27.09.2026, 23:24 ✶
Sprzątanie czekające nas przed Samhain potraktowałem bardziej symbolicznie niż praktycznie, bo przecież nie zamierzałem nagle zmienić się w fascynata klinicznego porządku i tym samym z narastającym zdenerwowaniem doprowadzać całego domu do stanu, w którym można byłoby przeprowadzić w nim kontrolę przy pomocy białej rękawiczki, tym bardziej, że nie planowaliśmy przecież zapraszać do nas żadnych gości - ani żywych, ani tym bardziej tych zza Zasłony - wręcz przeciwnie, aktualnie podejmowane przez nas czynności miały na celu odstraszenie i trzymanie z dala wszystkiego, co tej jednej nocy mogłoby chcieć przedostać się przez wyjątkowo cienką barierę pomiędzy światami.
Zacząłem od otwarcia wszystkich okien, chociaż październikowy chłód od razu wdarł się do środka i przypomniał mi, dlaczego nie było to do końca idealnym pomysłem o tej porze roku, przy aurze panującej na zewnątrz. Nie była to szczególnie przyjemna praca, zwłaszcza że mimo przygotowania, dłonie szybko zaczęły mi marznąć, a mokra szmatka zrobiła się wyjątkowo niewygodna do trzymania, ale przesuwałem ją po szybach cierpliwie - jak na mnie - zbierając kurz, pył, ślady deszczu i wszystko, co przez ostatnie tygodnie zdążyło się na nich osadzić. Otworzyłem kolejne skrzydła, umyłem ich ramy, przetarłem parapety, po czym na powrót zatrzasnąłem wszystkie możliwe lufciki, żeby zimno nie wywiało całego ciepła z domu, zanim jeszcze zdążyliśmy rozpalić rytualny ogień w kominku i zasłonić wszystkie kotary mogące nocą przepuścić światło na zewnątrz.
Potem mogłem przejść dalej - tym razem do luster, których mieliśmy całkiem sporo, zanim zakryliśmy je materiałem, który miała przygotować moja żona - namoczyłem szmatkę, dodałem odrobinę środka czyszczącego i kolistymi ruchami zacząłem przecierać pierwszą taflę, dokładnie czyszcząc również ramę i narożniki, gdzie zdążył osiąść ten sam wszechobecny kurz, co wszędzie indziej, tak typowy dla starych domostw, potem przeszedłem do kolejnego lustra, a następnie następnego, aż wszystkie były czyste i pozbawione smug.
Zacząłem od otwarcia wszystkich okien, chociaż październikowy chłód od razu wdarł się do środka i przypomniał mi, dlaczego nie było to do końca idealnym pomysłem o tej porze roku, przy aurze panującej na zewnątrz. Nie była to szczególnie przyjemna praca, zwłaszcza że mimo przygotowania, dłonie szybko zaczęły mi marznąć, a mokra szmatka zrobiła się wyjątkowo niewygodna do trzymania, ale przesuwałem ją po szybach cierpliwie - jak na mnie - zbierając kurz, pył, ślady deszczu i wszystko, co przez ostatnie tygodnie zdążyło się na nich osadzić. Otworzyłem kolejne skrzydła, umyłem ich ramy, przetarłem parapety, po czym na powrót zatrzasnąłem wszystkie możliwe lufciki, żeby zimno nie wywiało całego ciepła z domu, zanim jeszcze zdążyliśmy rozpalić rytualny ogień w kominku i zasłonić wszystkie kotary mogące nocą przepuścić światło na zewnątrz.
Potem mogłem przejść dalej - tym razem do luster, których mieliśmy całkiem sporo, zanim zakryliśmy je materiałem, który miała przygotować moja żona - namoczyłem szmatkę, dodałem odrobinę środka czyszczącego i kolistymi ruchami zacząłem przecierać pierwszą taflę, dokładnie czyszcząc również ramę i narożniki, gdzie zdążył osiąść ten sam wszechobecny kurz, co wszędzie indziej, tak typowy dla starych domostw, potem przeszedłem do kolejnego lustra, a następnie następnego, aż wszystkie były czyste i pozbawione smug.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)