Były takie rzeczy, o których się nie rozmawiało. Niektóre z nich nie przewijały się w rozmowach, bo wydawały się zbyt małe, by w ogóle o nich wspominać. Inne z kolei, bywały wstydliwe, nieco żenujące, a jeszcze kolejne napawały złością. Ludzie składali się z emocji, czy się to komuś podobało czy nie, a te z kolei mocno mocno kolorowały życie codzienne. On sam uważał, że nigdy nie był w nie najlepszy – przychodziły czasem falami, a momentami sprawiały, że słowa stawały w gardle lub wychodziły z głowy nieco ciężko. Ale to co teraz ich dzieliło, co wypełniało ciszę znajdującą się w pracowni Astorii, niewiele miało z nimi wspólnego. To było coś innego, odbarwionego przez poczucie obowiązku i zastanowienie, na ile tą tajemnicą można było się podzielić z drugą osobą.
Tajemnica, którą on nosił w sobie od bardzo, bardzo dawna. Coś, co znajdowało się w jego życiu, jeszcze zanim mroczny znak pojawił się na jego przedramieniu. W końcu jego rodzina od zawsze posiadała wyraźne poglądy i postawę. Tradycjonaliści, siedzący na swojej smoczej górze i patrzący na wszystkich z góry. Jak ktoś taki mógł chcieć wpuścić do swojego życia istoty, które przypominały najwyżej szkodniki?
Doskonale też zdawał sobie sprawę z tego, że Astoria to wszystko wiedziała. Znali się już wystarczająco dużo czasu, a jednocześnie odnosił wrażenie, że nie było na świecie nikogo, kto rozumiałby go lepiej niż właśnie ona. Mógłby powiedzieć jej wszystko, a ona przyjęłaby to z otwartym sercem, podobnie jak z resztą on wziąłby na siebie wszystko, czym chciałaby się z nim podzielić. Może mieli lepsze tematy do rozmawiania, a może zwyczajnie uważali, że nie musieli rozmawiać wprost akurat o tych paru rzeczach.
Leviathan powiódł spojrzeniem od niej do dwóch portretów, jak idąc w ślad za jej speszeniem, które rozkwitło jasną plamą, odcinając się na planach ponurej podobizny. Portrety nie były jeszcze skończone, nie mogły z tego powodu mówić, ale nie zmieniało to faktu, że mężczyzna z ciekawością posłuchałby tego, co miały do powiedzenia. W granicach rozsądku, bo z jakiegoś powodu mówiące portrety zawsze ostatecznie wpadały w irytujące tony.
— Przyszedłem zobaczyć co u Ciebie — wzruszył ramionami, chcąc chyba nadać tej sytuacji nieco więcej lekkości, niż sobą przed chwilą prezentowała. Nie było nic niezwykłego w tym, że w pracowni malarskiej malowało się portrety, prawda? Problem zaczynał się w momencie, kiedy ktoś wystarczająco dobrze znał pannę Astorię Avery. — Zamówienie? Musi być ważne, skoro zabierasz się za nie własnoręcznie — uśmiechnął się delikatnie, rozglądając za krzesłem, które mógłby przysunąć sobie i na nim usiąść. — Kogo malujesz? — zainteresował się, nie pytając o to, co w pierwszej kolejności chodziło mu po głowie. Dlaczego? Kto zamówił ten obraz, że postanowiła lub zmuszona była przysiąść do niego sama?
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast