25.09.2026, 01:25 ✶
Niby teoretycznie mogłem zaoferować swoje pomocne łapsko lub przyjemnie niekościste przedramię, lecz tego nie zrobiłem, bo obserwowanie Prue grożącej szkieletorowi pogrzebaniem kilka metrów pod ziemią było doświadczeniem, którego nie zamierzałem sobie odpuścić - i to w żadnym zakresie, więc nie oderwałem ramienia od framugi ani oczu od żony - nie musiałem nawet pytać, dlaczego tak bardzo się uparła, bo odpowiedź miałem właściwie przed sobą, znałem ją przecież również od tej „bezwzględnej” strony, a gdybym kilka sekund później nie zdecydował się wymownie zamilknąć, tak dla zasady, powiedziałbym nawet, że znałem ją od tej strony momentami aż za dobrze, tylko wtedy zwykle to ja znajdowałem się na miejscu naszego drogiego umarlaka.
Przez chwilę nic nie mówiłem, bo obserwowanie Prudence prowadzącej negocjacje z kościotrupem zaczynało nabierać cech wydarzenia, którego faktycznie nie powinienem był zakłócać własnym komentarzem, zresztą widziałem po niej, że przestała już właściwie walczyć wyłącznie o dekoracyjny aspekt związany z tradycją babci - coś w tym przedmiocie najwyraźniej uruchomiło wspomnienia lub obrazy, których nie potrzebowała mi od razu opisywać ani przytaczać, bo wystarczyło spojrzeć na sposób, w jaki zacisnęła palce na kości przedramienia, żeby zrozumieć, że ten kawałek domniemanego plastiku przestał być dla niej zwyczajną ozdobą wyciąganą z szopy i zamiast tego stał się fragmentem… czegoś - może ogrodu jej rodziców lub tego tutaj, dzieciństwa, poprzednich Samhain, bursztynowych i ciemnoczerwonych lampek zawieszonych na drzewach, nietoperzy z czarnej krępiny, może również ludzi, których już nie było obok niej, a może…
- Hm. - Rzuciłem do siebie, przymrużywszy powieki, uważniej jej się przyglądając, aby spróbować odróżnić charakterystyczną zawiechę od wizji przeszłości kogoś, kto równie dobrze mógł nigdy nie być żywy, co też mógł być „tylko” bardzo dobrze zakonserwowanymi pozostałościami po czyjejś historii. Nie zamierzałem więc od razu bezczelnie żartować z jej taktyki, nawet jeśli z boku wyglądało to jak wyjątkowo karykaturalna zimna, wprost śmiertelnie lodowata wojna, w której jeden uczestnik nie miał ani głosu, ani najwyraźniej żadnej ochoty na przeprowadzkę, natomiast drugi przez chwilę odrobinę zbyt mocno pogrążył się we własnych taktykach.
- To nie jest pszemilczanie. - Nie mogłem nic na to poradzić, że nawet mając wiedzę dotyczącą tego, jak bardzo mnie teraz podpuszczała, po prostu musiałem dokonać adekwatnego sprostowania, prychnąwszy na stwierdzenie, iż byłem „taki rozsądny”. - To jest losądne zasządzanie infolmasją. - Uśmiechnąłem się pod nosem, dosyć krzywo, kilka metrów pod ziemią to była jednak już dość ostateczna forma przeprowadzki, nawet jak na nasze standardy, zaś zamykanie mordy było istotnie bardzo niedocenianą metodą przetrwania, zwłaszcza przeze mnie i zwłaszcza kiedy drugą stroną konfliktu była kobieta stojąca nad grobem, którego jeszcze nie wykopała.
- Skąd właściwie wiesz, sze on nie chce wlóciś do jakiegoś dołu? - Zapytałem, nie wytrzymując presji zamykania ryja, gdy wreszcie wytaszczyła kościotrupa z jego kryjówki, tylko praktycznie od razu wskazując podbródkiem na gościa. - Nie znamy jego sytuacji lodzinnej. - Zawahałem się przez moment, marszcząc czoło i obserwując podejrzanie wyświeconą, lecz nie gładką kość. - Mose właśnie dlatego tak się zapiela. - Podjąłem jednak dalej. - Mose biedny Halold od tszydziestu lat plóbuje wlóciś do domu, do ukochanej i dzieci, a wy kaszdej jesieni wyciągacie go s niewoli i sadzacie na huśtawce. Pomyślałaś w ogóle o tym? - Zawiesiłem głos, uważniej przyglądając się plastikowej czaszce… „Z plastiku - prawda? Plastikowej czaszce z plastikowego plastiku”, rzecz jasna.
Przez chwilę nic nie mówiłem, bo obserwowanie Prudence prowadzącej negocjacje z kościotrupem zaczynało nabierać cech wydarzenia, którego faktycznie nie powinienem był zakłócać własnym komentarzem, zresztą widziałem po niej, że przestała już właściwie walczyć wyłącznie o dekoracyjny aspekt związany z tradycją babci - coś w tym przedmiocie najwyraźniej uruchomiło wspomnienia lub obrazy, których nie potrzebowała mi od razu opisywać ani przytaczać, bo wystarczyło spojrzeć na sposób, w jaki zacisnęła palce na kości przedramienia, żeby zrozumieć, że ten kawałek domniemanego plastiku przestał być dla niej zwyczajną ozdobą wyciąganą z szopy i zamiast tego stał się fragmentem… czegoś - może ogrodu jej rodziców lub tego tutaj, dzieciństwa, poprzednich Samhain, bursztynowych i ciemnoczerwonych lampek zawieszonych na drzewach, nietoperzy z czarnej krępiny, może również ludzi, których już nie było obok niej, a może…
- Hm. - Rzuciłem do siebie, przymrużywszy powieki, uważniej jej się przyglądając, aby spróbować odróżnić charakterystyczną zawiechę od wizji przeszłości kogoś, kto równie dobrze mógł nigdy nie być żywy, co też mógł być „tylko” bardzo dobrze zakonserwowanymi pozostałościami po czyjejś historii. Nie zamierzałem więc od razu bezczelnie żartować z jej taktyki, nawet jeśli z boku wyglądało to jak wyjątkowo karykaturalna zimna, wprost śmiertelnie lodowata wojna, w której jeden uczestnik nie miał ani głosu, ani najwyraźniej żadnej ochoty na przeprowadzkę, natomiast drugi przez chwilę odrobinę zbyt mocno pogrążył się we własnych taktykach.
- To nie jest pszemilczanie. - Nie mogłem nic na to poradzić, że nawet mając wiedzę dotyczącą tego, jak bardzo mnie teraz podpuszczała, po prostu musiałem dokonać adekwatnego sprostowania, prychnąwszy na stwierdzenie, iż byłem „taki rozsądny”. - To jest losądne zasządzanie infolmasją. - Uśmiechnąłem się pod nosem, dosyć krzywo, kilka metrów pod ziemią to była jednak już dość ostateczna forma przeprowadzki, nawet jak na nasze standardy, zaś zamykanie mordy było istotnie bardzo niedocenianą metodą przetrwania, zwłaszcza przeze mnie i zwłaszcza kiedy drugą stroną konfliktu była kobieta stojąca nad grobem, którego jeszcze nie wykopała.
- Skąd właściwie wiesz, sze on nie chce wlóciś do jakiegoś dołu? - Zapytałem, nie wytrzymując presji zamykania ryja, gdy wreszcie wytaszczyła kościotrupa z jego kryjówki, tylko praktycznie od razu wskazując podbródkiem na gościa. - Nie znamy jego sytuacji lodzinnej. - Zawahałem się przez moment, marszcząc czoło i obserwując podejrzanie wyświeconą, lecz nie gładką kość. - Mose właśnie dlatego tak się zapiela. - Podjąłem jednak dalej. - Mose biedny Halold od tszydziestu lat plóbuje wlóciś do domu, do ukochanej i dzieci, a wy kaszdej jesieni wyciągacie go s niewoli i sadzacie na huśtawce. Pomyślałaś w ogóle o tym? - Zawiesiłem głos, uważniej przyglądając się plastikowej czaszce… „Z plastiku - prawda? Plastikowej czaszce z plastikowego plastiku”, rzecz jasna.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)