1 godzinę temu ✶
Już za pierwszym razem, gdy musiałem zareagować na ponaglające odgłosy wydawane przez ptaka uderzającego w szybę okna, wysunąłem się z pościeli z wyraźną niechęcią, tym jednym ruchem zapoczątkowując lawinę kolejnych zdarzeń, popełniwszy wyjątkowo opłakaną w skutkach decyzję, której konsekwencje miały mnie prześladować przez resztę nocy oraz najpewniej przez cały nadchodzący sabat. Właściwie trudno było mi znaleźć rozsądny argument przemawiający za tym, żebym w środku nocy opuszczał ciepłe łóżko, skoro miałem pod ręką żonę, kołdrę i wszystkie warunki sprzyjające temu, żeby do rana nie zajmować się niczym poza spaniem, niestety, przypomniałem sobie o Kniei, runach i widmach, a kiedy już coś takiego utkwiło mi w głowie, znacznie łatwiej było mi wstać i się tym zająć, niż leżeć obok ukochanej i udawać, że potrafiłem przestać o tym myśleć.
Nie musiałem się nawet odwracać, żeby wiedzieć, że Prue obserwowała mnie uważniej, niż próbowała to pokazać, pomimo ciemności i tak wyczuwałem wystarczająco dużo, potrafiła być wyjątkowo konsekwentna w kwestii pozostawania pod kołdrą, szczególnie kiedy temperatura za oknem przypominała o wszystkich życiowych błędach związanych z wyborem miejsca zamieszkania. Niestety żadna ilość dni spędzonych na zasnutych popożarową sądzą złotych łanach ojczyzny nie była w stanie przekonać mnie do bezbolesnego przyzwyczajenia się do temperatur panujących jesienią na Wyspach, skoro większość dorosłego życia spędziłem w dużo cieplejszych, czasami nawet za ciepłych klimatach, jednak tym razem musiałem zagryźć zęby i wstać - zbyt długie powstrzymywanie się przed tym nijak by mi nie pomogło, wręcz przeciwnie, wyłącznie odwlekłoby nieuniknione - należało po prostu to zrobić.
- Nawet nie zdąszysz za mną zatęskniś. - Zapewniłem ją cicho, luźnym tonem, chociaż oboje wiedzieliśmy, że ocena upływu czasu podczas nocnego czuwania potrafiła być wyjątkowo niekorzystna dla tego, kto zostawał w łóżku sam.
Wyszedłem z sypialni, przymykając za sobą drzwi na tyle ostrożnie, żeby nie narobić niepotrzebnego hałasu, chociaż i tak miałem świadomość, że Prue pewnie przez najbliższe kilka minut zamierzała nadstawiać ucha i starać się wyłapać każdy dźwięk dobiegający z drugiej części domu. Nie miałem jej tego za złe, przeciwnie, sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, gdyby nagle w środku nocy moja żona wysunęła się spod kołdry, powiedziała, że ma coś do zrobienia, a potem zniknęła za drzwiami bez wyjaśnienia. Problem polegał na tym, że nie zamierzałem jej niczego wyjaśniać na sucho, przynajmniej jeszcze nie teraz, bo sprawa była na tyle prosta, że nie wymagała robienia długiego wstępu - większość tego, co musiało zostać powiedziane, już padło - ruszyłem zatem korytarzem w stronę pokoju, który od pewnego czasu pełnił funkcję graciarni, tymczasowego gabinetu połączonego z warsztatem mniejszym od tego w ogrodzie i miejsca, gdzie odkładaliśmy wszystko, czego akurat nie było sensu wyrzucać, ale czego również nie chciało nam się oglądać na co dzień.
Zapaliłem tylko niewielkie światło, żeby nie poinformować całej ulicy o nagłej aktywności w domu, po czym podszedłem do komody stojącej pod ścianą i tworzyłem konkretną szufladę - tę, której zawartość wcześniej zabezpieczyłem właśnie na taki przypadek - przez chwilę przekładałem kilka rzeczy, aż wreszcie moje palce natrafiły na śliski, chłodny materiał, którego szukałem. Wyciągnąłem go ostrożnie, rozwinąłem na blacie i przyjrzałem się zawartości, nadal w tym samym przytłumionym świetle, sprawdzając jeszcze raz, czy wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, żeby upewnić się, że niczego nie pomyliłem, zwinąłem zatem materiał ponownie, tym razem ciaśniej, żeby nic nie wysunęło się po drodze, zabrałem całość ze sobą i ruszyłem z powrotem do sypialni, nadal bosy, nadal trochę zaspany i zdecydowanie zbyt świadomy tego, jak zimna była podłoga.
Pierwszym, co zobaczyłem, kiedy uchyliłem drzwi, była Prue wciąż szczelnie owiniętą w pościel, dokładnie tak, jak ją zostawiłem, więc bez słowa wszedłem do środka, odciąwszy nas od chłodnego korytarza, i podszedłem z zawiniątkiem do łóżka - usiadłem już nie na brzegu, tylko tym razem zdecydowanie bliżej niej, po czym położyłem jedną rękę na kołdrze, ostrożnie, żeby nie naruszyć jej starannie zbudowanych zabezpieczeń przed zimnem. Przygryzłem wargę, próbując ustalić, od czego właściwie powinienem zacząć, żeby nie zabrzmieć przy tym jak ktoś, kto o drugiej w nocy postanowił urządzić żonie niezapowiedziany egzamin z przedmiotu, który oboje mieliśmy już dawno za sobą. Prudence była cholernie dobra ze starożytnych run, wiedziałem o tym doskonale, zresztą miałem na to znacznie bardziej osobiste dowody niż szkolne oceny, bo przez początkowe lata naszej znajomości zdarzało nam się prowadzić w nich korespondencję, szczególnie wtedy, kiedy zwyczajna kartka papieru stwarzała zbyt wiele okazji dla niepowołanych oczu. Nasze wiadomości nie ograniczały się zresztą do prostych znaków i szkolnych ćwiczeń, oboje doszliśmy do całkiem zaawansowanego poziomu, odczytanie niektórych naszych zapisków wymagało nie tylko znajomości alfabetu, ale również zrozumienia kontekstu, w którym zdecydowaliśmy się użyć konkretnych symboli, dlatego nie zamierzałem traktować jej jak początkującej, chociaż musiałem przyznać, że istniała różnica między doskonałą znajomością starożytnych run a orientacją w poszczególnych tradycjach runicznych, zwłaszcza tych, które wykraczały poza szkolny program. Podniosłem wzrok znad pakunku i oparłem przedramię na udzie, obracając w palcach skrawek materiału.
- Sunny, pamiętasz mose, czy miałaś kiedyś okazję pszyjsześ się bliszej bindlunom? Ligatulom lunisznym? - Zapytałem, starając się nadać głosowi możliwie zwyczajny ton, chociaż pora zdecydowanie nie sprzyjała rozmowom przy kawce, nie zamierzałem również udawać, iż zainteresowałem ją teraz tym zagadnieniem zupełnie przypadkowo. - Albo jeszcze lepiej, czemuś takiemu jak galdlastafil? - Potarłem kciukiem brodę, próbując uporządkować myśli, zanim zabrnąłbym za daleko w szczegóły. - Nie pytam, czy potlafis odczytaś większość lun, bo nawet po tylu latach nadal pamiętam, jak skutecznie potlafiłaś zawstydziś połowę naszego losznika. Chciałbym tylko wiedzieś, czy miałaś kiedyś okazję wejść w tę konkletną dziedzinę głębiej, czy powinienem najpielw pszedstawiś ci kilka podstawowych załoszeń, zanim pokaszę ci, co pszyniosłem. To tlochę inny obszal, szczególnie jeśli chce się lospatlywaś takie znaki pod kątem ich zastosowania ochlonnego, a nie wyłącznie językowego. - Uniosłem na nią wzrok, a kącik ust drgnął mi lekko, „bindruny” były tu bowiem znacznym, niemal heretycznym uproszczeniem, do jakiego mógłbym się posunąć wyłącznie z uwagi na sytuację, powstawały w końcu przez połączenie dwóch lub większej liczby run we wspólnym znaku, natomiast Ægishjálmur zaliczał się do islandzkich magicznych symboli graficznych, nie do klasycznych „ligatur runicznych” w ścisłym tego słowa znaczeniu, granica bywała jednak irytująco często rozmywana w popularnych opracowaniach, co potrafiło doprowadzać do szału, jeśli ktoś próbował uporządkować temat według zasad historycznej runologii, co niechybnie mogłoby być zasadne w tym przypadku - jeśli moja żona głębiej kojarzyła temat, nie chciałem traktować jej jak ignorantki, tylko jak kogoś, kto mógłby dostrzec coś, co umknęłoby komuś innemu, kto ograniczał się do przeczytania opisu w pierwszym lepszym podręczniku.
Nie musiałem się nawet odwracać, żeby wiedzieć, że Prue obserwowała mnie uważniej, niż próbowała to pokazać, pomimo ciemności i tak wyczuwałem wystarczająco dużo, potrafiła być wyjątkowo konsekwentna w kwestii pozostawania pod kołdrą, szczególnie kiedy temperatura za oknem przypominała o wszystkich życiowych błędach związanych z wyborem miejsca zamieszkania. Niestety żadna ilość dni spędzonych na zasnutych popożarową sądzą złotych łanach ojczyzny nie była w stanie przekonać mnie do bezbolesnego przyzwyczajenia się do temperatur panujących jesienią na Wyspach, skoro większość dorosłego życia spędziłem w dużo cieplejszych, czasami nawet za ciepłych klimatach, jednak tym razem musiałem zagryźć zęby i wstać - zbyt długie powstrzymywanie się przed tym nijak by mi nie pomogło, wręcz przeciwnie, wyłącznie odwlekłoby nieuniknione - należało po prostu to zrobić.
- Nawet nie zdąszysz za mną zatęskniś. - Zapewniłem ją cicho, luźnym tonem, chociaż oboje wiedzieliśmy, że ocena upływu czasu podczas nocnego czuwania potrafiła być wyjątkowo niekorzystna dla tego, kto zostawał w łóżku sam.
Wyszedłem z sypialni, przymykając za sobą drzwi na tyle ostrożnie, żeby nie narobić niepotrzebnego hałasu, chociaż i tak miałem świadomość, że Prue pewnie przez najbliższe kilka minut zamierzała nadstawiać ucha i starać się wyłapać każdy dźwięk dobiegający z drugiej części domu. Nie miałem jej tego za złe, przeciwnie, sam pewnie zrobiłbym dokładnie to samo, gdyby nagle w środku nocy moja żona wysunęła się spod kołdry, powiedziała, że ma coś do zrobienia, a potem zniknęła za drzwiami bez wyjaśnienia. Problem polegał na tym, że nie zamierzałem jej niczego wyjaśniać na sucho, przynajmniej jeszcze nie teraz, bo sprawa była na tyle prosta, że nie wymagała robienia długiego wstępu - większość tego, co musiało zostać powiedziane, już padło - ruszyłem zatem korytarzem w stronę pokoju, który od pewnego czasu pełnił funkcję graciarni, tymczasowego gabinetu połączonego z warsztatem mniejszym od tego w ogrodzie i miejsca, gdzie odkładaliśmy wszystko, czego akurat nie było sensu wyrzucać, ale czego również nie chciało nam się oglądać na co dzień.
Zapaliłem tylko niewielkie światło, żeby nie poinformować całej ulicy o nagłej aktywności w domu, po czym podszedłem do komody stojącej pod ścianą i tworzyłem konkretną szufladę - tę, której zawartość wcześniej zabezpieczyłem właśnie na taki przypadek - przez chwilę przekładałem kilka rzeczy, aż wreszcie moje palce natrafiły na śliski, chłodny materiał, którego szukałem. Wyciągnąłem go ostrożnie, rozwinąłem na blacie i przyjrzałem się zawartości, nadal w tym samym przytłumionym świetle, sprawdzając jeszcze raz, czy wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, żeby upewnić się, że niczego nie pomyliłem, zwinąłem zatem materiał ponownie, tym razem ciaśniej, żeby nic nie wysunęło się po drodze, zabrałem całość ze sobą i ruszyłem z powrotem do sypialni, nadal bosy, nadal trochę zaspany i zdecydowanie zbyt świadomy tego, jak zimna była podłoga.
Pierwszym, co zobaczyłem, kiedy uchyliłem drzwi, była Prue wciąż szczelnie owiniętą w pościel, dokładnie tak, jak ją zostawiłem, więc bez słowa wszedłem do środka, odciąwszy nas od chłodnego korytarza, i podszedłem z zawiniątkiem do łóżka - usiadłem już nie na brzegu, tylko tym razem zdecydowanie bliżej niej, po czym położyłem jedną rękę na kołdrze, ostrożnie, żeby nie naruszyć jej starannie zbudowanych zabezpieczeń przed zimnem. Przygryzłem wargę, próbując ustalić, od czego właściwie powinienem zacząć, żeby nie zabrzmieć przy tym jak ktoś, kto o drugiej w nocy postanowił urządzić żonie niezapowiedziany egzamin z przedmiotu, który oboje mieliśmy już dawno za sobą. Prudence była cholernie dobra ze starożytnych run, wiedziałem o tym doskonale, zresztą miałem na to znacznie bardziej osobiste dowody niż szkolne oceny, bo przez początkowe lata naszej znajomości zdarzało nam się prowadzić w nich korespondencję, szczególnie wtedy, kiedy zwyczajna kartka papieru stwarzała zbyt wiele okazji dla niepowołanych oczu. Nasze wiadomości nie ograniczały się zresztą do prostych znaków i szkolnych ćwiczeń, oboje doszliśmy do całkiem zaawansowanego poziomu, odczytanie niektórych naszych zapisków wymagało nie tylko znajomości alfabetu, ale również zrozumienia kontekstu, w którym zdecydowaliśmy się użyć konkretnych symboli, dlatego nie zamierzałem traktować jej jak początkującej, chociaż musiałem przyznać, że istniała różnica między doskonałą znajomością starożytnych run a orientacją w poszczególnych tradycjach runicznych, zwłaszcza tych, które wykraczały poza szkolny program. Podniosłem wzrok znad pakunku i oparłem przedramię na udzie, obracając w palcach skrawek materiału.
- Sunny, pamiętasz mose, czy miałaś kiedyś okazję pszyjsześ się bliszej bindlunom? Ligatulom lunisznym? - Zapytałem, starając się nadać głosowi możliwie zwyczajny ton, chociaż pora zdecydowanie nie sprzyjała rozmowom przy kawce, nie zamierzałem również udawać, iż zainteresowałem ją teraz tym zagadnieniem zupełnie przypadkowo. - Albo jeszcze lepiej, czemuś takiemu jak galdlastafil? - Potarłem kciukiem brodę, próbując uporządkować myśli, zanim zabrnąłbym za daleko w szczegóły. - Nie pytam, czy potlafis odczytaś większość lun, bo nawet po tylu latach nadal pamiętam, jak skutecznie potlafiłaś zawstydziś połowę naszego losznika. Chciałbym tylko wiedzieś, czy miałaś kiedyś okazję wejść w tę konkletną dziedzinę głębiej, czy powinienem najpielw pszedstawiś ci kilka podstawowych załoszeń, zanim pokaszę ci, co pszyniosłem. To tlochę inny obszal, szczególnie jeśli chce się lospatlywaś takie znaki pod kątem ich zastosowania ochlonnego, a nie wyłącznie językowego. - Uniosłem na nią wzrok, a kącik ust drgnął mi lekko, „bindruny” były tu bowiem znacznym, niemal heretycznym uproszczeniem, do jakiego mógłbym się posunąć wyłącznie z uwagi na sytuację, powstawały w końcu przez połączenie dwóch lub większej liczby run we wspólnym znaku, natomiast Ægishjálmur zaliczał się do islandzkich magicznych symboli graficznych, nie do klasycznych „ligatur runicznych” w ścisłym tego słowa znaczeniu, granica bywała jednak irytująco często rozmywana w popularnych opracowaniach, co potrafiło doprowadzać do szału, jeśli ktoś próbował uporządkować temat według zasad historycznej runologii, co niechybnie mogłoby być zasadne w tym przypadku - jeśli moja żona głębiej kojarzyła temat, nie chciałem traktować jej jak ignorantki, tylko jak kogoś, kto mógłby dostrzec coś, co umknęłoby komuś innemu, kto ograniczał się do przeczytania opisu w pierwszym lepszym podręczniku.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)