wystawiła swoją ucieczką na hazard opinię o rodzie, niż żeby ktoś jej w domu wyznał, że przez nią cierpiał. — Ministerstwo… to brzmi… nędznie — stwierdziła czarownica, dowiedziawszy się, dlaczego Maddox nie ma już dziewczyny.
Helloise nie była jeszcze wówczas aż tak radykalna w swojej obsesyjnej nienawiści wobec rządu, lecz bynajmniej nie uważała, aby to było miejsce, w którym się dało realizować w pozytywny sposób. Spędzanie połowy dnia pod ziemią w otoczeniu papierzysk i identycznych boksów… kimże by trzeba być, aby to dawało satysfakcję? Trudno sobie wyobrazić siedzenie w zatęchłym Ministerstwie w dzień tak piękny jak to lipcowe popołudnie. Chodzić po murowanej piwnicy i załatwiać sprawy służbowe, zamiast czuć pod bosymi stopami miękki piasek i przyjemnie opływającą ciało wodę?
Twarz dziewczyny wciąż śmiała się po tym, jak została ochlapana, ale oczy zdążyły spoważnieć, ledwie wyczuła wagę tego, co jej Maddox mówił. Dodał sytuacji nagłego ciężaru. Nie byli już dziećmi. Przyjaźnie, które od samego początku wywoływały podobne wewnętrzne poruszenie, łatwo zmieniały swój charakter na mniej niewinny. Czarownica potrafiła ocenić nie tylko to, jakie mogły być następstwa takiej znajomości, ale i dostrzec inne zagrożenie. Mężczyźni potrafili żerować na tkliwych kobiecych sercach i ich opiekuńczych instynktach.
— To, co dziś widziałeś, to przecież tylko krótki przebłysk, nie świadectwo — zauważyła, nabierając z trudem dystansu od uroku jego wyznania.
Gdy ludzie zbliżali się zbyt prędko, ktoś musiał skończyć zraniony. Bardziej niż tego, że on zrani ją, obawiała się tego, co ona mogła mu zrobić.
Wilczek oczarował ją swoją ufnością i wrażliwym, smutnym sercem. Jeśli wszystko to było szczere, powinno się z tym obchodzić z szacunkiem. Zaoferował jej oto coś czystego i delikatnego; przestrzeń, gdzie by Helloise mogła dać wyraz trosce i opiekuńczości, jakie miała w sobie. Mogła mu pomóc w momentach wrażliwości — ach, czyż mogłaby potrzebować czegoś więcej, aby poczuć, że jest dobra i potrzebna? Patrzyła więc na tę perspektywę z tęsknym zachwytem.
Zbyt wielkim zachwytem. Coś głęboko w niej niebezpiecznie mocno podekscytowało się i ponaglało, aby natychmiast przyjęła propozycję, zaskarbiła sobie jego zaufanie i obiecała gorąco, że oboje będą z tego zadowoleni. To był ten sam impuls, który wcześniej popchnął ją do wypytywania o jego dziewczynę i przez który tak chętnie zrzuciła na plaży sukienkę. Teraz ten podszept kusił, aby zgodziła się z nim widywać i uczestniczyć w przemianach. Mimo że intencja Helloise była czysta i rodziła się ze szczerej sympatii, to miała prowadzić do zaspokojenia wyjątkowo nieczystej potrzeby: wiedźma uwielbiała smakować ludzkie słabości, chłeptać krew z cudzych ran.
Wtedy Helloise wciąż bała się dokarmiać tego potwora, lecz już za parę lat przyjdzie jej stracić te skrupuły i nie obejrzy się dwa razy, nim weźmie się do pogrywania z cudzymi życiami. Będzie wykradać niedoszłych samobójców spod pieczy uzdrowicieli i przetrzymywać ich w swojej chacie. Z podnieceniem wciągnie do siebie umierającego Śmierciożercę, aby się sycić tym, że jest na jej łasce. Przemaszeruje przez płonące miasto, aby się dobierać do roztrzęsionych kobiet.
Tamtego słonecznego dnia jednak wzdrygała się, wiedząc, że coś w niej uśpione czyha na okazje. Maddox podsuwał jej układ, który by tego potwora niewątpliwie rozbudził. Czarownica czuła do samej siebie odrazę, gdy myślała o tym, gdzie próbowałaby wilka prowadzić przez ofiarowane jej zaufanie: do zrobienia z niego kaleki nieumiejącej bez niej żyć. Potrafiła być słodka. Byłaby słodka, lecz dążyłaby do tego, aby bez niej Greyback nigdy sobie nie poradził. A gdy już raz ujrzała w kimś zależność od siebie, nie potrafiła postrzegać go jako sobie równego.
Miała do wilkołaka szczerą sympatię i nie chciała niszczyć go w ten sposób. Chciała czuć się jego przyjaciółką, a dopuszczenie do siebie myśli, że on mógłby należeć do niej, wszystko by zniszczyło. Największym gestem dobroci było więc zostawić to i nie rozbudzać w żadnym z nich zgubnych chęci. Odmówić jemu, odmówić sobie.
Igranie z rozwijaniem tej relacji było nierozsądne.
Grzech wobec bogów taki chłopiec, rzecz nie do przyjęcia, a podtrzymywać jego nadzieje, aby nasycić pragnienia swojej złej strony, to się młodej Helloise nie godziło.
— Żebyśmy widywali się częściej, musielibyśmy dać sobie obietnicę, której… nie wiem, czy ja sama bym umiała dotrzymać — odparła zmieszana. Z trudem sobie tego odmawiała; wyrzuciła z siebie słowa czym prędzej, zanim zmieniłaby zdanie. Kusiło ją to, kim mogliby być. Spędzili razem przyjemny dzień, a myśl, że częściej by mogła z nim tak rozmawiać jak dziś i dzielić się rzeczami w zaufaniu… lecz zbyt niebezpieczne rzucali sobie spojrzenia. Za bardzo jej się podobało stanie z nim blisko w wodzie, szukała pretekstu do znalezienia się jeszcze bliżej. To było niewłaściwe. — Mogłabym być twoją przyjaciółką, ale między nami zawsze by musiał leżeć nagi miecz. — To byłoby wielkie ćwiczenie duchowe: nie zmniejszać między nimi dystansu, a czuć o Maddoxa troskę niezabrudzoną jej własnymi apetytami. — Chciałabym być twoją przyjaciółką. Chciałabym, żebyśmy się jeszcze zobaczyli. I chciałabym zrobić dla ciebie coś dobrego, ale to nigdy, absolutnie nigdy, nie mogłoby być nic więcej niż nasza przyjaźń. Więcej to zaproszenie dla nieprawości. Wszelkiego rodzaju nieprawości.
Uniosła nieco wyżej brodę, jej uśmiech zbladł, ale oczy miała niezmiennie poważne i smutne jakby. Nie zamierzała być z chłopcem półkrwi ani nie chciała mamić i wykorzystywać Maddoxa.
Koniec sesji
dotknij trawy