Wczoraj, 18:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 19:42 przez Gustave Delacour.)
Ciało Gabriela drżało gwałtownie pod naporem szlochu. Mokry, urywany skowyt wypełniał pokój, choć sam Gustaw pozostawał niewzruszony. Czuł rytm rozpaczy na swoim mostku, wyraźny jak bicie serca z tą różnicą, że żaden z nich nie miał już prawa do podobnego rytmu.
Znał ten dźwięk. Nie ze świata żywych, lecz z jego obrzeży. Słyszał go w głosach duchów, które pożarły własną pamięć. Widział go w demonach, które przetrwały własne przekleństwa. Rozpad miał wiele twarzy, lecz zawsze wydawał z siebie ten sam żałosny odgłos.
Dłonie Gustawa powędrowały niżej. Jedna spoczęła na karku Gabriela, ściskając go lekko, palec wskazujący i kciuk obejmując napięte ścięgna po obu stronach kręgosłupa. Druga powędrowała na jego plecy, pomiędzy łopatki i zaczęła kreślić powolne, okrężne ruchy.
— Jakaż miłość? — powtórzył bardziej do siebie niż do niego. — Przestań — powiedział cicho. — Łzy nie pomogą. Alkohol nie pomoże. A ta poduszka z pewnością nie zasłużyła sobie na taki los. Jej właścicielka może mieć zgoła odmienne zdanie, jeśli rano znajdzie ją zasmarkaną.
Gustaw przechylił głowę, opierając policzek o czubek głowy Gabriela. Pod palcami wyczuł, jak mięśnie karku napięły się i rozluźniły w nieregularnym rytmie.
— Zabieram cię stąd. Na nic mi ty w takim stanie — zadecydował za ich oboje. W końcu Gustaw westchnął ciężko i oderwał policzek od jego włosów.
Przetransportowanie jednego wampira, który ledwie utrzymywał się w pionie, stanowiło już niemałe utrapienie. Przetransportowanie dwóch osób — z czego jedna była człowiekiem, a druga w stanie przypominającym raczej żałosny strzęp arystokracji niż istotę zdolną samodzielnie przejść przez pokój, wymagało od Gustawa cierpliwości, której tego wieczoru miał zdecydowanie mniej niż zwykle.
Najpierw musiał podnieść Gabriela. Potem okazało się, że Gabriel nie zamierzał współpracować nawet z samym pojęciem pionu. Na końcu… Ostatecznie wygrała odpowiedzialność. Człowieka również zabrał ze sobą. Nie zamierzał zostawiać go samego w hotelu po tym wszystkim, zwłaszcza że jego obecność stanowiła dodatkowe, dość kłopotliwe świadectwo całego zajścia. Gustaw zajął się więc jednym ramieniem Gabrielem, drugim zaś człowiekiem, przeklinając w duchu ciężar ludzkiego ciała oraz jego bezwładność.
Znał ten dźwięk. Nie ze świata żywych, lecz z jego obrzeży. Słyszał go w głosach duchów, które pożarły własną pamięć. Widział go w demonach, które przetrwały własne przekleństwa. Rozpad miał wiele twarzy, lecz zawsze wydawał z siebie ten sam żałosny odgłos.
Dłonie Gustawa powędrowały niżej. Jedna spoczęła na karku Gabriela, ściskając go lekko, palec wskazujący i kciuk obejmując napięte ścięgna po obu stronach kręgosłupa. Druga powędrowała na jego plecy, pomiędzy łopatki i zaczęła kreślić powolne, okrężne ruchy.
— Jakaż miłość? — powtórzył bardziej do siebie niż do niego. — Przestań — powiedział cicho. — Łzy nie pomogą. Alkohol nie pomoże. A ta poduszka z pewnością nie zasłużyła sobie na taki los. Jej właścicielka może mieć zgoła odmienne zdanie, jeśli rano znajdzie ją zasmarkaną.
Gustaw przechylił głowę, opierając policzek o czubek głowy Gabriela. Pod palcami wyczuł, jak mięśnie karku napięły się i rozluźniły w nieregularnym rytmie.
— Zabieram cię stąd. Na nic mi ty w takim stanie — zadecydował za ich oboje. W końcu Gustaw westchnął ciężko i oderwał policzek od jego włosów.
Przetransportowanie jednego wampira, który ledwie utrzymywał się w pionie, stanowiło już niemałe utrapienie. Przetransportowanie dwóch osób — z czego jedna była człowiekiem, a druga w stanie przypominającym raczej żałosny strzęp arystokracji niż istotę zdolną samodzielnie przejść przez pokój, wymagało od Gustawa cierpliwości, której tego wieczoru miał zdecydowanie mniej niż zwykle.
Najpierw musiał podnieść Gabriela. Potem okazało się, że Gabriel nie zamierzał współpracować nawet z samym pojęciem pionu. Na końcu… Ostatecznie wygrała odpowiedzialność. Człowieka również zabrał ze sobą. Nie zamierzał zostawiać go samego w hotelu po tym wszystkim, zwłaszcza że jego obecność stanowiła dodatkowe, dość kłopotliwe świadectwo całego zajścia. Gustaw zajął się więc jednym ramieniem Gabrielem, drugim zaś człowiekiem, przeklinając w duchu ciężar ludzkiego ciała oraz jego bezwładność.
Koniec sesji
Wiatr kołysze w locie ćmy
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw