4 godzin(y) temu ✶
Jeszcze niedawno mogliśmy spokojnie myśleć o sabacie, o przygotowaniach, o tym, gdzie będziemy i co będziemy robili, natomiast teraz jedno z nas miało zajmować się dziećmi i namiotem uzdrowicieli, podczas gdy drugie miało sprawdzać, co właściwie działo się w lesie, którego Ministerstwo najwyraźniej nie potrafiło jeszcze do końca zrozumieć. Nie potrzebowałem od niej zbyt głębokiej analizy zdarzeń prowadzących do tej chwili, nawet jeśli z pewnością była w stanie wyciągnąć swoje własne, bardzo logiczne wnioski odnośnie naszej sytuacji, właściwie cieszyłem się, że nie próbowała teraz rozkładać na części pierwsze tego, dlaczego wcześniej jej nie powiedziałem, bo doskonale wiedziałem, że odpowiedź była bardziej skomplikowana niż zwykłe „nie pomyślałem”. Pomyślałem, tylko wtedy nie byliśmy jeszcze w miejscu, w którym każde zagrożenie automatycznie stawało się wspólnym problemem, a ja nie wiedziałem nawet, czy ta uparta kobieta z ładnymi oczami, nieskończonym zasobem informacji i zdecydowanie zbyt dużą cierpliwością do mojego charakteru zostanie w moim życiu na tyle długo, żeby miało znaczenie, czy opowiem jej o sprawie z Kniei. Potem wszystko potoczyło się trochę szybciej, niż ktokolwiek rozsądny powinien był dopuścić, skończyliśmy pośrodku Nokturnu z obrączkami na palcach, a ja nagle odkryłem, że pewne informacje przestały być wyłącznie moje. Nadal jednak uczyłem się tej zmiany, bo najwyraźniej każde kolejne małżeństwo po tym pierwszym nieudanym również nie przychodziło z instrukcją obsługi, co było - po prawdzie - dość niedopatrzone ze strony społeczeństwa, skoro ludzie tak chętnie je zawierali.
Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa, kiedy powiedziała, że wystarczą jej moje słowa, że będę potrafił racjonalnie ocenić zagrożenie - wiedziałem, co mógłbym odpowiedzieć, ale jakiegoś powodu jej wiara w to, że potrafiłem odróżnić moment, w którym warto zostać, od momentu, w którym należało się wycofać, była dla mnie znacznie cięższa niż jakiekolwiek ostrzeżenie. Zaufanie zawsze było bardziej kłopotliwe od kontroli - nieprawdaż - kontrolować można było kogoś, kto się na to godził, można było próbować ustalić mu plan działania, przygotować warianty awaryjne, rozpisać wszystko na kartce i dopisać jeszcze trzy punkty na wypadek, gdyby trzy poprzednie zawiodły, ale kiedy ktoś po prostu wierzył, że podejmiesz właściwą decyzję, zostawałeś sam ze świadomością, że za wszelką cenę nie powinieneś był tej wiary zbrukać…
To, że nie była przez to spokojniejsza, było oczywiste - sam nie byłbym spokojniejszy, gdybym leżał w łóżku z żoną, wiedząc, że następnego dnia miała znaleźć się w miejscu, którego nikt jeszcze porządnie nie rozumiał - nie oczekiwałem od niej cudownego uspokojenia po tych kilku zdaniach, jakie mogliśmy jeszcze wymienić, zanim nastanie nowy dzień. Właściwie, wolałem, gdy nie próbowała udawać, że wszystko było w porządku, bo właśnie tego najbardziej nie znosiłem w zapewnieniach składanych pod presją - tego, iż można było powiedzieć komuś „będzie dobrze”, ale nie można było zagwarantować mu, że rzeczywistość postanowi współpracować - los miał paskudny zwyczaj postępowania dokładnie odwrotnie, niż się od niego oczekiwało. Wiedziałem też, że gdyby role się odwróciły, sam prawdopodobnie miałbym dokładnie ten sam problem z siedzeniem kilkadziesiąt mil dalej i zastanawianiem się, czy ktoś właściwie zajmie się moją żoną, jeśli coś pójdzie nie tak…
Uwaga o tym, że wszystko wydarzyło się w wyjątkowo niefortunnym momencie, sprawiła, że parsknąłem, a następnie skwitowałem to jeszcze cichym chrząknięciem - „niefortunnym, kurwa, oczywiście, że tak” - to było bardzo łagodne określenie jak na sytuację, w której noc przed sabatem dowiedzieliśmy się, że sprawa, którą zajmowałem się od miesięcy, mogła wymagać ode mnie wejścia w okolice Kniei, podczas gdy moja żona została wyznaczona na zastępcę osoby odpowiedzialnej za obstawę medyczną całego przedsięwzięcia związanego z sabatem w - o ironio - Little Hangleton, którego już bez tego dostatecznie nie lubiłem, z wiadomych względów. Niewidoczne siły mogły nam dać chociaż jeden spokojny sabat, żebym zdążył przyzwyczaić się do tego, że miałem żonę, a ona miała mnie, zanim zaczęły wysyłać nas w różne miejsca, z których wypadało wracać w przyzwoitym stanie…
- Wiesz, kiedy mówisz o tym w ten sposób, plawie zaczynam szałowaś, sze nie zostałem usdlowisielem. Metalowy stół, spokojne walunki, szadnych widm. Bszmi wlęsz luksusowo. - Skwitowałem, nawet jeśli oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, kto z nas dwojga był jedyną osobą nadającą się, aby wykonywać ten chwalebny zawód. Znałem jej stosunek do tego, co robiła, nigdy nie miałem wrażenia, że traktowała pracę jako przykry obowiązek, który trzeba było odbębnić przed powrotem do domu i do swoich mniej oficjalnych zajęć, wręcz przeciwnie, kiedy pojawiało się coś nowego, coś trudnego albo wymagającego niestandardowego podejścia, w oczach Prue pojawiał się ten charakterystyczny błysk, który rozświetlał całą jej twarz.
- Będziesz świetna, Pluey. Naplawdę. - Nie potrzebowałem nawet być tam podczas całego wydarzenia, choć niewątpliwie chciałbym zobaczyć ją w akcji, uwaga o przekupstwie tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że Prudence doskonale wiedziała, jak działał świat, sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, chociaż moje metody mogłyby być trochę mniej… Słodkie. Nie trzeba było być wybitnym strategiem, żeby zrozumieć, że względy niektórych grup wiekowych zdecydowanie łatwiej zdobywało się słodyczami niż przemową o odpowiedzialności społecznej i o konieczności zachowania spokoju w sytuacji zagrożenia, a ona przecież lubiła wyzwania, lubiła wiedzieć więcej, lubiła udowadniać, że dało się zrobić coś lepiej, chyba właśnie dlatego tak bardzo cieszyło mnie, że ktoś w końcu postanowił dać jej przestrzeń, żeby to pokazała.
- Fakt. Odrobina pszekupstwa jeszcze nikogo nie zabiła. W pszeciwieństwie do blaku umiejętności niesienia pielwszej pomocy, więc powiedziałbym, sze twoja metoda jest wlęsz edukacyjnie uzasadniona. - Szczególnie w przypadku dzieci, które niekoniecznie rozumiały, dlaczego miałyby nauczyć się czegoś tak mało ekscytującego jak pierwsza pomoc, dopóki nie okazało się, że po wykonaniu zadania czeka na nie coś, co można było zjeść. Oczywiście, że miała dla nich cały dedykowany zestaw sabatowy, powinienem był się tego domyślić, podejrzewałem zresztą, że gdyby ktoś przeszukał nasze mieszkanie, znalazłby lizaki w większej liczbie miejsc niż moje skarpetki - jeśli istniał legalny, skuteczny i przyjemny sposób, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, trudno było znaleźć lepszy, z jakiego mogła skorzystać - byłem z niej zwyczajnie dumny, może nawet bardziej, niż potrafiłem jej powiedzieć. To, że moje zadanie było inne, nie czyniło jej pracy mniej ważną, właściwie uważałem, że jej odpowiedzialność mogła być na swój sposób bardziej skomplikowana właśnie dlatego, że wymagała od niej ciągłego pilnowania innych, dużo bardziej wrażliwych jednostek, podczas gdy ja przynajmniej w ostateczności mogłem skupić się na własnym tyłku i zostawić za sobą bandę idiotów planujących dobrowolnie dać się pożreć.
A potem zapytała o porzeczkowego lizaka - wtedy już naprawdę musiałem się uśmiechnąć, bo przez krótką chwilę próbowała potraktować moje wcześniejsze słowa całkowicie dosłownie, jakbyśmy oboje nie wiedzieli, że kiedy pytałem o swojego lizaka, niekoniecznie prowadziłem rozmowę o słodyczach - zerknąłem na nią kątem oka, celowo niczego nie wyjaśniając, bo sama możliwość pozostawienia tej dwuznaczności między nami nieskomentowanej była zdecydowanie zbyt kusząca.
- Mhm–m. - Uśmiechnąłem się powoli, uniosłem brwi, a potem przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując go na brązowych oczach i patrząc prosto w nie, bez mrugnięcia. - Oczywiście. - Nie brzmiałem szczególnie przekonująco, byłem tego świadomy, ale nie próbowałem tak zabrzmieć, tym bardziej kiedy dodała, że po moim powrocie będzie czekała na mnie nagroda, bo przecież cała przyjemność polegała właśnie na tym, że wiedzieliśmy, co się pod tym kryło, i że żadne z nas nie musiało mówić niczego wprost.
Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa, kiedy powiedziała, że wystarczą jej moje słowa, że będę potrafił racjonalnie ocenić zagrożenie - wiedziałem, co mógłbym odpowiedzieć, ale jakiegoś powodu jej wiara w to, że potrafiłem odróżnić moment, w którym warto zostać, od momentu, w którym należało się wycofać, była dla mnie znacznie cięższa niż jakiekolwiek ostrzeżenie. Zaufanie zawsze było bardziej kłopotliwe od kontroli - nieprawdaż - kontrolować można było kogoś, kto się na to godził, można było próbować ustalić mu plan działania, przygotować warianty awaryjne, rozpisać wszystko na kartce i dopisać jeszcze trzy punkty na wypadek, gdyby trzy poprzednie zawiodły, ale kiedy ktoś po prostu wierzył, że podejmiesz właściwą decyzję, zostawałeś sam ze świadomością, że za wszelką cenę nie powinieneś był tej wiary zbrukać…
To, że nie była przez to spokojniejsza, było oczywiste - sam nie byłbym spokojniejszy, gdybym leżał w łóżku z żoną, wiedząc, że następnego dnia miała znaleźć się w miejscu, którego nikt jeszcze porządnie nie rozumiał - nie oczekiwałem od niej cudownego uspokojenia po tych kilku zdaniach, jakie mogliśmy jeszcze wymienić, zanim nastanie nowy dzień. Właściwie, wolałem, gdy nie próbowała udawać, że wszystko było w porządku, bo właśnie tego najbardziej nie znosiłem w zapewnieniach składanych pod presją - tego, iż można było powiedzieć komuś „będzie dobrze”, ale nie można było zagwarantować mu, że rzeczywistość postanowi współpracować - los miał paskudny zwyczaj postępowania dokładnie odwrotnie, niż się od niego oczekiwało. Wiedziałem też, że gdyby role się odwróciły, sam prawdopodobnie miałbym dokładnie ten sam problem z siedzeniem kilkadziesiąt mil dalej i zastanawianiem się, czy ktoś właściwie zajmie się moją żoną, jeśli coś pójdzie nie tak…
Uwaga o tym, że wszystko wydarzyło się w wyjątkowo niefortunnym momencie, sprawiła, że parsknąłem, a następnie skwitowałem to jeszcze cichym chrząknięciem - „niefortunnym, kurwa, oczywiście, że tak” - to było bardzo łagodne określenie jak na sytuację, w której noc przed sabatem dowiedzieliśmy się, że sprawa, którą zajmowałem się od miesięcy, mogła wymagać ode mnie wejścia w okolice Kniei, podczas gdy moja żona została wyznaczona na zastępcę osoby odpowiedzialnej za obstawę medyczną całego przedsięwzięcia związanego z sabatem w - o ironio - Little Hangleton, którego już bez tego dostatecznie nie lubiłem, z wiadomych względów. Niewidoczne siły mogły nam dać chociaż jeden spokojny sabat, żebym zdążył przyzwyczaić się do tego, że miałem żonę, a ona miała mnie, zanim zaczęły wysyłać nas w różne miejsca, z których wypadało wracać w przyzwoitym stanie…
- Wiesz, kiedy mówisz o tym w ten sposób, plawie zaczynam szałowaś, sze nie zostałem usdlowisielem. Metalowy stół, spokojne walunki, szadnych widm. Bszmi wlęsz luksusowo. - Skwitowałem, nawet jeśli oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, kto z nas dwojga był jedyną osobą nadającą się, aby wykonywać ten chwalebny zawód. Znałem jej stosunek do tego, co robiła, nigdy nie miałem wrażenia, że traktowała pracę jako przykry obowiązek, który trzeba było odbębnić przed powrotem do domu i do swoich mniej oficjalnych zajęć, wręcz przeciwnie, kiedy pojawiało się coś nowego, coś trudnego albo wymagającego niestandardowego podejścia, w oczach Prue pojawiał się ten charakterystyczny błysk, który rozświetlał całą jej twarz.
- Będziesz świetna, Pluey. Naplawdę. - Nie potrzebowałem nawet być tam podczas całego wydarzenia, choć niewątpliwie chciałbym zobaczyć ją w akcji, uwaga o przekupstwie tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że Prudence doskonale wiedziała, jak działał świat, sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, chociaż moje metody mogłyby być trochę mniej… Słodkie. Nie trzeba było być wybitnym strategiem, żeby zrozumieć, że względy niektórych grup wiekowych zdecydowanie łatwiej zdobywało się słodyczami niż przemową o odpowiedzialności społecznej i o konieczności zachowania spokoju w sytuacji zagrożenia, a ona przecież lubiła wyzwania, lubiła wiedzieć więcej, lubiła udowadniać, że dało się zrobić coś lepiej, chyba właśnie dlatego tak bardzo cieszyło mnie, że ktoś w końcu postanowił dać jej przestrzeń, żeby to pokazała.
- Fakt. Odrobina pszekupstwa jeszcze nikogo nie zabiła. W pszeciwieństwie do blaku umiejętności niesienia pielwszej pomocy, więc powiedziałbym, sze twoja metoda jest wlęsz edukacyjnie uzasadniona. - Szczególnie w przypadku dzieci, które niekoniecznie rozumiały, dlaczego miałyby nauczyć się czegoś tak mało ekscytującego jak pierwsza pomoc, dopóki nie okazało się, że po wykonaniu zadania czeka na nie coś, co można było zjeść. Oczywiście, że miała dla nich cały dedykowany zestaw sabatowy, powinienem był się tego domyślić, podejrzewałem zresztą, że gdyby ktoś przeszukał nasze mieszkanie, znalazłby lizaki w większej liczbie miejsc niż moje skarpetki - jeśli istniał legalny, skuteczny i przyjemny sposób, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, trudno było znaleźć lepszy, z jakiego mogła skorzystać - byłem z niej zwyczajnie dumny, może nawet bardziej, niż potrafiłem jej powiedzieć. To, że moje zadanie było inne, nie czyniło jej pracy mniej ważną, właściwie uważałem, że jej odpowiedzialność mogła być na swój sposób bardziej skomplikowana właśnie dlatego, że wymagała od niej ciągłego pilnowania innych, dużo bardziej wrażliwych jednostek, podczas gdy ja przynajmniej w ostateczności mogłem skupić się na własnym tyłku i zostawić za sobą bandę idiotów planujących dobrowolnie dać się pożreć.
A potem zapytała o porzeczkowego lizaka - wtedy już naprawdę musiałem się uśmiechnąć, bo przez krótką chwilę próbowała potraktować moje wcześniejsze słowa całkowicie dosłownie, jakbyśmy oboje nie wiedzieli, że kiedy pytałem o swojego lizaka, niekoniecznie prowadziłem rozmowę o słodyczach - zerknąłem na nią kątem oka, celowo niczego nie wyjaśniając, bo sama możliwość pozostawienia tej dwuznaczności między nami nieskomentowanej była zdecydowanie zbyt kusząca.
- Mhm–m. - Uśmiechnąłem się powoli, uniosłem brwi, a potem przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując go na brązowych oczach i patrząc prosto w nie, bez mrugnięcia. - Oczywiście. - Nie brzmiałem szczególnie przekonująco, byłem tego świadomy, ale nie próbowałem tak zabrzmieć, tym bardziej kiedy dodała, że po moim powrocie będzie czekała na mnie nagroda, bo przecież cała przyjemność polegała właśnie na tym, że wiedzieliśmy, co się pod tym kryło, i że żadne z nas nie musiało mówić niczego wprost.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)