• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru

[30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
27.09.2026, 19:38  ✶  
Przez chwilę po prostu patrzyłem na nią bez słowa, powstrzymując mimowolne skrzywienie, bo odpowiedź „nie mówiłeś mi o tym” była właściwie dokładnie tym, czego się spodziewałem, lecz mimo wszystko usłyszenie jej na głos miało w sobie coś nieprzyjemnie ostatecznego. Znałem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że kiedy mówiła o przyjęciu czegoś do wiadomości, wcale nie oznaczało to, że przestało jej się to nie podobać, a już tym bardziej, że przestała wyrażać całkowicie uzasadnione obawy, więc nie zamierzałem wciskać jej żadnego głupstwa pokroju „nie wspominałem ci o tym, bo nie masz się czym martwić” - miałem dość rozsądku, żeby nie obrażać zarówno jej zdrowego osądu, jak i mojej własnej inteligencji - nie chciałem uspokajać Prue za wszelką cenę, ponieważ wiedziałem, że takie zapewnienia nie przyniosłyby jej ulgi, tylko sprawiłyby, że zaczęłaby zastanawiać się, co próbowałem przed nią ukryć, poza tym sam nie miałem ochoty wypowiadać słów, których później musiałbym się wstydzić, gdyby rzeczywistość postanowiła zrobić sobie ze mnie wyjątkowo kiepski żart, jak to przecież bardzo często miewała w zwyczaju.
- Nie, nie mówiłem… - Przyznałem, nawet jeśli nie musiałem tego teraz robić, bo była to oczywista oczywistość, nie miała skąd wiedzieć, skoro jej nie powiedziałem - oczywiście - świadomość, że pamiętała praktycznie wszystko, co kiedykolwiek padło między nami, sprawiała, że trudno było mi udawać przed nią, że jakieś istotne przemilczenie mogło przejść niezauważone, nie zamierzałem jednak teraz tłumaczyć się z tego, dlaczego nie wspomniałem o Kniei wcześniej, bo prawda była dość prosta i chyba nawet gorsza od jakiejś wielkiej, skomplikowanej wymówki. Urwałem na moment, szukając słów, które nie zabrzmiałyby jak marna próba wybielenia własnego zachowania - nie miałem nawet dobrego usprawiedliwienia, którego mógłbym się teraz uczepić, bo „nie było okazji” brzmiało głupio, „nie chciałem cię martwić” jeszcze gorzej, a „myślałem, że to nic takiego” byłoby zwyczajnym kłamstwem, skoro zaledwie kilkanaście minut wcześniej przyznałem, że nie podobało mi się to bardziej, niż chciałem przed nią pokazać - przetarłem dłonią kark i zerknąłem na nią z tym nieprzyjemnym poczuciem, że miała pełne prawo patrzeć na mnie w sposób mówiący bardzo wyraźnie, że właśnie odkryła brakujący fragment układanki. Naprawdę była w stanie powtórzyć niemal wszystko, co między nami padało, czasem ku mojemu utrapieniu, szczególnie wtedy, kiedy próbowałem po kilku tygodniach udawać, że jakaś rozmowa nigdy nie miała miejsca, po czym ona bez najmniejszego wysiłku potrafiła przywołać dokładną godzinę, miejsce i mniej więcej nawet kolejność słów, które wtedy wypowiedziałem. Tym razem nie chodziło o to, że zapomniałem jej o czymś powiedzieć, tylko o to, że przez długi czas zwyczajnie nie uważałem, aby istniał powód, żeby wnosić ten temat między nas, szczególnie kiedy było to sprawą odległą, zawodową i cholernie nieprzyjemną, ale jednak oddzieloną od naszego domu, naszego łóżka i całej reszty rzeczy, które zdążyły się wydarzyć pomiędzy jednym a drugim. Wtedy nie uważałem, że musiała o tym wiedzieć, a później nasza relacja zaczęła obrastać kolejnymi niuansami i bardzo łatwo było pozwolić, żeby pozostała w szufladzie z napisem „zajmę się tym później”, tylko jak zwykle „później” okazywało się terminem wyjątkowo nietrafionym…
- No. - Mruknąłem, trochę bardziej gorzko, niż zamierzałem, bo przecież po co byłoby mi zdrowie psychiczne, gdybym mógł spokojnie przejść obok czegoś, co wyglądało podejrzanie interesująco i było związane z samym sednem moich zainteresowań. Znałem się na zabezpieczeniach, klątwach, artefaktach i rzeczach, które miały bardzo wyraźną tendencję do zabijania tych, którzy podchodzili do nich zbyt ochoczo, miałem też doświadczenie z terenami, na których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien urządzać sobie spacerów rekreacyjnych, teoretycznie byłem zatem naprawdę szeroko uzasadnionym kandydatem do podobnej eskapady, co we wrześniu miało jednak trochę inny posmak niż w tej chwili, bo teraz smakowało… Goryczą.
Teraz, kiedy patrzyłem na nią z tej odległości, uznałem, że milczenie zaczynało robić się zwyczajnie głupie, zwłaszcza że jutro mieliśmy się rozdzielić i oboje mieliśmy wystarczająco dużo powodów, żeby nie dokładać sobie kolejnych niewiadomych. Problem polegał na tym, że przez ten czas zdążyło wydarzyć się znacznie więcej, niż zakładałem, kiedy pierwszy raz zobaczyłem niegdysiejszą panią uzdrowiciel z ładnymi oczami, fetyszem kolan i przytulnym mieszkankiem, do którego wszedłem z nastawieniem, że dam się opatrzyć, najwyżej wypiję coś przy stole, porozmawiam, potem pojawiło się Exmoor, więc stwierdziłem, iż może zostanę na chwilę dłużej, a potem każde z nas wróci do własnego życia i… Nie planowałem przecież małżeństwa, nie planowałem nawet szczególnie dalekiej przyszłości, jeśli miałem być uczciwy, bo wtedy przyszłość wyglądała przede wszystkim jak lista rzeczy do zrobienia, kilka niebezpiecznych miejsc, parę spraw do załatwienia i może jakaś możliwość zafundowania sobie jednego właściwie przespanego tygodnia, kiedy nikt nie będzie próbował mnie zabić. Ślub był spontaniczny, małżeństwo również, jeśli brać pod uwagę tempo, w jakim do niego doszło, ale uczucia nie były już żadnym przypadkiem, nawet jeśli początkowo bardzo chętnie udawałem przed samym sobą, że są - nie sądziłem, że będę leżał kiedyś w łóżku z kobietą, której obecność zacznie wpływać na sposób, w jaki oceniałem ryzyko, podejmowałem decyzje i wracałem do domu, a już na pewno nie sądziłem, że pojawi się ktoś, przed kim będę miał opory, żeby przemilczeć sprawę zawodową, ponieważ jej zmartwienie zacznie mnie obchodzić bardziej niż moja wygoda - najwyraźniej nawet ja potrafiłem się czasem srogo pomylić przy osądzie relacji międzyludzkich, co było odkryciem niemal obraźliwym, lecz niestety równie prawdziwym.
- Akulat miałem pecha byś kompetentny. Wyoblaszasz to sobie? - Nie było w tym nawet szczególnie dużo lekkości, był to raczej ten rodzaj suchego, lekko prześmiewczego tonu, który pojawiał się u mnie wtedy, kiedy rzeczywistość zaczynała robić się zbyt poważna. Nie powiedziałem tego z dumą, bo w tej chwili nie czułem w związku z tym nic szczególnie chwalebnego, wiedza zawodowa miała bowiem tę paskudną właściwość, że im więcej się jej zdobywało, tym więcej rzeczy zaczynało się rozpoznawać, przy czym rozpoznawanie problemu wcale nie oznaczało, że można było go łatwo rozwiązać. Czasami oznaczało tylko, że potrafiło się dokładniej nazwać zagrożenie, co w tym wypadku było wyjątkowo trafne.
Następne słowa sprawiły jednak, że przestałem się uśmiechać, tym razem zupełnie, chociaż nie dlatego, że powiedziała coś, z czym się nie zgadzałem, właśnie wręcz przeciwnie, trudno było oczekiwać od niej, żeby przyjęła wiadomość o moim wejściu w miejsce pełne niezbadanych, żądnych energii istot z takim samym spokojem, z jakim przyjmowała informację, że wybierałem się po zakupy. Przez chwilę milczałem, bo wcale nie chciałem zasypywać jej kolejnymi zapewnieniami, że dam sobie radę - jasne - naprawdę sądziłem, iż prawdopodobnie dałbym sobie radę, gdyby coś lub ktoś zmusiły nas do przekroczenia linii lasu, zwykle jakoś mi się udawało, ale „jakoś” nie było szczególnie przekonującą metodą planowania wyprawy do miejsca pełnego nieznanych zagrożeń. Oboje doskonale wiedzieliśmy, że problem polegał na tym, że tym razem moja wiedza nie dawała mi żadnej gwarancji, bo chociaż bardziej skomplikowane symbole runiczne można było rozłożyć można było rozłożyć na prostsze znaki, dało się porównać wzory, sprawdzić ich pochodzenie, przeanalizować sposób działania i znaleźć miejsce, w którym ktoś popełnił błąd albo celowo wprowadził zmianę, z widmami sprawa wyglądała inaczej, szczególnie kiedy nikt jeszcze nie wiedział dokładnie, z czym miał do czynienia, a specyfika Kniei Godryka z jej magicznymi drzewami, kurhanami i całą resztą sama w sobie była wystarczająco dobrym powodem, żeby nie zakładać, że wszystkie zasady, które działały poza nią, nadal będą obowiązywały w środku. Nie istniała książka, którą mógłbym położyć przed nami i powiedzieć, że na stronie sto trzydziestej drugiej znajdziemy rozwiązanie, nie istniała procedura, którą można było odhaczyć przed wyjściem z domu, nie istniał nawet przyzwoity zestaw doświadczeń innych ludzi, z którego mógłbym skorzystać, bo większość informacji na temat tych stworzeń była albo świeża, albo niepełna, albo zatajona, albo tak użyteczna, jak instrukcja leczenia złamanej nogi napisana przez niedoszłego uzdrowiciela, który przez całe życie widział ludzką kość wyłącznie na obrazku podsuniętym mu pod nos podczas pierwszego dnia nieukończonego stażu i stwierdził, że mu to wystarczy.
- Pójdę tam, zlobię swoją lobotę i wlócę. Nie obiecam ci, sze nic się nie wydaszy, bo oboje wiemy, sze nie mam plawa tego obiecywaś. Mogę ci za to pszysiąs, sze nie będę lekkomyślny tylko dlatego, sze pszywykłem do lysyka. - To było znacznie mniej romantyczne niż zapewnienie, że wszystko skończy się dobrze, ale przynajmniej miało tę drobną zaletę, że było prawdą.
Dolina Godryka. Knieja. Widma. Sabotaż. Banda wściekłych idiotów. Potrzeba pomocy. Little Hangleton. Szkolenia. Dzieciaki. Pierwsza pomoc - przez moment po prostu patrzyłem na nią, układając sobie w głowie wszystkie fakty, a potem westchnąłem ciężko, bo chociaż właśnie tego rodzaju informacje były nam teraz najbardziej potrzebne, wcale nie chciałem spędzać tak nadchodzącego sabatu.
- Little Hangleton. - Powtórzyłem, bardziej do siebie niż do niej, po czym pokręciłem głową. - I dzieciaki. - Nie powiedziałem od razu nic więcej, bo wiedziałem, że ten temat był dla nas trochę bardziej skomplikowany, niż mogło się wydawać z zewnątrz. Prudence na pewno była świetna z dzieciakami, miała do nich cierpliwość, potrafiła mówić do nich bez tego irytującego tonu dorosłego, który najwyraźniej uważał, że każde dziecko rodziło się z obowiązkiem znoszenia protekcjonalności, a kiedy trzeba było komuś coś wyjaśnić, umiała znaleźć właściwe słowa. Wyobraziłem ją sobie między grupą młodocianych czarodziejów i czarownic - cierpliwą, skupioną i prawdopodobnie znacznie bardziej naturalną w tej roli, niż kiedykolwiek chciałbym przyznać na głos - Prue miała tę szczególną umiejętność rozmawiania ze słabszymi bez traktowania ich z góry, potrafiła wyłapać, kiedy ktoś udawał odważniejszego, niż był w rzeczywistości, i potrafiła sprawić, że ktoś przestraszony przestawał się wstydzić tego, że się boi, ja natomiast prawdopodobnie po dziesięciu minutach zacząłbym tłumaczyć dzieciakowi, dlaczego nie powinien dotykać rzeczy, które wyraźnie były oznaczone jako niebezpieczne, po czym musiałbym przyznać, że sam w życiu dotknąłem zdecydowanie zbyt wielu takich rzeczy. Patrzyłem na nią czasem w różnych sytuacjach i miałem bardzo wyraźną świadomość, że właśnie dlatego szkolenie podobnej grupy z pierwszej pomocy pasowało do niej niemal boleśnie dobrze. Jednocześnie istniała ta druga strona, o której oboje wiedzieliśmy, ale której nie trzeba było teraz wyciągać na środek łóżka razem z całą resztą niewygodnych tematów.
- Dzieciaki będą miały s ciebie poszytek, a ja poladzę sobie s własnym tyłkiem. Pszynajmniej taki mam plan. - Dodałem w końcu, bo wiedziałem, że gdyby miała możliwość przygotowania mi całej torby zabezpieczeń, antidotów, odpowiednich materiałów i wszystkiego, co uznałaby za przydatne, zrobiłaby to bez najmniejszego zastanowienia, a później jeszcze trzy razy sprawdziłaby zawartość, bo potrafiła być absurdalnie dokładna, kiedy zależało jej na czyimś bezpieczeństwie, ale niektórych rzeczy po prostu nie mogliśmy przeskoczyć.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2063), Prudence Fenwick (1594)




Wiadomości w tym wątku
[30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru - przez Benjy Fenwick - 27.09.2026, 00:34
RE: [30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru - przez Prudence Fenwick - 27.09.2026, 00:45
RE: [30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru - przez Benjy Fenwick - 27.09.2026, 19:38
RE: [30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru - przez Prudence Fenwick - 27.09.2026, 22:19

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa