4 godzin(y) temu ✶
Powietrze nad jeziorem pachniało wodorostami, mokrym mchem i kamieniem nasiąkniętym jesiennym deszczem. Mona stała nad brzegiem z profilem zwróconym ku wodzie. Cień smoka, który przed chwilą przemknął nad szczytami, wciąż tańczył gdzieś na jej ciemnej powierzchni.
Na dźwięk znajomego głosu odwróciła głowę. Uśmiech, który wcześniej rozjaśnił jej twarz na widok latającego gada, złagodniał. Stał się cieplejszy, bardziej ludzki. Lekki wiatr poruszył kręconymi włosami.
— Dzień dobry, Ceolsige! — odparła przyjaźnie. Otrzepała dłonie z wilgotnego mchu i podniosła się znad brzegu. — Kilkanaście minut. Za krótko, aby zastanowić się, czy ten tam… – skinęła głową w stronę, gdzie zniknął cień. – …nie spróbuje dziś polować na owce gospodarza z doliny. Zaczyna się niecierpliwić, jak cała okolica robi się chłodniejsza.
Jej spojrzenie podążyło ku miotle. Mona przyglądała się sprawnym dłoniom Burke, które jednym ruchem przemieniły całkiem pokaźny sprzęt w zgrabny pakunek. Profesjonalistka!, pomyślała z rozbawieniem. Sama potrzebowałaby do tego jeszcze dwóch zaklęć, kawałka sznurka i odrobiny boskiej łaski.
— Dziudunio ma się więc dobrze? Skoro ma czas na dyniowe spirytualia, zima jeszcze go nie nadgryzła. Przekaż mu moje pozdrowienia. A na podwieczorek chętnie zajrzę. Zostaję tu kilka dni. Chcę trochę pobyć w Snowdonii, zajrzeć do smoków, odwiedzić stare kąty. Po Samhain wrócę do Londynu. Ministerstwo może przez ten czas zawalić się pod ciężarem własnych pergaminów i pieczęci, ale sądzę, że nawet tego nie zauważą! — odparła. Następnie wskazała dłonią na ciężki, płócienny plecak oparty o poskręcany głóg. — Mam to, o co prosiłaś. Łuski są już wypalone i przygotowane. Trzy lata przeleżały w ciemności, więc powinny być porządnie zahartowane — zerknęła na jej torbę z zaciekawieniem. — Powiedz tylko, że masz ten kwarc. Nie po to taszczyłam pół smoka przez góry, żebyśmy teraz odkryły, że brakuje nam najważniejszej części.
Na dźwięk znajomego głosu odwróciła głowę. Uśmiech, który wcześniej rozjaśnił jej twarz na widok latającego gada, złagodniał. Stał się cieplejszy, bardziej ludzki. Lekki wiatr poruszył kręconymi włosami.
— Dzień dobry, Ceolsige! — odparła przyjaźnie. Otrzepała dłonie z wilgotnego mchu i podniosła się znad brzegu. — Kilkanaście minut. Za krótko, aby zastanowić się, czy ten tam… – skinęła głową w stronę, gdzie zniknął cień. – …nie spróbuje dziś polować na owce gospodarza z doliny. Zaczyna się niecierpliwić, jak cała okolica robi się chłodniejsza.
Jej spojrzenie podążyło ku miotle. Mona przyglądała się sprawnym dłoniom Burke, które jednym ruchem przemieniły całkiem pokaźny sprzęt w zgrabny pakunek. Profesjonalistka!, pomyślała z rozbawieniem. Sama potrzebowałaby do tego jeszcze dwóch zaklęć, kawałka sznurka i odrobiny boskiej łaski.
— Dziudunio ma się więc dobrze? Skoro ma czas na dyniowe spirytualia, zima jeszcze go nie nadgryzła. Przekaż mu moje pozdrowienia. A na podwieczorek chętnie zajrzę. Zostaję tu kilka dni. Chcę trochę pobyć w Snowdonii, zajrzeć do smoków, odwiedzić stare kąty. Po Samhain wrócę do Londynu. Ministerstwo może przez ten czas zawalić się pod ciężarem własnych pergaminów i pieczęci, ale sądzę, że nawet tego nie zauważą! — odparła. Następnie wskazała dłonią na ciężki, płócienny plecak oparty o poskręcany głóg. — Mam to, o co prosiłaś. Łuski są już wypalone i przygotowane. Trzy lata przeleżały w ciemności, więc powinny być porządnie zahartowane — zerknęła na jej torbę z zaciekawieniem. — Powiedz tylko, że masz ten kwarc. Nie po to taszczyłam pół smoka przez góry, żebyśmy teraz odkryły, że brakuje nam najważniejszej części.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception