28.09.2026, 13:59 ✶
Urd nie miała zamiaru się odchylać, pocałunek nie był bliskością, której teraz potrzebowała.
Sama siebie nie określiłaby mianem tchórzliwiej, lubiła ryzyko i lubiła wysoką stawkę. Czego nie lubiła, to myśli, że jej ukochanej siostrze mogłoby cokolwiek grozić. Czego nienawidziła, to bezsilności, wobec tych wszystkich sytuacji, w której jej siostrze coś groziło, a ona nie pomogła jej, nie ochroniła, nie przyjęła ciosu na siebie.
Ten lęk, ta obawa, ta gorzka bezsilność ściągnęła ją na powrót do kraju i przez moment była ukojona na tyle, aby nie uniemożliwiać normalnego funkcjonowania. Opowieść o Dunwich (pod moim nosem!) obudziła ten lament, wrzask, to wiadro lodowatych emocji na nowo.
Przechodziły przez nią dreszczem, przechodziły falami wytracanego ataku paniki, który rozkładał się miarowo w objęciu znajomych ramion, w otoczeniu znajomego zapachu, w otuleniu znajomym głosem. Ceolsige wiedziała co powiedzieć, by to wszystko ukoić, Ceolsige nie przebierała w środkach, by dawać jej gwarancję, w którą chciała wierzyć.
– Być może tak będzie… – mimowolnie uśmiechnęła się na wzmiankę o chedarze, mamrocząc jej w płaszcz i nie chcąc jeszcze się odsuwać.
Nie chcąc odsuwać się nigdy.
Słyszała wołanie morza. Trudno było je zignorować. Jej krew determinowała tęsknotę, która nakazywała jej nocą moczyć się w wannie. Jej krew modulowała magię strunami głosowymi, pozwalając roztaczać wokół siebie wizję światów odległych i nierealnych, podyktowanych li tylko wyobraźni pieśniarki. Jej krew rezonowała z północnym wiatrem, który gnał ją po całym świecie.
Ale tu i teraz, w ramionach Ceolsige, myślała o tym, że nie chce się dać porwać temu wiatrowi i jakby straszna i przeraźliwa nie była latarnia w Dunwich, to właśnie w ten sposób widziała swoją nieco młodszą kuzyneczkę z którą łączyło ją tak wiele.
Ciało… mogło mieć swoje pragnienia, lecz to było złudne i chwilowe. Dusza… mogła dawać się ponieść chwili i tęsknotom. Ale razem, w całej harmonii, ta która zwykle czmyhała niczym melodia wypchnięta z płuc, chciała teraz zostać, osiąść, jak wilgoć na grubych wełnianych płaszczach. Zatonąć jak galeon wypchany skarbami, aby stać się legendą niemożliwą do odnalezienia, ale też… spokojnością. Miejscem ciszy. Wytchnienia.
– Znudził mnie ten spacer. Za dużo ludzi. – Nawet nie udawała, że to jest kłamstwo. Nie trzeba było być mistrzynią dedukcji, żeby się rozeznać w tej sytuacji. Norgersim wierzyła jednak, że jest między nimi obopólne zrozumienie tej sytuacji.
Wycofały się więc z piaszczystej plaży, która przyniosła jej nieprzyjemną wizję, tylko po to by powrócić na tereny dziadka Burke. Potrzebowała chwili by nakierować rozmowę na inne tory, ale złotousta paserka wyszła jej w tej potrzebie na przeciw. Temat lekki był przyjemnym okryciem dla emocjonalnego ciężaru, który pozostawiła za sobą na tamtej plaży, nie obdażając leżącej na piasku dziewczyny nadmierną uwagą. Żadną uwagą… nie chciała o niej myśleć, ani jej wspominać, a jedynym do tego sposobem, było wsłuchać się w słowa tkane dla niej i tylko dla niej. Artefakty, opowieści o duchach, lokalne mity i to jak bardzo były one bliskie, czy dalekie od prawdy… To było coś czego Urd mogła słuchać dzisiaj, w czym mogła utonąć.
– Żałujesz, że nie mogę przemienić się w fokę? – zapytała nieoczekiwanie znad kubka gorącej, o dziwo wcale nie alkoholizowanej herbaty. – Właściwie chciałam się Ciebie o to zapytać już kiedyś, jak dowiedziałaś się, że to Bryndza może bez problemu nurkować w oceanie o każdej porze roku. Może to moja nadinterpretacja, ale zdawałaś się być wtedy… rozczarowana? – Jedna skóra, nie mogły nic na to poradzić. Dlaczego ich matka nie chciała jej mieć w Norwegii - żadna nie chciała to wnikać, najważniejsze, że spadek znajdował się w rękach odpowiedniego pokolenia, które mogło z tego korzystać. Siostry jednak były dwie, a Urd… Urd chciała tylko, żeby jej mała siostrzyczka była bezpieczna. Ze skórą - jak jej się zdawało - miała większe szanse, a na pewno większą zabawę. Tymczasem teraz zielone morzem oczy wpatrywały się uważnie w Ceolsige. Urd nie wątpiła że dostanie możliwie dyplomatyczną odpowiedź, zamierzała mimo wszystko czytać między wierszami, licząc ile razy wzrok rozmówczyni zapodzieje się w okolicach jej własnych warg. Na pocałunki zdawało się być jednak jeszcze nieco za szybko. Kiedyś, gdy było to dla zabawy, była gotowa rozdawać całusy na prawo i lewo. Teraz jednak… Teraz miała poczucie, że jest w tym wszystkim coś więcej. Te księgozbiory. Niosły ze sobą pewien gatunkowy ciężar.
Sama siebie nie określiłaby mianem tchórzliwiej, lubiła ryzyko i lubiła wysoką stawkę. Czego nie lubiła, to myśli, że jej ukochanej siostrze mogłoby cokolwiek grozić. Czego nienawidziła, to bezsilności, wobec tych wszystkich sytuacji, w której jej siostrze coś groziło, a ona nie pomogła jej, nie ochroniła, nie przyjęła ciosu na siebie.
Ten lęk, ta obawa, ta gorzka bezsilność ściągnęła ją na powrót do kraju i przez moment była ukojona na tyle, aby nie uniemożliwiać normalnego funkcjonowania. Opowieść o Dunwich (pod moim nosem!) obudziła ten lament, wrzask, to wiadro lodowatych emocji na nowo.
Przechodziły przez nią dreszczem, przechodziły falami wytracanego ataku paniki, który rozkładał się miarowo w objęciu znajomych ramion, w otoczeniu znajomego zapachu, w otuleniu znajomym głosem. Ceolsige wiedziała co powiedzieć, by to wszystko ukoić, Ceolsige nie przebierała w środkach, by dawać jej gwarancję, w którą chciała wierzyć.
– Być może tak będzie… – mimowolnie uśmiechnęła się na wzmiankę o chedarze, mamrocząc jej w płaszcz i nie chcąc jeszcze się odsuwać.
Nie chcąc odsuwać się nigdy.
Słyszała wołanie morza. Trudno było je zignorować. Jej krew determinowała tęsknotę, która nakazywała jej nocą moczyć się w wannie. Jej krew modulowała magię strunami głosowymi, pozwalając roztaczać wokół siebie wizję światów odległych i nierealnych, podyktowanych li tylko wyobraźni pieśniarki. Jej krew rezonowała z północnym wiatrem, który gnał ją po całym świecie.
Ale tu i teraz, w ramionach Ceolsige, myślała o tym, że nie chce się dać porwać temu wiatrowi i jakby straszna i przeraźliwa nie była latarnia w Dunwich, to właśnie w ten sposób widziała swoją nieco młodszą kuzyneczkę z którą łączyło ją tak wiele.
Ciało… mogło mieć swoje pragnienia, lecz to było złudne i chwilowe. Dusza… mogła dawać się ponieść chwili i tęsknotom. Ale razem, w całej harmonii, ta która zwykle czmyhała niczym melodia wypchnięta z płuc, chciała teraz zostać, osiąść, jak wilgoć na grubych wełnianych płaszczach. Zatonąć jak galeon wypchany skarbami, aby stać się legendą niemożliwą do odnalezienia, ale też… spokojnością. Miejscem ciszy. Wytchnienia.
– Znudził mnie ten spacer. Za dużo ludzi. – Nawet nie udawała, że to jest kłamstwo. Nie trzeba było być mistrzynią dedukcji, żeby się rozeznać w tej sytuacji. Norgersim wierzyła jednak, że jest między nimi obopólne zrozumienie tej sytuacji.
Wycofały się więc z piaszczystej plaży, która przyniosła jej nieprzyjemną wizję, tylko po to by powrócić na tereny dziadka Burke. Potrzebowała chwili by nakierować rozmowę na inne tory, ale złotousta paserka wyszła jej w tej potrzebie na przeciw. Temat lekki był przyjemnym okryciem dla emocjonalnego ciężaru, który pozostawiła za sobą na tamtej plaży, nie obdażając leżącej na piasku dziewczyny nadmierną uwagą. Żadną uwagą… nie chciała o niej myśleć, ani jej wspominać, a jedynym do tego sposobem, było wsłuchać się w słowa tkane dla niej i tylko dla niej. Artefakty, opowieści o duchach, lokalne mity i to jak bardzo były one bliskie, czy dalekie od prawdy… To było coś czego Urd mogła słuchać dzisiaj, w czym mogła utonąć.
– Żałujesz, że nie mogę przemienić się w fokę? – zapytała nieoczekiwanie znad kubka gorącej, o dziwo wcale nie alkoholizowanej herbaty. – Właściwie chciałam się Ciebie o to zapytać już kiedyś, jak dowiedziałaś się, że to Bryndza może bez problemu nurkować w oceanie o każdej porze roku. Może to moja nadinterpretacja, ale zdawałaś się być wtedy… rozczarowana? – Jedna skóra, nie mogły nic na to poradzić. Dlaczego ich matka nie chciała jej mieć w Norwegii - żadna nie chciała to wnikać, najważniejsze, że spadek znajdował się w rękach odpowiedniego pokolenia, które mogło z tego korzystać. Siostry jednak były dwie, a Urd… Urd chciała tylko, żeby jej mała siostrzyczka była bezpieczna. Ze skórą - jak jej się zdawało - miała większe szanse, a na pewno większą zabawę. Tymczasem teraz zielone morzem oczy wpatrywały się uważnie w Ceolsige. Urd nie wątpiła że dostanie możliwie dyplomatyczną odpowiedź, zamierzała mimo wszystko czytać między wierszami, licząc ile razy wzrok rozmówczyni zapodzieje się w okolicach jej własnych warg. Na pocałunki zdawało się być jednak jeszcze nieco za szybko. Kiedyś, gdy było to dla zabawy, była gotowa rozdawać całusy na prawo i lewo. Teraz jednak… Teraz miała poczucie, że jest w tym wszystkim coś więcej. Te księgozbiory. Niosły ze sobą pewien gatunkowy ciężar.