27.09.2026, 21:13 ✶
Jako mugolak nigdy nie miał szczególnego powodu, aby uważać czarodziejskie obrzędy za coś oczywistego. Były święta, były modlitwy, byli święci, których imiona powtarzało się przy odpowiednich okazjach, choć z biegiem lat coraz trudniej było powiedzieć, czy człowiek modli się jeszcze z wiary, czy już tylko dlatego, że tak czynili jego ojciec i dziad. Magia… przyszła później.
Mugole od wieków robili przecież to samo! Gdy bali się suszy, modlili się o deszcz. Gdy bali się choroby, szukali świętego, ziela albo znachora. Gdy nadchodziła zima, gromadzili się przy ogniu. Z kolei czarodzieje mieli różdżki, zaklęcia oraz całe księgi pełne mądrości, lecz pod tym względem niewiele różnili się od chłopa, który stawiał świecę przed figurą świętego, prawda?
W związku z tym, nigdy nie potrafił pojąć pogardy, z jaką niektórzy czarodzieje spoglądali na mugolskie wierzenia. Co więcej, nie zamierzał pozwolić, aby czyjaś wiara stała się wymówką dla chaosu. Sabat mógł być dla jednych świętem, dla innych tradycją, a dla jeszcze innych okazją do spotkania przy jedzeniu i alkoholu. Dla niego pozostawał przede wszystkim miejscem, w którym kilkuset ludzi znajdzie się jednocześnie na niewielkim obszarze, a to było już wystarczającym powodem, żeby przygotować się na najgorsze.
Moody zachowywał się tak, jakby ktoś go porwał do innego wymiaru na te kilka dni i podmienił mózg. Gdyby nie znał Aarona od lat…
Niestety, prywatne śledztwo musiało poczekać. Julian sięgnął po jedną z kanapek. Jeśli miała go zabić, trudno. Przynajmniej nie umrze głodny. Odgryzł kawałek, zaczął żuć powoli. Anomalie odczytywał podobnie, choć wciąż brakowało mu opcji awaryjnej na wypadek pełnego lockdownu. Połknął kęs i wskazał palcem północny wlot na plac.
— Jeśli chodzi o sektory… Spójrz. Budynki mieszkalne, stare kamienice. Ciasno. Dmucham na zimne, Aaron. Boję się pułapek z góry — zawahał się na moment, przesuwając wzrokiem po zabudowie. — Można by podzielić to na trzy pierścienie. Zewnętrzny patroluje ulice dojazdowe i blokuje możliwość aportacji dla postronnych, jeśli rzeczywiście chcesz tych swoich brygadzistów. Środkowy obstawiamy my — dynamiczna ekipa mobilna, gotowa do skoku w dowolny punkt w obrębie placu. Trzeci pierścień… Stała obserwacja dachów i okien otaczających plac — zrobił krótką pauzę, oblizując kciuk z okruszków. — Proponuję mikro-patrole na miotłach, trzy metry nad tłumem. Niewidoczne. Dwóch czarodziejów na stronę powinno wystarczyć, żeby zamknąć linię strzału z balkonów. Chyba że wolisz postawić na blokadę magiczną budynków od środka.
Mugole od wieków robili przecież to samo! Gdy bali się suszy, modlili się o deszcz. Gdy bali się choroby, szukali świętego, ziela albo znachora. Gdy nadchodziła zima, gromadzili się przy ogniu. Z kolei czarodzieje mieli różdżki, zaklęcia oraz całe księgi pełne mądrości, lecz pod tym względem niewiele różnili się od chłopa, który stawiał świecę przed figurą świętego, prawda?
W związku z tym, nigdy nie potrafił pojąć pogardy, z jaką niektórzy czarodzieje spoglądali na mugolskie wierzenia. Co więcej, nie zamierzał pozwolić, aby czyjaś wiara stała się wymówką dla chaosu. Sabat mógł być dla jednych świętem, dla innych tradycją, a dla jeszcze innych okazją do spotkania przy jedzeniu i alkoholu. Dla niego pozostawał przede wszystkim miejscem, w którym kilkuset ludzi znajdzie się jednocześnie na niewielkim obszarze, a to było już wystarczającym powodem, żeby przygotować się na najgorsze.
Moody zachowywał się tak, jakby ktoś go porwał do innego wymiaru na te kilka dni i podmienił mózg. Gdyby nie znał Aarona od lat…
Niestety, prywatne śledztwo musiało poczekać. Julian sięgnął po jedną z kanapek. Jeśli miała go zabić, trudno. Przynajmniej nie umrze głodny. Odgryzł kawałek, zaczął żuć powoli. Anomalie odczytywał podobnie, choć wciąż brakowało mu opcji awaryjnej na wypadek pełnego lockdownu. Połknął kęs i wskazał palcem północny wlot na plac.
— Jeśli chodzi o sektory… Spójrz. Budynki mieszkalne, stare kamienice. Ciasno. Dmucham na zimne, Aaron. Boję się pułapek z góry — zawahał się na moment, przesuwając wzrokiem po zabudowie. — Można by podzielić to na trzy pierścienie. Zewnętrzny patroluje ulice dojazdowe i blokuje możliwość aportacji dla postronnych, jeśli rzeczywiście chcesz tych swoich brygadzistów. Środkowy obstawiamy my — dynamiczna ekipa mobilna, gotowa do skoku w dowolny punkt w obrębie placu. Trzeci pierścień… Stała obserwacja dachów i okien otaczających plac — zrobił krótką pauzę, oblizując kciuk z okruszków. — Proponuję mikro-patrole na miotłach, trzy metry nad tłumem. Niewidoczne. Dwóch czarodziejów na stronę powinno wystarczyć, żeby zamknąć linię strzału z balkonów. Chyba że wolisz postawić na blokadę magiczną budynków od środka.
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings