02.10.2026, 19:55 ✶
Helloise sama również zajęła miejsce przy stole, ani na moment nie zdejmując oczu z Nicholasa. Wiodła po nim swobodnie spojrzeniem, nie uciekała od kontaktu wzrokowego.
— Jestem całkiem pewna, że jeszcze parę minut temu spałeś, więc nie może być aż tak źle — zauważyła rozbawiona czarownica. Sięgnęła po jabłko leżące na stole i potoczyła je ku sobie, aby spadło jej na kolana. — Czy może powinnam ci tu odpalić kadzidło na sen? Nie wstydź się. Jest u mnie dla ciebie miejsce. Wierzę w niesienie pomocy cierpiącym — zapewniła, otwierając scyzoryk. — Z dobroci serca.
Posłała Nicholasowi ostatnie znaczące spojrzenie, po czym spuściła wzrok na rumiane jabłuszko. Niespiesznie wykrawała z niego kawałeczki, zjadała je jeden po drugim. Soczysty owoc chrupał między zębami wiedźmy.
— Dlaczego ja mam mówić, nie ty? — zapytała między kęsami. — Ja tu mieszkam. Jeśli powiesz mi, co wiesz, może mi się to przydać. Uczynisz coś dobrego dla świata i dla mnie, człowieku w czerni. — Trudno było nie odnieść wrażenia, że Helloise prowadzi jakąś grę. Jeszcze trudniej było rzec, czy bezsensowną z nudów tylko, czy wszystko to prowadziło dokądś. — Poczęstujesz się? — Wyciągnęła do Traversa przez stół kawałeczek jabłka na ostrzu scyzoryka.
Niezależnie od tego, czy skorzystał z jej poczęstunku, czy nie, resztę jabłka kobieta zjadła, kąsając owoc zębami bez zbędnej ceregieli.
— A więc widma — rzekła, gdy skończyła. Otarła w rękaw szlafroka ściekającą z kącika ust strużkę lepkiego soku. Kolejne słowa wypowiedziała, w kontraście do zaczepnej wesołości, dość konkretnie: — Widziałam je z bliska tylko raz. Płynęła od nich fala zimna. Z Kniei wyszli po Beltane Zimni… Czy to może być przypadek? — Wzruszyła ramionami. Teorie o pochodzeniu widm ludzie snuli najróżniejsze; niektórzy twierdzili, że wypełzły z Limbo. Helloise również brała to pod uwagę. — Tamtego wieczora tylko nas obserwowały, biegały nieopodal, słyszeliśmy ich przeraźliwe ryki. To wystarczyło, aby pamiętać o nich w snach przez kilka następnych nocy. — Uśmiechnęła się z podziwem dla przerażającego potencjału bestii. — Prganęły strachu, bólu, krwi. Były głodne. Biedaczyska. — Zataiła to, że były głodne Louvaina w szczególności. Nie zwykła rozgłaszać wszem i wobec cudzych sekretów, nawet jeśli z Lestrange'em pozostawała w konflikcie.
— Jestem całkiem pewna, że jeszcze parę minut temu spałeś, więc nie może być aż tak źle — zauważyła rozbawiona czarownica. Sięgnęła po jabłko leżące na stole i potoczyła je ku sobie, aby spadło jej na kolana. — Czy może powinnam ci tu odpalić kadzidło na sen? Nie wstydź się. Jest u mnie dla ciebie miejsce. Wierzę w niesienie pomocy cierpiącym — zapewniła, otwierając scyzoryk. — Z dobroci serca.
Posłała Nicholasowi ostatnie znaczące spojrzenie, po czym spuściła wzrok na rumiane jabłuszko. Niespiesznie wykrawała z niego kawałeczki, zjadała je jeden po drugim. Soczysty owoc chrupał między zębami wiedźmy.
— Dlaczego ja mam mówić, nie ty? — zapytała między kęsami. — Ja tu mieszkam. Jeśli powiesz mi, co wiesz, może mi się to przydać. Uczynisz coś dobrego dla świata i dla mnie, człowieku w czerni. — Trudno było nie odnieść wrażenia, że Helloise prowadzi jakąś grę. Jeszcze trudniej było rzec, czy bezsensowną z nudów tylko, czy wszystko to prowadziło dokądś. — Poczęstujesz się? — Wyciągnęła do Traversa przez stół kawałeczek jabłka na ostrzu scyzoryka.
Niezależnie od tego, czy skorzystał z jej poczęstunku, czy nie, resztę jabłka kobieta zjadła, kąsając owoc zębami bez zbędnej ceregieli.
— A więc widma — rzekła, gdy skończyła. Otarła w rękaw szlafroka ściekającą z kącika ust strużkę lepkiego soku. Kolejne słowa wypowiedziała, w kontraście do zaczepnej wesołości, dość konkretnie: — Widziałam je z bliska tylko raz. Płynęła od nich fala zimna. Z Kniei wyszli po Beltane Zimni… Czy to może być przypadek? — Wzruszyła ramionami. Teorie o pochodzeniu widm ludzie snuli najróżniejsze; niektórzy twierdzili, że wypełzły z Limbo. Helloise również brała to pod uwagę. — Tamtego wieczora tylko nas obserwowały, biegały nieopodal, słyszeliśmy ich przeraźliwe ryki. To wystarczyło, aby pamiętać o nich w snach przez kilka następnych nocy. — Uśmiechnęła się z podziwem dla przerażającego potencjału bestii. — Prganęły strachu, bólu, krwi. Były głodne. Biedaczyska. — Zataiła to, że były głodne Louvaina w szczególności. Nie zwykła rozgłaszać wszem i wobec cudzych sekretów, nawet jeśli z Lestrange'em pozostawała w konflikcie.
dotknij trawy