Było ciemno, znajdowały się na skraju miasta, ale Dora też po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że nie ważne jak dziesięciolatka by się starała, raczej nie było szansy by tak szybko uciekła w mrok. Jeśli puściłaby się biegiem, to i tak byłoby słychać kroki, pośpiesznie znikające między ostatnimi budynkami miasteczka.
To zawsze było przykre i to podwójnie, dokładnie tak jak mówiła Brenna – dzieci wydawały się najbardziej bezbronnymi i niewinnymi istotami, a krzywda wobec nich była zwyczajnie niesprawiedliwa. No bo jak miały się przed nią bronić? Jak można było im odbierać życie, które mogło się przed nimi roztaczać?
Crawley wychodziła z założenia, że każdemu zagubionemu należałoby pomóc, ale jej podejście było podobne do tego, które prezentowała jej przyjaciółka. Ci najmłodsi i ich los poruszał jakąś szczególną strunę.
— Hm, to trochę brzmi, jakby to miało być szukanie wiatru w polu — mruknęła ze smutkiem, bo Brenna miała rację. Nawet jeśli powiadomić o wszystkim egzorcystów, to nikt nie miał pewności, że ci w ogóle natrafiliby na Fionę. Ta mogła pokazywać się tylko konkretnym osobom, albo o konkretnej porze. Ciekawe, ile ludzi tak nawiedziła do tej pory, szukając swojej drogi do domu. I, o zgrozo, czy faktycznie trwało to przez długie stulecia, biorąc pod uwagę jej przedpotopowy ubiór.
— Pewnie nie zaszkodzi. Mam nadzieję, że ktoś jej kiedyś pomoże i wreszcie uda się jej wrócić do domu — rzuciła jeszcze smutno. — Daj, pomogę ci — wyciągnęła ręce po parę pakunków, które nie wyglądały najstabilniej. — Może wrócimy zwyczajnie do domu? Dalej napiłabym się tej herbaty, ale chyba wolałabym w domu… — uśmiechnęła się do Brenny nieco smutno.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.