26.09.2026, 21:52 ✶
Brenna starała się zapamiętać wszystko, o czym mówiła Dora, choć przeszło jej przez głowę, że nigdy nie sądziła, że będzie musiała nadążyć za mugolskim przemysłem górniczym. Wychodziło jednak na to, że żadna z nich nie jest w stanie w stu procentach wyciągnąć wszystkich informacji z tych notatek badaczy, zresztą pewnie niekompletnych: być może gdy uda się postawić ich na nogi (oby to było możliwe) będą mogli im to wyjaśnić. Na razie wychodziło na to, że coś tu robili, to coś było związane z kryzysem energetycznym, a kopalnie w jakiś sposób były magiczne.
I być może to te badania uczyniły ich celem?
– Ciekawe czy Voldemort mógł się tym interesować – mruknęła ni to do Dory, ni do siebie. Nie miała na myśli oczywiście samego węgla ani nawet konkretnie badaczy. Bardziej myślała o tym, co dotyczyło magii kopalni. W tych notkach było coś o artefakcie, może więc faktycznie konsultacja z kimś, kto się specjalizował w wykopaliskach i szukaniu starych, magicznych przedmiotów, coś da? – Little Hangleton zdaje się miarą ludzkiego szaleństwa – stwierdziła. Był to trochę żart, a trochę nie, zwłaszcza że sytuacja wcale nie sprzyjała doskonałemu humorowi.
Coś złego w kopalniach. Coś dobrego w kopalniach. To pierwsze Voldemort mógłby pragnąć wykorzystać. To drugie mógłby chcieć zdobyć. Jak kamienie Shafiqów. Brenna przez moment znów zatęskniła do dawnych, prostych czasów, zanim wojna rozdarła Anglię, uczucie, które dzielili pewnie z nią jeśli nie niemal wszyscy czarodzieje, to przynajmniej większość z nich, odsunęła je jednak na bok. Tak jak robiła to prawie każdego dnia, żeby jakoś iść do przodu i nie pokazać po sobie przypadkiem tych chwil, gdy się chwieje.
Przyklękła, zbierając świece. Ulgą wciąż było nie tylko to, że wychodziło, ale i to, że choć ogień wciąż wzbudzał w niej lekki skurcz żołądka, to była już w stanie znajdować się blisko niego.
– Znamy nazwisko jednego, imię drugiego, wiemy, czym się zajmowali… jeśli nie uda się nam im pomóc, skontaktujemy się od razu z ich krewnymi, spróbuje się dowiedzieć o tym więcej – przytaknęła. Nie zrobiła tego póki co, bo cóż, doba nie była z góry, a jutro też musiała żonglować godzinami, na całe szczęście jednak nie musiała robić wszystkiego sama. Gdyby przyszło jej jeszcze zająć się tą dwójką osobiście, chyba musiałaby się rozdwoić. – Chodź, zabierzmy stąd te notatki, nie powinni ich znaleźć mugole. No i ciuchy, przydadzą się im jeśli nie teraz, to później – powiedziała, zabierając się do pakowania rzeczy do toreb, które naszykowała Dora.
I być może to te badania uczyniły ich celem?
– Ciekawe czy Voldemort mógł się tym interesować – mruknęła ni to do Dory, ni do siebie. Nie miała na myśli oczywiście samego węgla ani nawet konkretnie badaczy. Bardziej myślała o tym, co dotyczyło magii kopalni. W tych notkach było coś o artefakcie, może więc faktycznie konsultacja z kimś, kto się specjalizował w wykopaliskach i szukaniu starych, magicznych przedmiotów, coś da? – Little Hangleton zdaje się miarą ludzkiego szaleństwa – stwierdziła. Był to trochę żart, a trochę nie, zwłaszcza że sytuacja wcale nie sprzyjała doskonałemu humorowi.
Coś złego w kopalniach. Coś dobrego w kopalniach. To pierwsze Voldemort mógłby pragnąć wykorzystać. To drugie mógłby chcieć zdobyć. Jak kamienie Shafiqów. Brenna przez moment znów zatęskniła do dawnych, prostych czasów, zanim wojna rozdarła Anglię, uczucie, które dzielili pewnie z nią jeśli nie niemal wszyscy czarodzieje, to przynajmniej większość z nich, odsunęła je jednak na bok. Tak jak robiła to prawie każdego dnia, żeby jakoś iść do przodu i nie pokazać po sobie przypadkiem tych chwil, gdy się chwieje.
Przyklękła, zbierając świece. Ulgą wciąż było nie tylko to, że wychodziło, ale i to, że choć ogień wciąż wzbudzał w niej lekki skurcz żołądka, to była już w stanie znajdować się blisko niego.
– Znamy nazwisko jednego, imię drugiego, wiemy, czym się zajmowali… jeśli nie uda się nam im pomóc, skontaktujemy się od razu z ich krewnymi, spróbuje się dowiedzieć o tym więcej – przytaknęła. Nie zrobiła tego póki co, bo cóż, doba nie była z góry, a jutro też musiała żonglować godzinami, na całe szczęście jednak nie musiała robić wszystkiego sama. Gdyby przyszło jej jeszcze zająć się tą dwójką osobiście, chyba musiałaby się rozdwoić. – Chodź, zabierzmy stąd te notatki, nie powinni ich znaleźć mugole. No i ciuchy, przydadzą się im jeśli nie teraz, to później – powiedziała, zabierając się do pakowania rzeczy do toreb, które naszykowała Dora.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.