23.09.2026, 17:18 ✶
Upadek z drabiny niewątpliwie zapisał się w historii moich tegorocznych przygotowań do Samhain jako wydarzenie o wiele bardziej widowiskowe, niż ktokolwiek - w tym szczególnie ja - mógłby sobie życzyć, zwłaszcza że cała sprawa dotyczyła zwykłego zawieszania wieńca, a nie próby zdobycia szczytu góry albo naprawy spadzistego dachu, nad którą nieoficjalnie musiałem się chyba całkiem poważnie zastanowić. Spadanie z takiej wysokości miało tę irytującą właściwość, że trwało zdecydowanie krócej niż późniejsze konsekwencje, szczególnie kiedy niniejszą naczelną konsekwencją była drobna brunetka stojąca nade mną z miną kogoś, kto „doskonale wiedział, że tak to się skończy”. Sam zaledwie po kilkunastu sekundach spędzonych pod jej czujnym okiem doszedłem do wniosku, że skoro mogłem swobodnie poruszać rękami, nogami i głową, a także oddychałem bez większych przeszkód, prawdopodobnie nie miałem jeszcze powodu pisać testamentu, niemniej pozwoliłem Prue jednak zrobić swoje, bo nauczyłem się już, że w takich sytuacjach sprzeciwienie się żonie zwykle prowadziło wyłącznie do wydłużenia całej procedury, poza tym gdzieś pod tym wszystkim kryło się całkiem przyjemne poczucie, że ktoś rzeczywiście chciał się upewnić, czy nic sobie nie zrobiłem. Dałem się więc dokładnie obejrzeć, obmacać - niestety niezgodnie z życzeniami - i przesłuchać w sprawie każdego stawu, kości oraz miejsca, które mogło mnie potencjalnie boleć, chociaż po kilku minutach zacząłem podejrzewać, że gdybym oznajmił jej, że złamałem sobie paznokieć u nogi, również potraktowałaby sprawę z należytą, uzdrowicielską powagą.
Ostatecznie zostałem uznany za zdolnego do dalszego funkcjonowania, co przyjąłem z ulgą, ponieważ w założeniu miałem jeszcze przed sobą co najmniej kilkadziesiąt lat uprzykrzania jej życia moimi doskonałymi pomysłami. Wróciłem do wieńca, tym razem korzystając z magii, bo najwyraźniej metoda polegająca na uporczywym posługiwaniu się własnymi rękami nie prowadziła mnie w stronę oczekiwanego sukcesu - tym razem magia rzeczywiście była potrzebna, bo moje ręce miały już serdecznie dosyć drutu, gałęzi i wszystkiego, co kłuło mnie przy każdym kolejnym ruchu. Machając różdżką, poprawiałem gałęzie, przesuwałem liście i próbowałem nadać temu wszystkiemu chociaż odrobinę zamierzonego kształtu, już na właściwym miejscu, co wychodziło mi umiarkowanie, czyli dokładnie tak, jak należało się spodziewać po człowieku, który najpierw zrobił ozdobę bez planu, a potem próbował naprawić ją zaklęciami.
Z zewnątrz docierały do mnie odgłosy Prue przesuwającej dekoracje po ganku, co brzmiało dosyć intensywnie, więc przez chwilę wyobrażałem sobie, ile razy jeszcze mogła zmienić miejsce ułożenia lampionów, zwłaszcza tego od Eliasa, zanim miała uznać, że wszystko wyglądało właściwie - uśmiechnąłem się pod nosem, bo sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, tylko przez przypadek i po trzech dniach dochodzenia do wniosku, że coś nadal wyglądało źle - a kiedy zniknęła gdzieś poza zasięgiem mojego słuchu, spróbowałem skupić się na wieńcu, no, przynajmniej do czasu, gdy usłyszałem z ogrodu charakterystyczne przesuwanie czegoś, czego najwyraźniej nie dało się po prostu podnieść. Zerknąłem w stronę okna, lecz nie widziałem Prue, więc wróciłem do pracy, przynajmniej dopóki nie dobiegł mnie kolejny hałas. Tym razem odłożyłem różdżkę i ruszyłem w stronę drzwi, nie dlatego, że zakładałem katastrofę, po prostu po dzisiejszym upadku z drabiny uznałem, że limit nieszczęśliwych wypadków został już przez nas uczciwie wykorzystany i lepiej było nie kusić losu.
Ostatecznie zostałem uznany za zdolnego do dalszego funkcjonowania, co przyjąłem z ulgą, ponieważ w założeniu miałem jeszcze przed sobą co najmniej kilkadziesiąt lat uprzykrzania jej życia moimi doskonałymi pomysłami. Wróciłem do wieńca, tym razem korzystając z magii, bo najwyraźniej metoda polegająca na uporczywym posługiwaniu się własnymi rękami nie prowadziła mnie w stronę oczekiwanego sukcesu - tym razem magia rzeczywiście była potrzebna, bo moje ręce miały już serdecznie dosyć drutu, gałęzi i wszystkiego, co kłuło mnie przy każdym kolejnym ruchu. Machając różdżką, poprawiałem gałęzie, przesuwałem liście i próbowałem nadać temu wszystkiemu chociaż odrobinę zamierzonego kształtu, już na właściwym miejscu, co wychodziło mi umiarkowanie, czyli dokładnie tak, jak należało się spodziewać po człowieku, który najpierw zrobił ozdobę bez planu, a potem próbował naprawić ją zaklęciami.
Z zewnątrz docierały do mnie odgłosy Prue przesuwającej dekoracje po ganku, co brzmiało dosyć intensywnie, więc przez chwilę wyobrażałem sobie, ile razy jeszcze mogła zmienić miejsce ułożenia lampionów, zwłaszcza tego od Eliasa, zanim miała uznać, że wszystko wyglądało właściwie - uśmiechnąłem się pod nosem, bo sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, tylko przez przypadek i po trzech dniach dochodzenia do wniosku, że coś nadal wyglądało źle - a kiedy zniknęła gdzieś poza zasięgiem mojego słuchu, spróbowałem skupić się na wieńcu, no, przynajmniej do czasu, gdy usłyszałem z ogrodu charakterystyczne przesuwanie czegoś, czego najwyraźniej nie dało się po prostu podnieść. Zerknąłem w stronę okna, lecz nie widziałem Prue, więc wróciłem do pracy, przynajmniej dopóki nie dobiegł mnie kolejny hałas. Tym razem odłożyłem różdżkę i ruszyłem w stronę drzwi, nie dlatego, że zakładałem katastrofę, po prostu po dzisiejszym upadku z drabiny uznałem, że limit nieszczęśliwych wypadków został już przez nas uczciwie wykorzystany i lepiej było nie kusić losu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)