– Jesteś już drugą osobą w przeciągu ostatnich dwóch tygodni, która zachwala mi Snowdonię – Ginewra uśmiechnęła się leciutko, a następnie zapatrzyła na Brennę. Jej uwaga, rzucona niby ot tak, przykuła jej uwagę aż nazbyt. – Moja droga, dwa lata bez choćby cienia urlopu, szybciej zrobią z ciebie wrak człowieka, niż cokolwiek innego – powiedziała bez ogródek. – Niewiele się wtedy przydasz ludziom. Więc, jeśli nie dla swojego dobra, to dla dobra innych, weź sobie kilka dni wolnego, żeby absolutnie nic nie robić. Potraktuj to jako darmową, uzdrowicielską poradę. A jeśli potrzebujesz zwolnienia, to wiesz, gdzie mnie szukać – Ginewra była przeczulona na sygnały pracoholizmu, bo oglądała je właściwie codziennie w pracy… a poza tym przyganiał kocioł garnkowi, chociaż przynajmniej potrafiła spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że potrzebuje odpocząć… żeby nie narażać innych. Dokładnie takie coś miało miejsce kilka dni temu.
– Całkiem prawdopodobne, że pierwsze wampiry powstały niezależnie od siebie w kilku miejscach na świecie. Ludzie często wpadają na podobne pomysły, ale przy tym wykonane inaczej, w podobnym czasie i w różnych miejscach. Nie zdziwiłabym się, gdyby Rumunia miała swoje legendy o pierwszym wampirze – puściła do niej oko, gdy spokojnie opowiadała o tych historyczno-socjologicznych kwestiach i choć nie była żadną ekspertką ani od rumunistyki, ani od wampirów, to pewne powtarzające się zjawiska czy schematy były akurat czymś absolutnie normalnym w dziejach historii. – A co do Doliny Godryka… To co się tam dzieje może ci się wydawać osobliwe i unikatowe, ale zapewniam cię, że takie nie jest. Takie dziwaczne anomalie przydarzały się już na przestrzeni wieków w różnych miejscach, w toku swojej nauki i doświadczeń zawodowych natknęłam się na podobne świadectwa – tutaj, rzecz jasna, piła do słońca i księżyca widzianego jednocześnie przez czarodziejów i mugoli tylko w tym jednym miejscu. Ginny również lekko zniżyła głos, ale przy tym zachowywała się całkowicie naturalnie. Jakby odbywała właśnie zupełnie normalną rozmowę przy śniadaniu. Swoją drogą tost był całkiem niezły, chociaż jak dla niej, to za mało tutaj było warzyw.
– Zastanówmy się – Ginewra sięgnęła po filiżankę z kawą, ale oczu od Brenny nie odrywała ani na chwilę. Te teraz były jasnobrązowe, całkowicie ludzkie. Ginny przekopywała teraz pamięć w poszukiwaniu legend o kopalniach w Anglii, a tych na całe szczęście nie było zbyt wiele. – Ciemność pobudza wyobraźnię. Zamyka nam całkowicie jeden ze zmysłów, co za tym idzie, inne się wyostrzają, lepiej wtedy czujemy zapachy, słyszymy dźwięki… Ciemność to też pójście w nieznane. Nigdy nie wiesz, czy ten kolejny krok zaprowadzi cię wprost na ścianę czy może jakąś pułapkę. Umysł często sam zaczyna sobie coś dopowiadać… W końcu dla małych dzieci to w ciemności czają się potwory, tak? – snuła swój tok rozumowania, samą siebie zresztą nakierowując na właściwe tory, rozsupłując tę zagadkę węzełek po węzełku, aż w końcu coś w jej głowie kliknęło i zaskoczyło na odpowiednie miejsce. – Kojarzę legendę o kopalni, w której panuje nieprzenikniona ciemność. Ludzie bali się tam chodzić… czy to dlatego, że coś czaiło się w mroku, czy dlatego, że robiło się tam nieprzyjemnie duszno i ciasno, a może ze strachu, że coś się na nich zawali… To są momenty, w których ludzie często zwracają swoje oczy w kierunku wiary. Święty symbol, totem w kieszeni, amulet przynoszący szczęście, zdjęcie ukochanej osoby w kieszeni na piersi… – zaczęła wymieniać. – Jeśli to magiczna ciemność, to czasami i żadne zaklęcia na nią nie podziałają. A jeśli ciemność wzmaga strach, to i może potrzeba artefaktu, który doda odwagi…? To oczywiście tylko legenda. W Egipcie nosimy skarabeusze na szczęście – sięgnęła do kieszeni spodni, by wyciągnąć małą figurkę robaczka, wykonanego z jakiegoś ciemnego kamienia. – To symbol wędrówki słońca po niebie, był święty dla starożytnych Egipcjan. Amulet na szczęście, chroniący przed złem – uśmiechnęła się pod nosem.