29.09.2026, 09:02 ✶
– Czyli mogli podrzucić to równie dobrze już wczoraj albo nawet jeszcze wcześniej w nocy – podsumował Christopher. Owszem, sam nie widział jej, gdy przyszedł, ale po prawdzie nie był pewny, czy to o czymś świadczy. Jeżeli coś analizował, to najczęściej palety barw i dobór odpowiedniego kroju, nie należał więc do osób najbardziej spostrzegawczych na świecie. Zaaferowany szatą, którą przyniósł Victorii, mógł zwyczajnie przestąpić nad gazetą i nie zwrócić na nią uwagi. Albo podrzucono tę, gdy był w środku lub tuż po tym, jak poszedł – a nie został szczególnie długo, bo jednak trochę dziwnie czuł się w towarzystwie nastoletniej Victorii.
– Myślałaś o jakichś zabezpieczeniach? Zaklęciach ukrywających dom albo chociaż jakimś… alarmie przy wejściu? – zapytał. Nie miał pojęcia, jak mogłoby to działać, ale może istniały odpowiednie mechanizmy? Bo to nie było normalne, żeby znajdować na swoim progu gazetę, teleportującą cię donikąd, a przynajmniej Christopher właśnie tak uważał.
Jedynym plusem tej całej sytuacji było to, że Victoria doszła do siebie. I wróciła do własnego wieku, a Christopher jednak wolał zdecydowanie ją w starszym wydaniu, i chyba przestało jej być niedobrze – doskonale, bo gdyby faktycznie okazało się, że zachorowała albo oberwała jakąś klątwą, to tym razem prawdopodobnie by spanikował. Całkiem odruchowo, bez namysłu, sięgnął by pomóc jej poprawić tę suknię: siła nawyku, robił to wszak w pracowni wiele razy, i nawet w pierwszej sekundzie nie pomyślał, że teraz mogło nabierać innego znaczenia, a potem kiwnął po prostu głową. Pole antyteleportacyjne nie mogło przecież ciągnąć się w nieskończoność, Rosier miał więc nadzieję, że obejdzie się bez zaczepiania ludzi w tych ruderach. To mogli być mugole. Mogły być opuszczone. Albo nie bez powodu teleportowano ich właśnie tutaj i kryła się za tym jakaś pułapka. Ruszył więc po prostu w las, starając się nie zabić na korzeniach i nierównym gruncie, bo nie bywał w takich miejscach na tyle często, by nabrać wprawy w leśnych wędrówkach. I kiedy najpierw zabił komara na szyi, a potem omal nie wlazł w wielką pajęczynę, utwierdził się w przekonaniu, że nie stanie się to jego ulubioną rozrywką.
Posąg oczywiście zwrócił jego uwagę, gdy dotarli do niego pośród drzew. Nie pasował zupełnie do lasu, nie spodziewałby się tu czegoś takiego, zwłaszcza tak starannie wykonanego. Przystanął, lustrując rzeźbę spojrzeniem: każda fałda ubrania była pięknie wykonana, emocje na twarzy doskonale oddane.
– Trzeba przyznać, że wykonał ją ktoś wprawiony w swoim fachu – stwierdził z uznaniem. – Dziwne, że stoi tutaj, nie w jakimś muzeum – dodał. A rozpraszanie? Jemu nawet nie przyszło do głowy czarować: dla niego był to posąg w bardzo dziwnym miejscu.
– Myślałaś o jakichś zabezpieczeniach? Zaklęciach ukrywających dom albo chociaż jakimś… alarmie przy wejściu? – zapytał. Nie miał pojęcia, jak mogłoby to działać, ale może istniały odpowiednie mechanizmy? Bo to nie było normalne, żeby znajdować na swoim progu gazetę, teleportującą cię donikąd, a przynajmniej Christopher właśnie tak uważał.
Jedynym plusem tej całej sytuacji było to, że Victoria doszła do siebie. I wróciła do własnego wieku, a Christopher jednak wolał zdecydowanie ją w starszym wydaniu, i chyba przestało jej być niedobrze – doskonale, bo gdyby faktycznie okazało się, że zachorowała albo oberwała jakąś klątwą, to tym razem prawdopodobnie by spanikował. Całkiem odruchowo, bez namysłu, sięgnął by pomóc jej poprawić tę suknię: siła nawyku, robił to wszak w pracowni wiele razy, i nawet w pierwszej sekundzie nie pomyślał, że teraz mogło nabierać innego znaczenia, a potem kiwnął po prostu głową. Pole antyteleportacyjne nie mogło przecież ciągnąć się w nieskończoność, Rosier miał więc nadzieję, że obejdzie się bez zaczepiania ludzi w tych ruderach. To mogli być mugole. Mogły być opuszczone. Albo nie bez powodu teleportowano ich właśnie tutaj i kryła się za tym jakaś pułapka. Ruszył więc po prostu w las, starając się nie zabić na korzeniach i nierównym gruncie, bo nie bywał w takich miejscach na tyle często, by nabrać wprawy w leśnych wędrówkach. I kiedy najpierw zabił komara na szyi, a potem omal nie wlazł w wielką pajęczynę, utwierdził się w przekonaniu, że nie stanie się to jego ulubioną rozrywką.
Posąg oczywiście zwrócił jego uwagę, gdy dotarli do niego pośród drzew. Nie pasował zupełnie do lasu, nie spodziewałby się tu czegoś takiego, zwłaszcza tak starannie wykonanego. Przystanął, lustrując rzeźbę spojrzeniem: każda fałda ubrania była pięknie wykonana, emocje na twarzy doskonale oddane.
– Trzeba przyznać, że wykonał ją ktoś wprawiony w swoim fachu – stwierdził z uznaniem. – Dziwne, że stoi tutaj, nie w jakimś muzeum – dodał. A rozpraszanie? Jemu nawet nie przyszło do głowy czarować: dla niego był to posąg w bardzo dziwnym miejscu.