29.09.2026, 19:19 ✶
Gustaw przyglądał mu się w milczeniu. Ciemność przedziału łagodziła ostrość jego rysów. Przyćmione światło lampy, sączące się spod ciężkiej zasłony, osiadało na policzku bladym jak stary marmur i ginęło gdzieś w jasnych tęczówkach. Za szybą przesuwała się noc gdzieniegdzie rozcinana pojedynczymi światłami odległych stacji.
Słowa sędziego były powiewem świeżości — nie sama miłość do dziecka, bo tę potrafił zrozumieć, lecz sposób, w jaki Crouch oddzielał ją od całej tej rodowej mitologii, którą przez pokolenia karmiono czystokrwistych chłopców. Dziedziczenie, nazwisko, ciągłość rodu, powinność wobec przodków. Wszystkie te wielkie słowa, pod którymi tak często kryła się zwyczajna próżność odziana w szaty obowiązku.
— Nie zamierzam udawać, że rozumiem rodzicielstwo. Moje doświadczenia w tej materii są mocno ograniczone. Żyję wystarczająco długo, aby widzieć, jak kolejne pokolenia popełniają te same błędy, lecz najwyraźniej nie dość długo, aby pojąć, jak im tego oszczędzić — odpowiedział. Miłość do Enid było czymś, co wampir szanował. Czystym uczuciem pozbawionym kalkulacji. To w ich kręgach stanowiło przecież rzadkość.
Na kolejne słowa Gustaw zaśmiał się cicho.
— Sinatrę. Tak, znam — odparł z uśmiechem, który przywoływał w pamięci mroczne kluby nocne, dym i światła Broadwayu z innego okresu. — Kiedyś śpiewał w jednym z lokali, jaki lubiłem odwiedzać. Cóż za głos. Beatlesi natomiast… nie znam, przyznaję ze wstydem. Słyszałem o nich, choć nie mogę powiedzieć, bym miał okazję wysłuchać ich twórczości. A pańskie opinie mogą mi się nie spodobać. To akurat bardzo dobrze. Nie przepadam za ludźmi, z którymi zgadzam się we wszystkim — spojrzenie powróciło do Roberta. — Zwłaszcza gdy są tak przystojni. Człowiek zaczyna wtedy podejrzewać, że natura była dla nich zbyt hojna i musiała gdzieś ukryć wadę. Proszę mnie więc oświecić, panie Crouch. Jaka jest pańska?
Słowa sędziego były powiewem świeżości — nie sama miłość do dziecka, bo tę potrafił zrozumieć, lecz sposób, w jaki Crouch oddzielał ją od całej tej rodowej mitologii, którą przez pokolenia karmiono czystokrwistych chłopców. Dziedziczenie, nazwisko, ciągłość rodu, powinność wobec przodków. Wszystkie te wielkie słowa, pod którymi tak często kryła się zwyczajna próżność odziana w szaty obowiązku.
— Nie zamierzam udawać, że rozumiem rodzicielstwo. Moje doświadczenia w tej materii są mocno ograniczone. Żyję wystarczająco długo, aby widzieć, jak kolejne pokolenia popełniają te same błędy, lecz najwyraźniej nie dość długo, aby pojąć, jak im tego oszczędzić — odpowiedział. Miłość do Enid było czymś, co wampir szanował. Czystym uczuciem pozbawionym kalkulacji. To w ich kręgach stanowiło przecież rzadkość.
Na kolejne słowa Gustaw zaśmiał się cicho.
— Sinatrę. Tak, znam — odparł z uśmiechem, który przywoływał w pamięci mroczne kluby nocne, dym i światła Broadwayu z innego okresu. — Kiedyś śpiewał w jednym z lokali, jaki lubiłem odwiedzać. Cóż za głos. Beatlesi natomiast… nie znam, przyznaję ze wstydem. Słyszałem o nich, choć nie mogę powiedzieć, bym miał okazję wysłuchać ich twórczości. A pańskie opinie mogą mi się nie spodobać. To akurat bardzo dobrze. Nie przepadam za ludźmi, z którymi zgadzam się we wszystkim — spojrzenie powróciło do Roberta. — Zwłaszcza gdy są tak przystojni. Człowiek zaczyna wtedy podejrzewać, że natura była dla nich zbyt hojna i musiała gdzieś ukryć wadę. Proszę mnie więc oświecić, panie Crouch. Jaka jest pańska?
Wiatr kołysze w locie ćmy
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw