26.09.2026, 23:30 ✶
Wraz z zawarciem małżeństwa niewątpliwie dostawało się cały pakiet zmian, których nikt wcześniej nie uznawał za warte wymienienia, a ponieważ moje własne małżeństwo zostało zawarte spontanicznie, bez szczególnie długiego okresu przygotowawczego, Prudence nie miała nawet okazji spokojnie zapoznać się z instrukcją obsługi całego przedsięwzięcia - ja, niestety, miałem już swoje uprzednie doświadczenia, które jednak obecnie zaczęły bardzo znacząco się weryfikować, momentami przyprawiając mnie o wyjątkowo interesujące doznania umysłowe - nasza ponowna zawiłość, tym razem uczuciowa, rzeczywiście przyszła gwałtownie, bez okresu próbnego, bez spokojnego przyzwyczajania się do obecności drugiej osoby, bez tych wszystkich etapów, przez które normalnie przechodzili ludzie, zanim pewnego dnia odkrywali, że ich życie zostało splecione z cudzym. My ominęliśmy właściwie wszystko, co tylko można było ominąć, i od razu przeszliśmy do wersji dla zaawansowanych - trudno było uznać to za szczególnie spokojny początek, ale z jakiegoś powodu nie miałem potrzeby tego poprawiać, Prue raczej również podzielała moje zdanie, chociaż w chwilach takich jak ta mogło być jej o to znacząco trudniej.
Przez lata nauczyłem się, że ludzie potrafili wykazywać zadziwiającą determinację, kiedy chodziło o przekazanie komuś problemu, a ptaki wybierane na posłańców złych wieści zazwyczaj bardzo skutecznie się od nich uczyły. Nie byłem nawet w stanie określić, ile różnych sposobów komunikacji potrafiło pojawić się w życiu kogoś, kto zawodowo zajmował się rozwiązywaniem cudzych bolączek, kiedy przez lata budował sobie sieć znajomości obejmującą ludzi, którzy zdecydowanie nie mieli zwyczaju wysyłać zwykłych sów z grzecznym „dzień dobry”, „miłego dzionka” i „smacznej kawusi”. Ten tutaj konkretny delikwent łypał na mnie z takim przekonaniem, jakby to właśnie on miał pełne prawo być niezadowolony z mojego tempa działania, więc odpowiedziałem mu spojrzeniem, które powinno było jasno przekazać, że na tym etapie znajomości nie zamierzałem przejmować się jego opinią, po czym automatycznie pokiwałem głową, kiedy Prudence zapytała mnie, czy ten konkretny ptak zawsze zachowywał się w ten sposób, bo właściwie nie musiałem się nad tym zastanawiać. Znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jego determinacja nie była przypadkowym wybrykiem, ani tym bardziej czymś, co należało przypisywać zwyczajnemu ptasiemu temperamentowi - ten jastrząb miał własne pojęcie o terminach, obowiązkach i skutecznym dostarczaniu korespondencji, przy czym wszystkie trzy najwyraźniej sprowadzały się do jednej zasady - wiadomość miała dotrzeć do adresata, nawet jeśli po drodze trzeba było doprowadzić go do szału.
- Zawsze. - Odpowiedziałem, zerkając jeszcze w jego stronę, kiedy ponownie poruszył skrzydłami. „Zawsze” nie było może idealnie precyzyjnym określeniem, ale wystarczająco dobrze oddawało sytuację. - Ten konkletny osobnik ma balso plostą filozofię działania - „dostalszyś pszesyłkę albo umsześ plóbująs”. - Nie dodałem, że stosunkowo szybko zacząłem podejrzewać, iż jego największą zaletą było to, że nigdy nie gubił przesyłek, a wszystkie pozostałe cechy charakteru pozostawały natomiast kwestią mocno dyskusyjną. Jego pani również była zajebiście skuteczna, za to niekoniecznie chciało się z nią bardzo blisko obcować na co dzień, co prawdopodobnie było całkowicie odwzajemnionym odczuciem w stosunku do drugiej strony naszego układu, z tym, że ja raczej nie zwykłem wybijać ludziom szyb przy pomocy mojego ptaka.
Tak czy inaczej, Floret miał w sobie więcej determinacji niż połowa ludzi, dla których pracowałem, i chociaż o tej porze trudno mi zdobyć się na szczególny podziw dla jego etyki pracy, nie mogłem odmówić mu uporu, dlatego właśnie nie miałem ochoty sprawdzać, ile jeszcze czasu wytrzymałby pod naszym oknem, nakurwiając w szybkę - najwyraźniej nie uważał przy tym całego zamieszania za szczególnie istotne, bo oddał mi kopertę i teraz najwyraźniej zamierzał czekać na odpowiedź zwrotną - wykonał swoją pracę, więc w swoim mniemaniu mógł przez pięć minut siedzieć stosunkowo spokojnie, podczas gdy ja musiałem mierzyć się z konsekwencjami. Była w tym pewna niesprawiedliwość, ale trudno było dyskutować ze zwierzęciem, szczególnie takim, które miało wystarczająco ostry dziób i dostatecznie twarde szpony, żeby zakończyć rozmowę w sposób niekorzystny dla jednej ze stron.
- Wiedziałem, sze mogę na ciebie liczyś. - Powiedziałem, przesuwając wzrokiem od jastrzębia do Prue - nie miałem pojęcia, czy ptactwo tego typu rzeczywiście nadawało się na rosół, ale nie widziałem powodu, żeby pozwolić faktom przeszkadzać nam w snuciu planów kulinarnych - uśmiechnąłem się pod nosem, ale kiedy spojrzałem na nią ponownie, ten uśmiech trochę zgasł.
Trudno było mi mieć jej za złe tę reakcję, bo podczas gdy ja przez większość dorosłego życia przyjmowałem takie rzeczy jako element zawodu, dla niej były częścią nowej rzeczywistości, do której została wrzucona właściwie bez okresu przejściowego, nasze małżeństwo zaczęło się gwałtownie i najwyraźniej równie gwałtownie postanowiło dostarczyć jej wszystkich możliwych doświadczeń, które zwykle rozkładały się ludziom na kilka lat - sam nie byłbym zachwycony, gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie i to ona dostała wezwanie w środku nocy, a ja miałbym zostać w łóżku, nasłuchując każdego dźwięku dochodzącego zza okna - człowiek mógł przywyknąć do niebezpiecznej pracy, mógł nauczyć się rozpoznawać zagrożenie po jednym spojrzeniu, mógł nawet uznać wychodzenie z domu o absurdalnych porach za element codzienności, ale nie oznaczało to, że osoba czekająca na jego powrót miała obowiązek równie spokojnie podchodzić do całej sprawy.
Słysząc jej uwagę o tym, że mogłaby zamknąć oczy, ale i tak czułbym na sobie ciężar jej wzroku, mimowolnie nieznacznie uniosłem kąciki ust, chociaż był to raczej ten specyficzny półuśmiech, który bardziej zdradzał pogodzenie się z losem niż rozbawienie - wiedziałem przecież, że nie robiła tego specjalnie, a już na pewno nie próbowała mnie w ten sposób zatrzymać przed czymś na siłę, wystarczyło jednak, że ponownie zacząłem rozumieć ją trochę lepiej niż kilkanaście lat temu, żeby wiedzieć, co oznaczało takie spojrzenie i ta cała ostrożna próba ukrycia, że wcale nie martwiła się tym, co mogło wydarzyć się później. Byłem świadomy, dlaczego tak na mnie patrzyła, dostrzegałem to po sposobie, w jaki obserwowała każdy mój ruch, po tym, że nie wróciła do wygodniejszej pozycji i po tym, jak mocno owinęła się kołdrą, jakby chciała zatrzymać przy sobie chociaż odrobinę tego ciepła, które za chwilę mogło przestać być wystarczające. Znałem to spojrzenie od czasów, kiedy byliśmy dzieciakami i podczas naszych durnych eksperymentów badawczych próbowałem przekonać ją, że pomysł był doskonały, chociaż zwykle brakowało mi jeszcze jakichś trzech istotnych elementów, takich jak plan, zabezpieczenie albo zdrowy rozsądek. Później dokładnie tym samym spojrzeniem potrafiła doprowadzić mnie do szału, szczególnie wtedy, kiedy oboje byliśmy już wystarczająco dorośli, żeby wiedzieć, że celowe wkurzanie siebie nawzajem było idiotyczne, a mimo to robiliśmy to z godną podziwu konsekwencją, bo byliśmy wtedy zbyt dumni, żeby przyznać, że w gruncie rzeczy doskonale się rozumieliśmy. Z perspektywy czasu wspomnienie tamtego okresu było pod pewnymi względami wyjątkowo absurdalne - gdybym wtedy wiedział, ile rzeczy później będzie musiało zmieścić się między tamtymi czasami a nocą, w której siedziałem z nią na własnym łóżku i próbowałem przekonać ją, że nie zamierzałem jutro zrobić czegoś nierozsądnego, prawdopodobnie roześmiałbym się własnemu odbiciu prosto w twarz, gdyż uznałbym to za wyjątkowo kiepski żart losu. Wiedziałem o tym teraz. I, przy wszystkich swoich wadach, musiałem przyznać, że zdecydowanie bardziej lubiłem momenty, w których śledziła mnie wzrokiem innym, niż wtedy, kiedy świdrowała mnie nim, żeby sprawdzić, co dokładnie chodziło mi po głowie.
- To akulat wiem. - Odmruknąłem, przesuwając dłonią po papierowej kopercie, którą nadal trzymałem w palcach, zanim zdążyłem pomyśleć, czy powinienem był się do tego przyznawać, bo pamiętałem zbyt wiele sytuacji, w których Prue próbowała zachowywać pozory dyskrecji, a ja nadal doskonale zauważałem, jakie miała intencje - i niewątpliwie vice versa - to chyba była jedna z tych rzeczy, których nie dało się oduczyć ani całkowicie się od nich odciąć, gdy już raz się do kogoś zbliżyło i poznało się jego nawyki. - Masz balso chalaktelystyszny sposób patszenia na mnie, kiedy plóbujesz udawaś, sze wcale mnie nie pilnujesz, wiesz? - Nie musiała odpowiadać. Uśmiechnąłem się przy tym krótko, chociaż nie było we mnie zbyt wiele rozbawienia, bo świadomość otrzymania nagłego listu zdążyła już odebrać mi większość dobrego nastroju. - Pszy czym muszę pszyznaś, sze zdecydowanie wolę, kiedy losbielasz mnie wzlokiem, zamiast plóbowaś pszewielciś mi nim czaszkę na wylot. - Powiedziałem to bez mrugnięcia okiem, bo nie widziałem żadnego powodu, żeby sytuacja wymagała ode mnie nagłego porzucenia wieloletnich przyzwyczajeń do mówienia, co mi ślina na język przyniosła. Nie zamierzałem też udawać, że nie rozumiałem, dlaczego zachowywała się właśnie w ten sposób - wiedziałem, co oznaczała jej niechęć do tego, żebym wychodził, wiedziałem, że gdybym teraz powiedział, że muszę ruszać natychmiast, nie próbowałaby mnie zatrzymywać, ale prawdopodobnie przez całą noc nie zmrużyłaby oka - to akurat znałem aż za dobrze.
Przesunąłem dłonią po jej nodze przykrytej kołdrą, kiedy ponownie usiadłem na brzegu łóżka, naprawdę nie zamierzałem jeszcze nigdzie wychodzić - najpierw trzeba było wiedzieć, co właściwie się wydarzyło, bo nie każda wiadomość oznaczała, że zamierzałem natychmiast wciągać spodnie i biec w noc, chociaż musiałem przyznać, że kilka osób bardzo chciałoby, żebym pracował właśnie w ten sposób, bo w ich mniemaniu powinienem najwyraźniej być dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a najlepiej jeszcze odpowiadać przed wysłaniem wiadomości, zanim nadawca zdąży ją napisać. Kiedy zaczęła czytać, przez chwilę nic nie mówiłem, tylko siedziałem obok niej, ponieważ treść listu z pewnością była wystarczająco przytłaczająca bez konieczności dodawania do niej własnych komentarzy, szczególnie że dotyczyła zarówno widm, jak i tego, co mogło się wydarzyć podczas najbliższego sabatu ze strony ludzi planujących jakąś akcję. Sam już od pierwszej linijki wiedziałem, że nie była to sprawa, którą mogłem odłożyć na później, nawet jeśli bardzo chętnie wmówiłbym sobie coś przeciwnego, chociażby to, iż byłem w stanie jakkolwiek zdecydować, ile z tego mogłem zostawić za drzwiami własnego domu. Teoretycznie miałem nawet coś, co mogło pomóc, problem polegał na tym, że Knieja nie była zwykłym miejscem, a to, co się w niej znajdowało, zdecydowanie nie należało do kategorii problemów, które można było rozwiązać kilkoma zaklęciami ochronnymi i rozsądnym zaklęciem wiążącym. Nie było to remedium na wszystkie potencjalne niebezpieczeństwa, nie miałem zamiaru udawać, że posiadałem cudowną receptę na wszystko, co mogło tam mieszać, ale miałem wiedzę, przygotowanie i kilka rzeczy, nad którymi pracowałem już wcześniej, bo przecież z kilkoma osobami zajmowaliśmy się tym tematem właściwie jeszcze przed Spaloną Nocą - ja sam niemal od samego początku po przybyciu do kraju - to ostatnie wspomnienie wywołało u mnie mimowolny grymas, ale cóż… Nigdy nie miało być łatwo ani przyjemnie.
Wiedziałem już, dokąd zmierzała ta rozmowa, zanim jeszcze Pruey skończyła przesuwać wzrokiem po ostatnich linijkach, prawdę mówiąc, od chwili, kiedy przeczytałem list, wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał jej powiedzieć, iż nasze plany na Samhain właśnie poszły się jebać… Przez chwilę patrzyłem na nią jednak bez słowa, dopiero potem zerknąłem na pergamin leżący na kołdrze i odchrząknąłem sucho - nie musiała mnie pytać, czy pójdę, bo odpowiedź właściwie znajdowała się już w sposobie, w jaki patrzyłem na list, zanim jeszcze podałem jej papier - gdyby chodziło wyłącznie o cudze niezadowolenie z decyzji administracyjnej, mógłbym wzruszyć ramionami i wrócić pod kołdrę, ale skoro ktoś taki jak Sebastian Macmillan zwrócił się do mojej wspólniczki w sprawie możliwego zagrożenia związanego z ludźmi odwiedzającymi Dolinę w noc, gdy granica między światem żywych i umarłych była szczególnie cienka, ignorowanie tego byłoby zwyczajnie głupie. Knieja była zamknięta, Ministerstwo miało swoje powody, ktoś miał swoje pretensje, a teraz najwyraźniej problem eskalował do poziomu, którego nie dało się rozwiązać samym wystosowaniem kolejnego pisma.
- Nie podoba ci się, bo słusznie zakładasz, sze to nie jest spacel po lesie. Uwiesz mi, wolałbym to olaś, ale nie mogę. - Odpowiedziałem niemal od razu, tym razem bez uśmiechu. - Pójdę. Nie będę udawał, sze wiem dokładnie, s czym lub s kim będę miał do czynienia, dopóki tego nie zobaczę, ale… Muszę. - Tak już miałem, po prostu chciałem dostrzec niektóre rzeczy na własne oczy, być czynnym uczestnikiem wydarzeń, nie kimś biernym, kto później miał żałować, że nie stawił się na czas, zanim było za późno, by spróbować zaradzić tragedii. Nie próbowałem jej okłamywać ani udawać, że zastanawiałem się nad czymś, nad czym w rzeczywistości nie miałem się zastanawiać, właściwie dziwiło mnie, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo sprawa zaczęła się bardzo szybko po moim przyjeździe do kraju, jeszcze zanim zdążyłem na dobre poukładać własne rzeczy. Zostałem w to wciągnięty nie tej nocy, a już zaledwie kilka dni po naszym pierwszym spotkaniu, na którego samo wspomnienie mimowolnie skrzywiłem usta w coś, co trudno było jednak nazwać pełnoprawnym uśmiechem. Z perspektywy czasu nasza pierwsza interakcja z Prue również była naprawdę interesująca, chociaż - w przeciwieństwie do tamtej - chyba dopiero później doceniłem, jak bardzo, kolejna zresztą również niewiele jej ustępowała… no, jeśli „interesująca” było odpowiednim słowem na sytuację, którą wtedy określiłbym raczej jako „tragicznie niefortunna”, ale przecież od początku mieliśmy wyjątkowy talent do znajdowania się w sytuacjach, w których rozsądni ludzie poszliby w przeciwną stronę.
Westchnąłem, słysząc jej kolejne słowa, bo akurat tego rodzaju prośby były najgorsze, i to nawet nie dlatego, że były trudne do spełnienia, tylko dlatego, że w głębi duszy bardzo dobrze wiedziało się, iż druga osoba miała powód, żeby je wypowiadać. Nie trzeba było być szczególnie bystrym, żeby przewidzieć, że coś w końcu pójdzie źle, pytanie brzmiało tylko, kiedy i jak źle.
- Zawsze na siebie uwaszam. - Odpowiedziałem, nie chcąc zostawiać zbyt długiej przerwy między kolejnymi słowami, aby zdążyła wcisnąć tam jakieś „ale”. - Mose nie zawsze w sposób, któly pszypadłby ci do gustu, ale uwaszam. Telas tesz będę. - Nie powiedziałem tego z entuzjazmem, nie miałem powodu, nie było w tym nic szczególnie przyjemnego, a już na pewno nic, co ktokolwiek chciałby sobie dopisywać do planów na dzień, który miał wyglądać zupełnie inaczej. Od początku wiedziałem jednak, że prędzej czy później wydarzy się coś, co będzie wyglądało znacznie gorzej niż zwykłe zlecenie przychodzące w środku nocy, bo stwory w Kniei nie były problemem, który można było zamknąć kilkoma dekretami i uznać za rozwiązany - samo odcięcie terenu nie sprawiało, że to, co znajdowało się w środku, znikało, przeciwnie, przy odpowiednich warunkach mogło stworzyć sytuację, w której coś albo ktoś zacznie szukać wyjścia lub wejścia, a wtedy problem przestanie dotyczyć wyłącznie ludzi, którzy podjęli takie a nie inne decyzje.
- Nadlobimy nasz sabat, gdy wlósę? - Krzywy uśmiech pojawił się ponownie, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił, kiedy spojrzałem na pergamin leżący na kołdrze. Atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka i nie musiałem się długo zastanawiać, dlaczego, bo przecież przerabiałem już coś podobnego - nie jeden do jednego, nie w tych samych okolicznościach, nie z tymi samymi ludźmi, ale wystarczająco podobnie, żeby moje ciało przypomniało sobie o tym wcześniej niż głowa - ramiona mimowolnie trochę mi się spięły, przez moment wpatrywałem się w list, zanim znów spojrzałem na Prudence. Wiedziałem, że nie muszę się przed nią tłumaczyć. Wiedziałem również, że nie ma sensu udawać, że nic się nie dzieje.
- Odpiszę i wlacam do lószka… - Wolałem nie sprawdzać, jak daleko sięgała determinacja Floreta, szczególnie że właśnie zamknąłem za nim okno i chciałem zachować je w jednym kawałku.
Przez lata nauczyłem się, że ludzie potrafili wykazywać zadziwiającą determinację, kiedy chodziło o przekazanie komuś problemu, a ptaki wybierane na posłańców złych wieści zazwyczaj bardzo skutecznie się od nich uczyły. Nie byłem nawet w stanie określić, ile różnych sposobów komunikacji potrafiło pojawić się w życiu kogoś, kto zawodowo zajmował się rozwiązywaniem cudzych bolączek, kiedy przez lata budował sobie sieć znajomości obejmującą ludzi, którzy zdecydowanie nie mieli zwyczaju wysyłać zwykłych sów z grzecznym „dzień dobry”, „miłego dzionka” i „smacznej kawusi”. Ten tutaj konkretny delikwent łypał na mnie z takim przekonaniem, jakby to właśnie on miał pełne prawo być niezadowolony z mojego tempa działania, więc odpowiedziałem mu spojrzeniem, które powinno było jasno przekazać, że na tym etapie znajomości nie zamierzałem przejmować się jego opinią, po czym automatycznie pokiwałem głową, kiedy Prudence zapytała mnie, czy ten konkretny ptak zawsze zachowywał się w ten sposób, bo właściwie nie musiałem się nad tym zastanawiać. Znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jego determinacja nie była przypadkowym wybrykiem, ani tym bardziej czymś, co należało przypisywać zwyczajnemu ptasiemu temperamentowi - ten jastrząb miał własne pojęcie o terminach, obowiązkach i skutecznym dostarczaniu korespondencji, przy czym wszystkie trzy najwyraźniej sprowadzały się do jednej zasady - wiadomość miała dotrzeć do adresata, nawet jeśli po drodze trzeba było doprowadzić go do szału.
- Zawsze. - Odpowiedziałem, zerkając jeszcze w jego stronę, kiedy ponownie poruszył skrzydłami. „Zawsze” nie było może idealnie precyzyjnym określeniem, ale wystarczająco dobrze oddawało sytuację. - Ten konkletny osobnik ma balso plostą filozofię działania - „dostalszyś pszesyłkę albo umsześ plóbująs”. - Nie dodałem, że stosunkowo szybko zacząłem podejrzewać, iż jego największą zaletą było to, że nigdy nie gubił przesyłek, a wszystkie pozostałe cechy charakteru pozostawały natomiast kwestią mocno dyskusyjną. Jego pani również była zajebiście skuteczna, za to niekoniecznie chciało się z nią bardzo blisko obcować na co dzień, co prawdopodobnie było całkowicie odwzajemnionym odczuciem w stosunku do drugiej strony naszego układu, z tym, że ja raczej nie zwykłem wybijać ludziom szyb przy pomocy mojego ptaka.
Tak czy inaczej, Floret miał w sobie więcej determinacji niż połowa ludzi, dla których pracowałem, i chociaż o tej porze trudno mi zdobyć się na szczególny podziw dla jego etyki pracy, nie mogłem odmówić mu uporu, dlatego właśnie nie miałem ochoty sprawdzać, ile jeszcze czasu wytrzymałby pod naszym oknem, nakurwiając w szybkę - najwyraźniej nie uważał przy tym całego zamieszania za szczególnie istotne, bo oddał mi kopertę i teraz najwyraźniej zamierzał czekać na odpowiedź zwrotną - wykonał swoją pracę, więc w swoim mniemaniu mógł przez pięć minut siedzieć stosunkowo spokojnie, podczas gdy ja musiałem mierzyć się z konsekwencjami. Była w tym pewna niesprawiedliwość, ale trudno było dyskutować ze zwierzęciem, szczególnie takim, które miało wystarczająco ostry dziób i dostatecznie twarde szpony, żeby zakończyć rozmowę w sposób niekorzystny dla jednej ze stron.
- Wiedziałem, sze mogę na ciebie liczyś. - Powiedziałem, przesuwając wzrokiem od jastrzębia do Prue - nie miałem pojęcia, czy ptactwo tego typu rzeczywiście nadawało się na rosół, ale nie widziałem powodu, żeby pozwolić faktom przeszkadzać nam w snuciu planów kulinarnych - uśmiechnąłem się pod nosem, ale kiedy spojrzałem na nią ponownie, ten uśmiech trochę zgasł.
Trudno było mi mieć jej za złe tę reakcję, bo podczas gdy ja przez większość dorosłego życia przyjmowałem takie rzeczy jako element zawodu, dla niej były częścią nowej rzeczywistości, do której została wrzucona właściwie bez okresu przejściowego, nasze małżeństwo zaczęło się gwałtownie i najwyraźniej równie gwałtownie postanowiło dostarczyć jej wszystkich możliwych doświadczeń, które zwykle rozkładały się ludziom na kilka lat - sam nie byłbym zachwycony, gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie i to ona dostała wezwanie w środku nocy, a ja miałbym zostać w łóżku, nasłuchując każdego dźwięku dochodzącego zza okna - człowiek mógł przywyknąć do niebezpiecznej pracy, mógł nauczyć się rozpoznawać zagrożenie po jednym spojrzeniu, mógł nawet uznać wychodzenie z domu o absurdalnych porach za element codzienności, ale nie oznaczało to, że osoba czekająca na jego powrót miała obowiązek równie spokojnie podchodzić do całej sprawy.
Słysząc jej uwagę o tym, że mogłaby zamknąć oczy, ale i tak czułbym na sobie ciężar jej wzroku, mimowolnie nieznacznie uniosłem kąciki ust, chociaż był to raczej ten specyficzny półuśmiech, który bardziej zdradzał pogodzenie się z losem niż rozbawienie - wiedziałem przecież, że nie robiła tego specjalnie, a już na pewno nie próbowała mnie w ten sposób zatrzymać przed czymś na siłę, wystarczyło jednak, że ponownie zacząłem rozumieć ją trochę lepiej niż kilkanaście lat temu, żeby wiedzieć, co oznaczało takie spojrzenie i ta cała ostrożna próba ukrycia, że wcale nie martwiła się tym, co mogło wydarzyć się później. Byłem świadomy, dlaczego tak na mnie patrzyła, dostrzegałem to po sposobie, w jaki obserwowała każdy mój ruch, po tym, że nie wróciła do wygodniejszej pozycji i po tym, jak mocno owinęła się kołdrą, jakby chciała zatrzymać przy sobie chociaż odrobinę tego ciepła, które za chwilę mogło przestać być wystarczające. Znałem to spojrzenie od czasów, kiedy byliśmy dzieciakami i podczas naszych durnych eksperymentów badawczych próbowałem przekonać ją, że pomysł był doskonały, chociaż zwykle brakowało mi jeszcze jakichś trzech istotnych elementów, takich jak plan, zabezpieczenie albo zdrowy rozsądek. Później dokładnie tym samym spojrzeniem potrafiła doprowadzić mnie do szału, szczególnie wtedy, kiedy oboje byliśmy już wystarczająco dorośli, żeby wiedzieć, że celowe wkurzanie siebie nawzajem było idiotyczne, a mimo to robiliśmy to z godną podziwu konsekwencją, bo byliśmy wtedy zbyt dumni, żeby przyznać, że w gruncie rzeczy doskonale się rozumieliśmy. Z perspektywy czasu wspomnienie tamtego okresu było pod pewnymi względami wyjątkowo absurdalne - gdybym wtedy wiedział, ile rzeczy później będzie musiało zmieścić się między tamtymi czasami a nocą, w której siedziałem z nią na własnym łóżku i próbowałem przekonać ją, że nie zamierzałem jutro zrobić czegoś nierozsądnego, prawdopodobnie roześmiałbym się własnemu odbiciu prosto w twarz, gdyż uznałbym to za wyjątkowo kiepski żart losu. Wiedziałem o tym teraz. I, przy wszystkich swoich wadach, musiałem przyznać, że zdecydowanie bardziej lubiłem momenty, w których śledziła mnie wzrokiem innym, niż wtedy, kiedy świdrowała mnie nim, żeby sprawdzić, co dokładnie chodziło mi po głowie.
- To akulat wiem. - Odmruknąłem, przesuwając dłonią po papierowej kopercie, którą nadal trzymałem w palcach, zanim zdążyłem pomyśleć, czy powinienem był się do tego przyznawać, bo pamiętałem zbyt wiele sytuacji, w których Prue próbowała zachowywać pozory dyskrecji, a ja nadal doskonale zauważałem, jakie miała intencje - i niewątpliwie vice versa - to chyba była jedna z tych rzeczy, których nie dało się oduczyć ani całkowicie się od nich odciąć, gdy już raz się do kogoś zbliżyło i poznało się jego nawyki. - Masz balso chalaktelystyszny sposób patszenia na mnie, kiedy plóbujesz udawaś, sze wcale mnie nie pilnujesz, wiesz? - Nie musiała odpowiadać. Uśmiechnąłem się przy tym krótko, chociaż nie było we mnie zbyt wiele rozbawienia, bo świadomość otrzymania nagłego listu zdążyła już odebrać mi większość dobrego nastroju. - Pszy czym muszę pszyznaś, sze zdecydowanie wolę, kiedy losbielasz mnie wzlokiem, zamiast plóbowaś pszewielciś mi nim czaszkę na wylot. - Powiedziałem to bez mrugnięcia okiem, bo nie widziałem żadnego powodu, żeby sytuacja wymagała ode mnie nagłego porzucenia wieloletnich przyzwyczajeń do mówienia, co mi ślina na język przyniosła. Nie zamierzałem też udawać, że nie rozumiałem, dlaczego zachowywała się właśnie w ten sposób - wiedziałem, co oznaczała jej niechęć do tego, żebym wychodził, wiedziałem, że gdybym teraz powiedział, że muszę ruszać natychmiast, nie próbowałaby mnie zatrzymywać, ale prawdopodobnie przez całą noc nie zmrużyłaby oka - to akurat znałem aż za dobrze.
Przesunąłem dłonią po jej nodze przykrytej kołdrą, kiedy ponownie usiadłem na brzegu łóżka, naprawdę nie zamierzałem jeszcze nigdzie wychodzić - najpierw trzeba było wiedzieć, co właściwie się wydarzyło, bo nie każda wiadomość oznaczała, że zamierzałem natychmiast wciągać spodnie i biec w noc, chociaż musiałem przyznać, że kilka osób bardzo chciałoby, żebym pracował właśnie w ten sposób, bo w ich mniemaniu powinienem najwyraźniej być dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a najlepiej jeszcze odpowiadać przed wysłaniem wiadomości, zanim nadawca zdąży ją napisać. Kiedy zaczęła czytać, przez chwilę nic nie mówiłem, tylko siedziałem obok niej, ponieważ treść listu z pewnością była wystarczająco przytłaczająca bez konieczności dodawania do niej własnych komentarzy, szczególnie że dotyczyła zarówno widm, jak i tego, co mogło się wydarzyć podczas najbliższego sabatu ze strony ludzi planujących jakąś akcję. Sam już od pierwszej linijki wiedziałem, że nie była to sprawa, którą mogłem odłożyć na później, nawet jeśli bardzo chętnie wmówiłbym sobie coś przeciwnego, chociażby to, iż byłem w stanie jakkolwiek zdecydować, ile z tego mogłem zostawić za drzwiami własnego domu. Teoretycznie miałem nawet coś, co mogło pomóc, problem polegał na tym, że Knieja nie była zwykłym miejscem, a to, co się w niej znajdowało, zdecydowanie nie należało do kategorii problemów, które można było rozwiązać kilkoma zaklęciami ochronnymi i rozsądnym zaklęciem wiążącym. Nie było to remedium na wszystkie potencjalne niebezpieczeństwa, nie miałem zamiaru udawać, że posiadałem cudowną receptę na wszystko, co mogło tam mieszać, ale miałem wiedzę, przygotowanie i kilka rzeczy, nad którymi pracowałem już wcześniej, bo przecież z kilkoma osobami zajmowaliśmy się tym tematem właściwie jeszcze przed Spaloną Nocą - ja sam niemal od samego początku po przybyciu do kraju - to ostatnie wspomnienie wywołało u mnie mimowolny grymas, ale cóż… Nigdy nie miało być łatwo ani przyjemnie.
Wiedziałem już, dokąd zmierzała ta rozmowa, zanim jeszcze Pruey skończyła przesuwać wzrokiem po ostatnich linijkach, prawdę mówiąc, od chwili, kiedy przeczytałem list, wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał jej powiedzieć, iż nasze plany na Samhain właśnie poszły się jebać… Przez chwilę patrzyłem na nią jednak bez słowa, dopiero potem zerknąłem na pergamin leżący na kołdrze i odchrząknąłem sucho - nie musiała mnie pytać, czy pójdę, bo odpowiedź właściwie znajdowała się już w sposobie, w jaki patrzyłem na list, zanim jeszcze podałem jej papier - gdyby chodziło wyłącznie o cudze niezadowolenie z decyzji administracyjnej, mógłbym wzruszyć ramionami i wrócić pod kołdrę, ale skoro ktoś taki jak Sebastian Macmillan zwrócił się do mojej wspólniczki w sprawie możliwego zagrożenia związanego z ludźmi odwiedzającymi Dolinę w noc, gdy granica między światem żywych i umarłych była szczególnie cienka, ignorowanie tego byłoby zwyczajnie głupie. Knieja była zamknięta, Ministerstwo miało swoje powody, ktoś miał swoje pretensje, a teraz najwyraźniej problem eskalował do poziomu, którego nie dało się rozwiązać samym wystosowaniem kolejnego pisma.
- Nie podoba ci się, bo słusznie zakładasz, sze to nie jest spacel po lesie. Uwiesz mi, wolałbym to olaś, ale nie mogę. - Odpowiedziałem niemal od razu, tym razem bez uśmiechu. - Pójdę. Nie będę udawał, sze wiem dokładnie, s czym lub s kim będę miał do czynienia, dopóki tego nie zobaczę, ale… Muszę. - Tak już miałem, po prostu chciałem dostrzec niektóre rzeczy na własne oczy, być czynnym uczestnikiem wydarzeń, nie kimś biernym, kto później miał żałować, że nie stawił się na czas, zanim było za późno, by spróbować zaradzić tragedii. Nie próbowałem jej okłamywać ani udawać, że zastanawiałem się nad czymś, nad czym w rzeczywistości nie miałem się zastanawiać, właściwie dziwiło mnie, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo sprawa zaczęła się bardzo szybko po moim przyjeździe do kraju, jeszcze zanim zdążyłem na dobre poukładać własne rzeczy. Zostałem w to wciągnięty nie tej nocy, a już zaledwie kilka dni po naszym pierwszym spotkaniu, na którego samo wspomnienie mimowolnie skrzywiłem usta w coś, co trudno było jednak nazwać pełnoprawnym uśmiechem. Z perspektywy czasu nasza pierwsza interakcja z Prue również była naprawdę interesująca, chociaż - w przeciwieństwie do tamtej - chyba dopiero później doceniłem, jak bardzo, kolejna zresztą również niewiele jej ustępowała… no, jeśli „interesująca” było odpowiednim słowem na sytuację, którą wtedy określiłbym raczej jako „tragicznie niefortunna”, ale przecież od początku mieliśmy wyjątkowy talent do znajdowania się w sytuacjach, w których rozsądni ludzie poszliby w przeciwną stronę.
Westchnąłem, słysząc jej kolejne słowa, bo akurat tego rodzaju prośby były najgorsze, i to nawet nie dlatego, że były trudne do spełnienia, tylko dlatego, że w głębi duszy bardzo dobrze wiedziało się, iż druga osoba miała powód, żeby je wypowiadać. Nie trzeba było być szczególnie bystrym, żeby przewidzieć, że coś w końcu pójdzie źle, pytanie brzmiało tylko, kiedy i jak źle.
- Zawsze na siebie uwaszam. - Odpowiedziałem, nie chcąc zostawiać zbyt długiej przerwy między kolejnymi słowami, aby zdążyła wcisnąć tam jakieś „ale”. - Mose nie zawsze w sposób, któly pszypadłby ci do gustu, ale uwaszam. Telas tesz będę. - Nie powiedziałem tego z entuzjazmem, nie miałem powodu, nie było w tym nic szczególnie przyjemnego, a już na pewno nic, co ktokolwiek chciałby sobie dopisywać do planów na dzień, który miał wyglądać zupełnie inaczej. Od początku wiedziałem jednak, że prędzej czy później wydarzy się coś, co będzie wyglądało znacznie gorzej niż zwykłe zlecenie przychodzące w środku nocy, bo stwory w Kniei nie były problemem, który można było zamknąć kilkoma dekretami i uznać za rozwiązany - samo odcięcie terenu nie sprawiało, że to, co znajdowało się w środku, znikało, przeciwnie, przy odpowiednich warunkach mogło stworzyć sytuację, w której coś albo ktoś zacznie szukać wyjścia lub wejścia, a wtedy problem przestanie dotyczyć wyłącznie ludzi, którzy podjęli takie a nie inne decyzje.
- Nadlobimy nasz sabat, gdy wlósę? - Krzywy uśmiech pojawił się ponownie, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił, kiedy spojrzałem na pergamin leżący na kołdrze. Atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka i nie musiałem się długo zastanawiać, dlaczego, bo przecież przerabiałem już coś podobnego - nie jeden do jednego, nie w tych samych okolicznościach, nie z tymi samymi ludźmi, ale wystarczająco podobnie, żeby moje ciało przypomniało sobie o tym wcześniej niż głowa - ramiona mimowolnie trochę mi się spięły, przez moment wpatrywałem się w list, zanim znów spojrzałem na Prudence. Wiedziałem, że nie muszę się przed nią tłumaczyć. Wiedziałem również, że nie ma sensu udawać, że nic się nie dzieje.
- Odpiszę i wlacam do lószka… - Wolałem nie sprawdzać, jak daleko sięgała determinacja Floreta, szczególnie że właśnie zamknąłem za nim okno i chciałem zachować je w jednym kawałku.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)